browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Keila-Joa i klif

do albumu zdjęć

Wodospad Keila

Rzut beretem od Vääna, znajdował się nasz pierwszy zaplanowany postój: wodospad Keila, o 6-io metrowym spadzie. Przy nim stały zabudowania dawnej hydroelektrowni, otwartej pod koniec lat 20′ ubiegłego wieku, a zamkniętej w 1999 r., stojącej na miejscu dawnego młyna z 1555 r. Elektrownia zasilała zabudowania stojącego w pobliżu pałacyku oraz, w miarę możliwości, i okolicznych odbiorców prywatnych. W 2005 r. hydroelektrownię odrestaurowano, ale mamy wrażenie, że akurat gdy tam byliśmy (a może i wcześniej) nie działała ona – w kanale odpływowym woda stała, i to od dosyć dawna. A stara turbina Francisa stała jako rzeźba przed elektrownią.
do albumu zdjęć

Pałac Keila-Joa


Dalej, w dole rzeki (ale znacznie ponad jej nurtem) stał, wybudowany w pierwszej połowie XIX w. przez Alexandra von Benckendorffa, neogotycki dwór Keila-Joa. Hrabia Alexander, urządził w nim imprezę powitalną, którą zaszczycił swoją obecnością, niezbyt kochany przez poddanych, car Mikołaj I.
Pewnym uzasadnieniem tej wizyty może być informacja, że Hrabia Alexander był szefem rosyjskiej tajnej policji, tak zwanego III Odziału na którego pomyśle stworzono późniejszą Ochranę.
Przez ożenek córki Aleksandra z jakimś Wołkońskim (nie udało nam się znaleźć z którym) majątek przeszedł w ręce rodziny Wołkońskich.
Obecnie, w będącym własnością prywatną dworze, funkcjonuje ekskluzywny (pięciogwiazdkowy) hotel z restauracją oraz muzeum – niestety oba zamknięte dla pospólstwa w poniedziałek. Mogliśmy co najwyżej podejrzeć zabudowania przez płot – bramy (firmy Wiśniowski – też mamy bramę tej firmy) otwierają się tylko dla gości.
Całość (wodospady, hydroelektrownia i pałac) otaczał park z wysypanymi drobnym żwirkiem ścieżkami spacerowymi, z platformami widokowymi oraz mostkami nad rzeką ponad wodospadami.
Klintu bałtycki

Klint bałtycki


Po wymuszonym zamkniętymi bramami pałacu spacerze po parku – by obejrzeć bryłę pałacu w całości, ruszyliśmy do kolejnego punktu z listy – na półwysep Pakri, by obejrzeć wapienny, wysoki na ponad 20 m klif Paldiski. Jest on częścią klintu bałtyckiego.
do albumu zdjęć

Klif Paldiski

Tu mieliśmy przyjemność spotkać rodaków z Poznania, którzy przyjechali tu w tym samym celu co my: zobaczyć ten piękny kraj, zanim Putinowi odbije do końca, i zaatakuje Pribałtikę. Wszyscy byliśmy zgodni, Putin i jego nacja są zdolni do wszystkiego, za wyjątkiem działań zgodnych z logiką. W końcu to nie on płaci.
Przy klifie stoi latarnia morska, której tym razem nie odwiedziliśmy – chmury były niskie więc i tak niewiele byłoby widać. Za to, już wracając z klifu, przy bocznej, polnej drodze,
do albumu zdjęć

Wieża dalmierza

w drobnym zagajniku pokazała się nam zrujnowana wieża dalmierza, kiedyś wykorzystywana przez wojsko, a dzisiaj może przez ptaki, bo dostać się do niej (na nią) praktycznie nie sposób.
Po obejrzeniu – niestety jedynie z góry – przewieszonych ścian klifu i pożegnaniu miłych towarzyszy, podjechaliśmy pod port założony przez Piotra I, a obecnie będący bazą estońskiej marynarki wojennej. W pełni tłumaczy to „zasiatkowanie” różnych poboczy, dostrzegane przez nas gdy jechaliśmy przez miasteczko i przy pobliskiej portowi plaży z widokiem na klif.
do albumu zdjęć

Port Paldiski


Obserwowany przez nas, tym razem z boku i od dołu, klif ujawnił w pełni przyczynę „przewieszenia” swych ścian. Poniżej osadów czwartorzędowych jest zwarta, zbita warstwa wapienna (Ordowik), a poniżej, podmywana falami Bałtyku, miękka warstwa kambryjskich luźnych piaskowców i iłów (łupków ilastych) łatwo ulegających erozji morskiej. W efekcie, nad wodą wiszą „balkony” wapienne. Wiszą aż się nie urwą i proces biegnie dalej. W efekcie woda pod klifami jest bardzo płytka, więc przy ewentualnym spadnięciu z klifu trudno oczekiwać innego efektu niż lot duszy w nieznane.
do albumu zdjęć

Cerkiew św. Grzegorza


A tak w ogóle, nazwa „Paldiski” pochodzi od estońskiej wymowy słowa „Bałtijskij Port”, gdyż taką nazwę nadała mu nasza „ulubiona” caryca Katarzyna II.
Jako że Erynia zaczęła przejawiać objawy głodu, W. rozglądać się zaczął, w pobliskim mieście Paldiski, za miejscem do jedzenia. I znalazł… Cerkiew św. Grzegorza. Oczywiście była zamknięta, ale „trzeba ją było obejrzeć” – przynajmniej od zewnątrz, ale za to dookoła.
Poszukiwania nie skończyły się na cerkwi, gdyż w pobliżu tejże, w budynku dawnego urzędu celnego z czasów Piotra Wielkiego (początek wieku XVIII), znajdowała się Tawerna Peetri Toll. Menu przedstawiło się nam całkiem przyjaznymi cenami, równie przyjazna była i obsługa a smak i ilość mogłyby zadowolić i lepszych od nas smakoszy.
do albumu zdjęć

Peetri Toll


Co więcej, na pięterku znajduje się muzeum zawierające, poza zdjęciami i dokumentami poświęconymi historii miasta, kolekcję broni białej, od scyzoryków, noży i sztyletów, przez szpady i rapiery z różnych stron świata, wliczając w to obie Ameryki, Bliski Wschód i Azję, jak również amerykańskie mundury wojskowe z czasów Wojny Secesyjnej. Co ciekawe, nie doszukaliśmy się ani jednej polskiej szabli przekazano nam, że poszukują, ale jeszcze nie udało im się takowej możliwości zakupu znaleźć – nam zajęło to kilka minut (no chyba, że szukają oryginału – z tym faktycznie może być trudniej!).
A brak ten jest o tyle istotny, że to polskie szable, były na przestrzeni wieków, uznawane za najlepiej wyważone i najlepiej sprawdzające się w szermierce manewrowej.
Wstęp do muzeum to całe 3 € ode łba. Zdecydowanie warto, bo na początku wyświetlany jest film o wystawie, z odpowiednimi opisami, a następnie już do woli można oglądać całe piętro witryn z bronią. W jednym z pokoików bocznych są jeszcze pamiątki nieorężne oraz trochę malarstwa, które jest hobby właściciela.
Soljanka, wareniki i pielmieni, tak nam się „rzuciły do gardła”, że nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia drugiego dania „przed spożyciem”, a aparaty wpadły nam w ręce dopiero gdy talerze były już puste. Można powiedzieć, że tak nas wciągnęły i restauracja, i muzeum,
do albumu zdjęć

Mural w Rummu

że do kamieniołomu Rummu dotarliśmy w ulewie, która miała dużo czasu by się zebrać w sobie. Oglądanie wody z wody lejącej się na głowę (na dodatek w cenie około 10 €) nie pasowało nawet W. lubiącemu snorklowanie (W.: nie przy temperaturze 15°C). Zrobiliśmy tylko z samochodu parę zdjęć pięknego muralu i zawinęliśmy się z powrotem do Tallina. Powrót zajął nam znacząco więcej czasu niż przewidywaliśmy, bo z powodu remontu ulicy, ostatnie 10 km przejechaliśmy w ponad 40 minut.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.