browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Spacer, ziółka i SPA

do albumu zdjęć

Ziołowy Zakątek, poranny spacer

Rankiem Erynia pogratulowała sobie decyzji wysłania wczoraj W. z aparatem na rekonesans, bowiem gdy tylko spojrzała w okno, zrozumiała co ją obudziło: deszcz padający ze strzechy na kamienny chodnik. Na szczęście około 8., gdy zbieraliśmy się na śniadanie, zaczął słabnąć, a po śniadaniu ustał zupełnie. A śniadanie było bogate, choć na ciepło była tylko jajecznica i przyzwoita(!) kiełbasa – żadnych parówek, a i serów były „tylko” 3 lub 4 gatunki, za to wszystkie korycińskie i smaczne. W. nawet wziął łyżkę surówki i jeden plasterek pomidora… (Chłop© się starzeje czy co?)
Pewnie ze względu na dobre sprawowanie miał przyjemność, po wyjściu z karczmy, spotkać czarnego kota. Kot jednak wybitnie nie miał ochoty na karesy i po wąchanym przywitaniu opuścił okolicę Karczmy, krokiem dumnym acz nieśpiesznym. My także skierowaliśmy swe kroki, choć mniej dumne, acz (z przeżarcia) równie nieśpieszne w kierunku recepcji, gdzie W. wkupił się (32 zł) w kurs tworzenia mieszanek herbat (były jeszcze kursy tworzenia przypraw – z tych zrezygnował W. i nalewek – z tych zrezygnowała Erynia). Po uzgodnieniach w kwestii kursów, poszliśmy poszukać ziołowego SPA, by ewentualnie poprawić swe zdrowie lub… co innego. Po drodze wstąpiliśmy do sklepiku w którym kupiliśmy parę herbatek ziołowych i „Maść dla konia” (z przeznaczeniem „dla W.”).
Ziołowe SPA

Wejście do SPA

Po drobnych poszukiwaniach znaleźliśmy dobrze ukryte, podziemne i podkamienne wrota, a za nimi drobną recepcję, w której uzgodniliśmy zabiegi na godziny popołudniowe. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu do ich rozpoczęcia, to podpięliśmy się pod wycieczkę oprowadzaną po tutejszym ogrodzie botanicznym wsłuchując się w interesujący wykład o roślinach jadalnych częściej i „tylko raz”. Ponieważ trasa wiodła nie tylko po ogrodzie, ale i pobliskim lesie to odwiedziliśmy pozostałości po leśnej bimbrowni i pobliski kościół. Miał on bardzo ciekawą historię, bo właściciel, dzieckiem będąc, do niego chadzał i jak już był dorosły, a kościół chciano rozebrać i postawić we wsi nowy, to postanowił go przesadzić do swojego ogrodu – udało mu się, a nawet, ponoć raz w tygodniu, msza się w nim odprawia.
Po tym drobnym spacerku W. udał się na szkolenie z zakresu tworzenia mieszanek herbacianych, a Erynia do SPA. Wykład o herbatach był bardzo wciągający – W. oczywiście musiał przeszkadzać – ale nie było to aż tak straszne, bo słuchaczy było jedynie troje, a prelegentka już się trochę do W. przyzwyczaiła – wcześniej oprowadzała nas po ogrodzie i lesie. Pod koniec warsztatów uczestnicy mogli skomponować własną mieszankę ziół zgodnie z zasadą 3-2-1 – W. wybrał 3 części brzozy, 2 części stokrotki i 1 część wrzosu. Zobaczymy co z tego wyniknie. Z kolei Erynia spotkała w SPA starszą panią – rolniczkę z Korycin – której siostra sprezentowała masaż stemplami. Bo kto powiedział, że tylko miastowe i młode mogą korzystać ze SPA?
Po części „szkoleniowo-zdrowotnej” wyskoczyliśmy do stodoły (baru) na głównym majdanie gospodarstwa, w której mogliśmy zjeść małe co nie co. Przy czym część budynku była wysypana grubą warstwą siana, do której skakały dzieci ze specjalnie przygotowanych platform. W. robił oto jeszcze w dzieciństwie na prawdziwych: słomie i sianie. I nie było tego metr, a znacznie więcej – zdarzało mu się i na takowych sypiać. W reszcie stodoły poustawiane były stoły z ławami, przy których można było objadać. Na podwórzu grała kapela złożona z panów w wieku zaawansowanym. Panowie nie ograniczali się do ludowych szlagierów, a Erynia prawie spadła z ławy usłyszawszy ich wykonaniu instrumentalną wersję „Padam, padam”, niegdyś szlagieru legendarnej Edith Piaf. Niestety potrawy nie zechciały dorównać poziomem: o ile rosół z mięsem był w porządku, o tyle pielmieni składały się głównie z ciasta, a sos jogurtowy okazał się majonezem przypuszczalnie z keczupem.
Idąc spacerkiem na kwaterę spotkaliśmy raz jeszcze przewodniczkę – tym razem z dwoma psami – i z przyjemnością porozmawialiśmy o wszystkim, w tym o Ogrodzie dr Kneippa, (w Polsce znanym bardziej jako ścieżka sensoryczna) który bardzo by się tu przydał, jako uzupełnienie działań leczniczych.
Po obiedzie tym razem W. wykopał Erynię na spacer z aparatem, zwłaszcza, że się przejaśniło, a sam zasiadł do pisania i opracowywania tras na koleje dni. Erynia, wyrzucona na świeży luft, przeszła więc parę kilometrów, wcale nie płacząc, a poszerzając trasę z rana o chatkę znachorki (szeptuchy?), dom przyrodnika, sad i uprawy ziół w lesie. Byłaby pochodziła dłużej, ale komary się uaktywniły. Trzeba będzie jutro dokupić odstraszacze antykomarze, dostępne w sklepiku.
Po powrocie ze spaceru próbowaliśmy pójść coś zjeść do karczmy, niestety ostatnie zamówienia przyjmują o 19:30, kupiliśmy więc jedynie dwa piwa – Żołędzie – pod wczorajszą golonkę z lodówki dla W. (przechował sobie to czego nie dojadł), i Werbena pod ciasto (Marcinek) dla Erynii oraz sok z brzozy – dla obojga.
{Opis piw z degustacji}
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.