
Dygresja:
sądzimy że zarówno zaproszenie do środka jak i miłe przyjęcie zawdzięczamy psu marki jamnik, gdyż zanim Pani Róża zdążyła powiedzieć, by się do niego nie zbliżać, bo on atakuje obcych, pies już leżał na plecach, machał łapkami i pozwalał się wygłaskiwać W. Właścicielkę chwilowo zatkało. Zanim odzyskała głos, by powiedzieć, ze ten pies nie pozwala sobie wyjmować kleszczy, W. już wyjmował drugiego… No, ale W. wychował się z psami.

A przemiła gospodyni miała co opowiadać, bo Pani Róża nazywała się Grocholska, a z domu była Dowgiałło. Na www.myheritage.pl też wiele można poczytać na temat tej rodziny (daty przy Pani Róży się nie zgadzają, chyba że rozmawialiśmy z duchem!). My dostaliśmy skondensowany skrót historii rodu od trzech pokoleń wstecz do dwóch pokoleń w przód. Wnętrza zadbane bywają niekiedy pokazywane są dobrze przygotowane pokoje muzealne, w których kiedyś żyły znane osoby (zmarłe). Dobrze zrobione wyglądały jakby poeta, pisarz, rzeźbiarz, polityk… dopiero co z pokoju wyszli. Tutaj taki muzealno-historyczny wygląd miały pokoje osoby jak najbardziej żywej i opowiadającej o udziale swojej rodziny w Armii Krajowej i nie tylko, braciach (wujkach?), którzy zginęli wraz z Krzysztofem Baczyńskim, Babce, która za organizację punktu spotkań AK-owców w Warszawie przeszła przez wiele niemieckich obozów koncentracyjnych (w tym Auschwitz i Ravensbrück) i mimo wszystko przeżyła – między innymi dzięki znajomości arii operowych, które wygwizdywała jedna z niemieckich oprawczyń i psie, który pozwoliwszy się jej przytulić uratował jej zimą życie, gdy Niemcy wygonili je nago na śnieg i zostawili by zamarzły, i o leju po bombie, w którym przeżyła bombardowanie, chociaż wiele z jej współtowarzyszek niewoli w tych lejach zginęło.
Historia koligacji rodzinnych była równie interesująca, bo przykładowo jednym z jej przodków był Tomasz Oskar Sosnowski – znany niewielu polski rzeźbiarz w dziewiętnastowiecznym Rzymie. A również od strony męża miała się czym pochwalić. Na obrazach na ścianach i w książkach wskazane były rezydencje, w których żyli i które niekiedy musieli opuścić, szczególnie, że wiele z nich było na polskich kresach wschodnich. Sama też po studiach międzynarodowego transportu morskiego pracowała najpierw w Polskiej Żegludze Morskiej obsługując linie do Bombaju, a następnie w Polskiej Żegludze Śródlądowej z siedzibą we Wrocławiu, gdzie mieszkała 35 lat.
I tutaj znaleźli kolejne wspólne tematy z W.
Aż trudno było opuszczać tak miłą gospodynię i tak nastrojowy dom z piękną historią, ale musieliśmy ruszać dalej, a i zbyt długa wizyta, szczególnie niezapowiedziana, bywa niemile widziana. Postaraliśmy się, mamy nadzieję, by nasza wizyta nie okazała się zbyt długa.
Po wyjściu z dworku („czworaków”) obfotografowaliśmy go z zewnątrz i podjechaliśmy obejrzeć pozostałości po młynie i stajniach. Samego dworu nawet nie próbowaliśmy szukać, bo został po nim jedynie zarastający go zagajnik i zdjęcia.

