W końcu nadszedł czas na pożegnanie z Tallinem, ale jeszcze nie z Estonią. Czekała na nas bowiem Parnawa (est. Pärnu), podobnie jak Dorpat i Bauska pod koniec XVI w. i aż do wojen szwedzkich należąca do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Później, przewinęli się tam jeszcze Szwedzi i Rosjanie. Obecnie jest to nadbałtycki kurort, przedstawiany jako „estońskie Miami”. Hm, zobaczymy.
Do miasta wjechaliśmy przez Riia mnt, przy której to ulicy Erynia zarezerwowała dzień wcześniej hotel. Ponieważ przyjechaliśmy parę godzin przed oficjalnym czasem zakwaterowania postanowiliśmy zostawić samochód pod kwaterą i pójść zwiedzać miasto. Po krótkiej dyskusji, udało nam się przekonać recepcjonistkę do zgody na pozostawienie auta na prawie pustym parkingu, zgarnęliśmy mapkę miasta (niestety przegapiliśmy wersję angielską) i ruszyliśmy do jego starego centrum. Po drodze, rzuciły nam się w oczy dość zaniedbane, w porównaniu do Haapsalu, budynki kryte drewnem, co nas zdziwiło, boć to przecież turystyczne miasto. Z zabytków, trafiliśmy najpierw na cerkiew Przemienienia Pańskiego, z 1904 r., wybudowaną w stylu starorosyjskim. W środku, było mało typowych ikon, a bardziej malowidła w stylu zachodnim. Młody duchowny wyjaśnił nam, że powstawały w latach 20′ ubiegłego wieku, za czasów niepodległej Estonii, gdzie typowe ikony prawosławne były źle widziane. Dalej krążyliśmy po starówce, mając cały czas wrażenie (zwłaszcza po Tallinie) architektonicznego chaosu: małe parterowe drewniane domki, obok ceglana ruinka jakiejś fabryczki, po tym dwu- albo trzypiętrowa murowana kamienica, a za tym odnowiona niska „chruszczowka”, czyli coś w rodzaju bloku z PRL, a za tym jakiś przeszklony nowoczesny potworek. Przy czym sporo z tych budyneczków (tych przedwojennych) było naprawdę pięknych. Kolejny barokowy kościół ewangelicko-augsburski pod wezwaniem św. Elżbiety, nazwany tak po Elżbiecie węgierskiej, nie pomógł w ogarnięciu tego chaosu: ołtarz główny w bocznej nawie, dwie pary organów.
Gdzie tu sens, gdzie logika?
Ciut „zoczopląsowieni”, skręciliśmy do Parku Plażowego (Rannapark), gdzie oczy koiły piękne drzewa, wkurzały wygolone do imentu trawniki (pierwszy raz w Estonii) i rzucały się gdzieniegdzie do obiektywu stare wille: i te drewniane (w różnym stanie), i te nowsze, modernistyczne. Jakoś podświadomie unikaliśmy dużych sanatoryjnych budynków, przez co zdaje się ominęło nas parę zabytków, takich jak Mudaravila (kąpiele błotne) czy Kursaal (dawne kasyno) z 1880 r. Trudno. Wyszliśmy nad morze przejściem na plażę Pań, tradycyjnie przeznaczoną dla naturystek. Ze względu na pogodę (porządnie wiało i zanosiło się na deszcz), chętnych do opalania nie było, za to W. zoczył (kilkadziesiąt metrów dalej – po stronie nie „damskiej”) dwie niewiasty (nastolatki?) odziane w stroje kąpielowe, które do wody weszły i wcale nie tak szybko z niej wyszły. Sama plaża przypominała nam typowe polskie plaże z jasnym piaskiem. Tyle że tutaj co 20 m stały naprzemiennie blaszane przebieralnie na betonowej podstawie, intensywnie niebieskie ławki i zielone kontenery na śmieci. I tak wzdłuż całej plaży. I cała malowniczość poszła się…
Oj, przydałyby się włodarzom miasta lekcje w chorwackiej Breli.
Po drobnym spacerku po plaży i wodzie – trzeba co jakiś czas umyć nogi – zeszliśmy z plaży na przyplażowy deptak. Jedną z jego alejek przeszliśmy nad rzekę Pärnu, gdzie rzuciliśmy okiem na port po drugiej jej stronie. Przy wejściu na molo dojrzeliśmy pomnik i tablicę upamiętniającą ofiary katastrofy promu Estonia w 1994 r. Molem przeszliśmy do początku falochronu, którym zakochane pary powinny przejść do samego końca (około 2 km) i tam się pocałować. W. stwierdził, że to świetny pomysł na przetestowanie uczuć (i wartości charakterów obojga) – coś w typie jego „testu Ślęży”. Jakoś nie chciało nam się testować naszych charakterów i zdolności do wspólnego życia (w końcu prawie 20 lat już ze sobą wytrzymujemy), szczególnie że trasa wydawała się nie do przejścia w tych warunkach. Falochron był bowiem ułożony z wielkich głazów, które tylko w niewielkim stopniu wystawały (czasami i nie) spod przelewających się przez nie fal (przy dosyć silnym wietrze). Jakoś nie chciało nam się ryzykować kąpieli w tej temperaturze – a co by było gdyby któreś z nas testu nie przeszło?!
Po przejściu promenady w obie strony, alejkami wzdłuż brzegu rzeki, przez marinę jachtową, wróciliśmy do starego centrum, gdzie rzuciła nam się w oczy otwarta cerkiew św. Katarzyny – pierwsza w której można było robić zdjęcia. Potem przeszliśmy deptakami, dochodząc do wniosku, że Parnawa to kurort, niestety w tym negatywnym polskim znaczeniu – pójście na łatwiznę przy renowacji budynków, olanie zupełne estetyki przy szyldach, wyklejanie witryn foliami w intensywnych barwach, kolorowe potykacze. Kakofonia barw. Uciekliśmy stamtąd do przyhotelowej restauracji Edelweiss, znajdującej się w drewnianym zabytkowym budynku i dobrze zjedliśmy w dobrej cenie (dwudaniowy obiad z piwem dla dwojga kosztował nas „jedynie” 66 €). Pojedzeni do syta powoli doturlaliśmy się do naszej Villi Eeden, gdzie czekał już na nas pokój, w porównaniu do ostatniego hotelu znacznie przyzwoiciej wyposażony – była w nim nawet lodówka, o szafach i szerokim wygodnym biurku czy stolikach nocnych nawet nie wspominając! Czysta rozpusta, nawet jeżeli z przełomu wieków. Śniadanie było na przyzwoitym europejskim poziomie, w nastrojowej restauracji „przywillowej”, przy czym jedyne dostępne talerzyki były takiej wielkości, że aż sugerowały „nie żryj tyle”. Nie posłuchaliśmy tej sugestii i w efekcie obsługa musiała zebrać ze stolika ładnych kilka talerzyków.
Przyznajemy, że mamy dość mieszane uczucia co do Parnawy. Jest to pierwsze miejsce w Estonii, co do którego nie odczuwamy potrzeby powrotu. Odstręcza nas ten chaos architektoniczny i hałas turystów na deptaku. Z innej beczki, ten kto wpadł na pomysł porównania Parnawy do Miami, musiał być mocno pod wpływem…
To porównanie jest równie absurdalne jak częste nazywanie u nas miasteczek z kilkoma (no dobra, kilkudziesięcioma) metrami zachowanych murów obronnych, polskim Carcassonne.
W. określił to innymi słowy:
„Nazwanie Parnawy estońskim Miami jest obraźliwe dla obu miejsc.”
Parnawa
Szukaj
Kategorie
Lata
…komentarze.
- Erynia - Estonia – wrażenia
- w. - Estonia – wrażenia
- Pudelek - Estonia – wrażenia
- w. - Muzeum Wilamowskie
- Erynia - Muzea Tallina
- Pudelek - Muzea Tallina
- Erynia - Estonia – wrażenia
- Alicja - Estonia – wrażenia
- Erynia - Port, zamek i soljanka
- Pudelek - Port, zamek i soljanka
- w. - Port, zamek i soljanka
- Erynia - Port, zamek i soljanka
Galeria albumów
ogólne…
RODO
Przydasie
-
Nasze miejsca:
- Estonia – wrażenia
- Jełgawa
- Parnawa
- Muzea Tallina
- Keila-Joa i klif
- Vääna
- Przylądek i „tajny obiekt”
- Wieże i wielki majątek
- Park Kadriorg
- Olde Hansa
- Spacer po Tallinie
- Ibis w Tallinie
- Haapsalu
- Port, zamek i soljanka
- Peonie, krater i wiatraki
- Źródełko i klify
- Brązowe strzałki
- Nie-chleb i nie-łódź
- Cypel i dwa muzea
- Zamek w Kuressaare
- Skansen i kwatera
- Leśny cmentarz
- Jedzenie w Tartu
- Tartu
- Bauska
- Zamek w Bausce
- Pałac w Rundāle
- Wzgórze Krzyży
- Uroczysko Zaborek
- Stadnina Koni Janów Podlaski
- Pałac i nalewki
- Alpakarium
- Dwory i alpaki
- SPA i Grabarka
- Kościoły i pałace
- W hrabiowskim Dworku
- Skit w Odrynkach
- Most i okiennice
- Spacer, ziółka i SPA
- Na wieś
- Szydłowiec rano
- Szydłowiec wieczorem
- Spacer po Czeskim Cieszynie
- Arcyksiążęcy Browar Zamkowy
- Muzeum Ziemi Cieszyńkiej i dwa cmentarze
- Cieszyn, trochę dłużej
- Kocobędz-Podobora
- Parę chwil w Cieszynie
- Świerklaniec
- Nakło Śląskie
- Obszar Lednicko-Valticki
- Ruinki Katzelsdorf i Muzeum
- Lednice i Salon Win
- Dzień św. Marcina
- Inne okolice Valtic
- Muzeum „opony” i Kolumnada
- Mikulov żydowski
- Mikulov
- Zamek Valtice
- Spacer z winami
starsze w archiwum


