browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Skansen i kwatera

do albumu zdjęć

Muhu - skansen

Drugim z punktów którymi W. nas uraczył, było Muzeum Muhu. Nie dość, że był to raczej skansen niż muzeum to jeszcze składał się z wielu ciekawych niskich, krytych trzciną kamiennych, lub kamienno-drewnianych, domów z wyposażeniem od XVIII w. po lata 60′ wieku XX. Przy czym skansen stał wewnątrz wsi z podobnie zbudowanymi domami prywatnymi, w których mieszkali ludzie. Różniły się jedynie od zamieszkanych jedynie tabliczkami z napisem „Private” stojącymi na murkach kamiennych otaczających każde gospodarstwo lub przy ich bramach. Na dodatek po opuszczeniu terenu skansenu, ogrodzonego murkiem (oczywiście takim samym jak i inne zagrody), w okolicy można było zobaczyć jeszcze dwa wiatraki, rzeźbę wysoką a majestatyczną i port morski (łodzi rybackich), a przy porcie restauracyjkę, małe muzeum rybactwa (nie wstąpiliśmy). W samym porcie, oprócz paru małych łódek stały zaparkowane trzy małe domki na wodzie – przypuszczalnie do wynajęcia.
Już wracając do samochodu zobaczyliśmy tabliczkę „Muzeum Muhu” na znacznie nowszym budynku murowanym. Ponieważ i tak musieliśmy oddać zafoliowaną mapkę skansenu (w języku polskim!) to wstąpiliśmy do tego budynku też. Był to w połowie budynek administracyjny, ale drugie piętro było przeznaczone z jednej strony dla dzieci, a z drugiej strony pokazywało stroje regionalne z przykładami tutejszych haftów.
do albumu zdjęć

Muzeum Muhu

Na koniec jeszcze spotkaliśmy dyrektora muzeum, z którym z przyjemnością porozmawialiśmy i o wsi, i o faunie regionalnej – wreszcie wiemy jak na wyspę dostały się łosie (przypłynęły), i posłuchaliśmy o wilku (oczywiście wilka musieli myśliwi zamordować bo zabił setkę owiec – 1 wilk 100 owiec???), a także o niedźwiedziu (jest ponoć jeden na Saaremie) i dzikach (jest ich więcej), a nawet usłyszeliśmy, że pojawiły się tu parę lat temu szakale. Lisów sami widzieliśmy parę, w różnych miejscach Saaremy, nawet jeden przyglądał nam się podczas rozmowy. W. musiał oczywiście zapytać o śniegi, i tu się zawiódł. Ponoć w tym roku było „nawet” 10, 20 cm, przez porę dni! Za to również przez jakiś czas można było pojeździć na łyżwach po zamarzniętym, przy brzegu, morzu. Niektórzy robili nawet parukilometrowe trasy. Nie zamarzł jednak szlak promowy (była na nim krupa lodowa), nie dało się więc po lodzie przejść na stały ląd. Tak dobrze się nam rozmawiało, że nawet nie zauważyliśmy, że w międzyczasie śliczna kustoszka zamknęła skansen, a i czas pracy muzeum też dobiegł końca. Pewnie i my nie skończylibyśmy tak przyjemnej rozmowy, ale byliśmy umówieni na kwaterze, a woleliśmy nie testować wytrzymałości właścicielki.
do albumu zdjęć

Port przy skansenie


Z ciekawostek okolicy: był sobie stojący przy parkingu (bezpłatnym) domek toaletowy z ciekawym opisem, brzmiącym w wolnym tłumaczeniu, mniej więcej tak:
Opłata dowolna pomiędzy 20 eurocentów (¢), a 100 €, w zależności od waszego uznania i sposobu korzystania z toalety. Prosimy o nie podłączanie kamperów pod sieć elektryczną, nie jest do tego przystosowana”.
Skorzystaliśmy, wrzuciliśmy „co łaska” do skrzyneczki i po około 40 minutach meldowaliśmy się w Tönise talu. Właścicielka wskazała nam domek, który wstępnie (mocno) nagrzała elektrycznie, skasowała uzgodnioną kwotę, opowiedziała o możliwościach sklepowo-restauracyjnych okolicy i bardzo się zawstydziła, że Wi-Fi, który miał działać w altance (kilkanaście metrów od domku – w domku go nie ma), nie przyjmował hasła gości. Dopiero podanie nam hasła gospodarzy dało pozytywny efekt, ale i tak Wi-Fi działał praktycznie, jedynie pod domem gospodarzy.
do albumu zdjęć

Okolice kwatery


Po krótkim obejrzeniu kwatery – w sumie drewniany domek zawierający jeden pokoik z podwójnym łóżkiem na dole i podwójnym materacem na antresoli, oraz toaletą z łazienką, wywarło na nas jak najbardziej pozytywne wrażenie (gdyby nie ten brak Wi-Fi, potrzebnego tak właściwie jedynie do wyznaczania punków trasy na następny dzień, ale…). Mimo że i aneks kuchenny miał ten domek wyposażony wyśmienicie to jednak ruszyliśmy do pobliskiego Kuressaare poszukać czegoś do zjedzenia. Co prawda już wcześniej zrobiliśmy zaopatrzenie śniadaniowo-kolacyjne w przydrożnym Coopie, ale wypadało zjeść jakiś obiad.
do albumu zdjęć

Kolacja w Monus Villem

Pierwszy punkt restauracyjny (około 2 km od kwatery) był zarezerwowany przez rosyjską wycieczkę, za to 4 km dalej, prawie na początku Kuressaare, stylowy Monus Villem, pokazany na mapie GPS jako kawiarnia, zachwycił nas daniami restauracyjnymi. Nie dość, że stosunkowo tanimi to jeszcze wyśmienitymi w smaku, a zjedliśmy po zupie rybnej (dużo w niej było ryby) i wieprzowinie z grzybami na toście z czarnego chleba. Spędziliśmy tam ładnych chwil parę, zapijając to wszystko lanym piwem (Erynia) i kwasem (W.).
Po tak miłym dniu pozostało nam już tylko wrócić do naszego domku, rozpakować się, posiedzieć chwilę na tarasie zapatrzonym w stolik i fotele, a także huśtawkę, i sprawdzić, jak cisza i spokój okolicy zadziałają na sen.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.