W pobliżu jest też ponoć podziemny labirynt – trzeba będzie sprawdzić „następnym razem”.
Drugi z punktów trasy – Nový Šaldorf – właściwie tylko przejechaliśmy oglądając stojące przy drodze piwniczki oraz reklamy pensjonatów i hoteli, bo zaczął pojawiać się Erynii typowy tekst „tutaj trzeba będzie wrócić”. Podobnie jak i do pobliskiej wsi Dobšice, w której są ponoć dwie uliczki z piwnicami. Przeszliśmy wzdłuż jednej z nich, zarejestrowaliśmy jedną otwartą piwniczkę – degustacji nie uskuteczniliśmy i ruszyliśmy dalej do wsi Přímětice. Tutaj miała być ponoć gigantyczna, należąca do największych na świecie piwnica krzyżowa. Nie wiemy na czym polega „największość na świecie piwnicy krzyżowej”, ale mamy wrażenie, że to kwestia dobrego marketingu Morawian, którzy nie byli w Cricovej. Przy tym, podobnie jak w Cricovej i tu nie mieliśmy okazji sprawdzić jej wielkości i akustyki, bo brama była zamknięta. W. poszedł do leżącego obok (w tym samym budynku co brama i Potraviny) Hotelu spytać jak to jest z wejściem do piwniczki. Bardzo miła recepcjonistka poprosiła o chwilę i zeszła na zaplecze. Po chwili wróciła i stwierdziła:
- Jest zamknięte.
(tyle to i my widzieliśmy z zewnątrz) - A kiedy będzie otwarte?
- Albo wieczorem, albo jutro.
- A gdzie mogę się dowiedzieć kiedy będzie otwarte?
- U mnie, zobaczę czy jest otwarte.
I na tym skończyły się nasze winne trasy (niestety bez degustacji) tego dnia. Pozostała na liście tylko jedna atrakcja, która okazała się mało atrakcyjną atrakcją: Památník železné opony u Čížova. Chcieliśmy obejrzeć tę pozostałość żelaznej kurtyny skuszeni informacjami przekazanymi nam w „Muzeum železné opony”. Niestety, kilkaset metrów byle jak postawionych zasieków i płotu z drutem kolczastym nijak się miało do opisu (i filmu) z muzeum w Valticach. Za to owoce tarniny i ałyczy były całkiem smaczne, a spady gruszek przy drodze do „atrakcji” też były niczego sobie. Drogę tę musieliśmy przejść spacerkiem (dobrze nam zrobił) bo parking (płatny 100 Kč/dzień) był przed wsią, a dalej była „zona z zakazem parkowania”. Po drodze obejrzeliśmy wiejski kościółek z pięknymi freski nad ołtarzem.
Po powrocie do La Port postanowiliśmy sobie zrobić frajdę naszą ulubioną česnečką. I tutaj spotkał nas kolejny zawód. Zupa była nawet smaczna, ale W. nie potrafił się zdecydować, czy była to zupa ziemniaczana z majerankiem, czy majerankowa z ziemniakami, bo majeranku w niej było tak dużo, że zabił i smak, i zapach czosnku (zabił zresztą i wszystkie inne zapachy i smaki). Dla wrażliwości sensorycznej W. to była jednak „drobna przesada”.
(majeranku było tak dużo że zabił nawet zapach własny – aby go zidentyfikować W. musiał poprosić kelnera, by ten spytał kucharza, jaką przyprawę ten dodał do zupy).
Za to jabłkowy strudel w pełni usatysfakcjonował Erynię.

