browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Cypel i dwa muzea

Po kilku godzinach w Kuressaare poczuliśmy głód i zaczęliśmy rozważać opcje spożywcze. Jeszcze wczoraj nasza Gospodyni polecała nam piekarnię w nieodległej miejscowości Salme. Dzisiaj potwierdziła to przemiła bileterka z zamku, dodając, że oprócz własnego chleba, wypiekają też ciasta na jajach od kur wolno wybiegowych z własnej farmy. Nawet nie podały nam ani jej nazwy, ani nawet adresu, mówiąc, że to na głównej ulicy. Faktycznie, piekarnia Salme Sai znajduje się przy głównej ulicy, i trudno przegapić czarny budynek z białym napisem. W piekarni wszystkie stoliki były zajęte (obawiamy się, że Salme Sai zyskał status „kultowego” wśród turystów), towarzystwo głównie cudzoziemskie, chleba już nie było (a była dopiero 14:30). Kupiliśmy tylko po zawijasie serowym i ciastku z czereśniami na ząb, by przetrwać do obiadu, i pojechaliśmy dalej do Sääre, na najdalej wysunięty na południe cypel wyspy.
do albumu zdjęć

Półwysep Sõrve


Na cyplu musiała być oczywiście latarnia morska Sõrve o wysokości 52 m, na którą oczywiście „musieliśmy” wejść. Przed tym jednak obejrzeliśmy mini-muzeum, znajdujące się przy kasie, w którym, między innymi, można było obejrzeć, poustawiane na namalowanej na podłodze mapie Estonii, modele wszystkich znajdujących się w tym kraju latarń morskich (chyba w skali). Po zejściu z latarni należało sprawdzić jak z poziomu morza wygląda cypel oglądany z wysokości 14 pięter. Wyglądał całkiem ponętnie, szczególnie że spacer po cypelku umożliwił nam moczenie nóg w Bałtyku. A jak już odbyliśmy wspinaczkę, spacer i nóg moczenie to przyszedł czas na obiad.
do albumu zdjęć

Dobry obiad

I w efekcie zjedliśmy rewelacyjny rybny obiad w pobliskiej restauracji Sääre Paargu, na tarasie z widokiem na morze. Żeby było śmieszniej, już po zamówieniu dań (W.: „tuule haug/garfish”, Erynia: placki rybne z tortillą z ziemniaków), zoczyliśmy w karcie sałatkę śledziową. No i zamiast deserem zakończyliśmy posiłek starterem. Śledzie solone były delikatne, a połączenie ich z białym serkiem wiejskim i cebulą – bardzo interesujące. Nastrój w restauracji był spokojnie-milusi, szczególnie że kelnerka miała wyśmienity kontakt z gośćmi, w co nam graj, i przyjemnie z nią było porozmawiać. Niemniej jednak zbliżała się godzina 17., a zauważyliśmy reklamę muzeum wojskowości i strzałkę do niego kierującą więc postanowiliśmy uzupełnić plan o to muzeum.
do albumu zdjęć

Muzeum wojska


Ze względu na późną porę, bez wielkich nadziei podjechaliśmy na parking pod Sõrve muuseum. Okazało się, że jest ono czynne do 19:00.
Po przekroczeniu bram zaliczyliśmy powrót do przeszłości. Najpierw w największym żółtym budynku przywitał nas w kasie manekin odziany w mundur policjanta, dzierżący w palcach bilet – i żadnej innej obsługi!
Na stole leżały bilety (z taryfą opłat), tacka na pieniądze i domyśl się człowieku co masz robić. Domyślnie odliczyliśmy odpowiednią kwotę, położyliśmy ją na tacce, oderwaliśmy z blankietów odpowiednie bilety (W znowu skorzystał ze swojego wieku!) i mogliśmy już wejść do wszystkich pomieszczeń obiektu oraz „wystaw na placu”.
I tu szczęki nam opadły. Muzeum rozsiane jest w licznych, dość zapuszczonych budyneczkach, przypuszczalnie powojskowych. Całość stanowi zdekompletowane, często mocno pordzewiałe wyposażenie i uzbrojenie głównie z czasów ZRRR. Do tego salki poświęcone okresowi estońskiemu sprzed ZSRR, Estończykom w SS (nawet zapomnieliśmy, że tacy byli), lokalnemu epizodowi Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (z perspektywy rosyjskiej), a następnie znowu propaganda radziecka i na koniec parę plakatów ze współczesności. Mieliśmy też okazję skorzystać z toalet pamiętających czasy Michaiła Gorbaczowa – były sprawne i czyste. W kolejnym budynku była sekcja zasadniczo poświęcona morzu. Piszemy „zasadniczo”, bo można tam było znaleźć narty biegówki, stuletnie meble, wyposażenie ze starej szkoły, itp. Taki muzealny „szwarc, mydło i powidło”.
do albumu zdjęć

Dom morski

Generalne mieliśmy wrażenie, że weszliśmy do wielobudynkowego magazynu muzealnego z otwartymi wszystkimi drzwiami – było tu wszystko poukładane na półkach lub leżące na podłodze beż żadnego zamysłu wystawienniczego, do tego stopnia, że gdy W. wszedł do jednego z otwartych budynków, chwilę mu zajęło zrozumienie, że była to szopa na narzędzia pracowników obsługi – tnących akurat trawnik poza terenem muzeum.
Jedynym w miarę spójnym budynkiem „wystawienniczym (chyba)” był budynek spalinowych generatorów prądu – miało się nawet wrzenie, że są całkiem sprawne.
Znacznie lepiej, pod tym względem, wyglądało Muzeum Historii Naturalnej, znajdujące się na tym samym terenie. Co prawda zagęszczenie eksponatów na centymetr kwadratowy przekraczało wszelkie granice i wyglądało to tak, jakby ktoś podarował gotowe kolekcje, ale była w tym jakaś myśl przewodnia segregująca poszczególne gałęzie wiedzy (mniej więcej). A były to: ptasie gniazda i jaja, dużo kości zwierzęcych i ptasich, motyle i żuki w gablotkach, małe zwierzątka w formalinie, wyprawione i wypchane zwierzęta. Tu W., widząc wilka, przypomniał sobie o pierwszym zapamiętanym członku rodziny, półwilku Tytanie.
do albumu zdjęć

Muzeum natury

W latach 60′, mama W. mogła zostawić zimą wózek z dzieckiem w parku na leżakowanie, a nikt się do niego nie zbliżył. Każdy wiedział, że tam gdzieś w zaspie jest zakopany Tytan i pilnuje. Ten miły „piesio” miał tę cechę, że nie szczekał, tylko skakał na plecy wroga i gryzł (wszyscy o tym wiedzieli, więc nie musiał tego robić i w zasadzie wystarczyło, że spojrzał delikwentowi w oczy…).
Tym to miłym wspomnieniem zakończyliśmy wizyty w obu muzeach.
do albumu zdjęć

Kościół Jämaja

W. oczywiście nie zapomniał o trzecim punkcie trasy, który okazał się n-tym, i podjechał pod kościół Jämaja, rzecz jasna kościół był zamknięty. Nie zabawiliśmy tam długo, bo komary coraz bardziej dawały znać o sobie.
Trasa powrotna (50 km), co prawda nęciła nas pięknymi widokami brzegu morza z dużymi kamieniami rozsianymi po nim co kilka metrów i ptactwem korzystającym z tych mikro-wysepek, ale nie ulegliśmy tym pokusom i około 20. zameldowaliśmy się w domku.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.