Po sybaryczeniu się, zdecydowaliśmy wrócić na Górę Grabarkę, świętą górę dla prawosławnych, którzy od stuleci pielgrzymują tam by prosić lub dziękować, przynosząc tam ze sobą krzyże.
Za stroną Grabarka.pl: „Góra zasłynęła w 1710 r., kiedy epidemia cholery szalała na terenach Podlasia. W tym czasie pewnemu starcowi we śnie zostało objawione, że ratunek można znaleźć na pobliskim wzgórzu. Wierni poszli za głosem Bożym, przynosząc ze sobą krzyże. Z modlitwą obmywali się i pili wodę ze źródełka. Według kroniki siemiatyckiej parafii ratunek od choroby znalazło wówczas ok. 10 tys. ludzi. W podzięce Bogu za cud zbudowano na tym miejscu drewnianą kapliczkę Przemienienia Pańskiego. Cerkiew przebudowywana, remontowana, upiększana dotrwała do 1990r, kiedy to podpalona spłonęła doszczętnie. Nowa cerkiew została wyświęcona w 1998 r. Jest już murowana”.
Po 18 latach nieobecności napiliśmy się ponownie wody ze źródełka, weszliśmy do cerkwi – tym razem pełnej zwiedzających bądź pielgrzymów, porozmawialiśmy chwilę z księdzem, który zdementował wspomnienia W., że wchodziliśmy na górę drogą wśród krzyży. Od tamtej strony podobno nie ma wejścia. Musieliśmy wchodzić jak wszyscy, główną bramą i kamiennymi schodami. Powzruszaliśmy przy niektórych wotach, przy innych włączył nam się wrodzony cynizm (według W. doświadczenie życiowe): krzyż zawierający imię damskie i męskie z hasłem: „miłość, wierność, wieczność”. W. od razu zaczął się zastanawiać, czy para jest już po rozwodzie. Ciekawe były również nazwiska na przykościelnym cmentarzu – część pisana cyrylicą, część latinicą, czasami na tym samym grobie rodzinnym.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w sprawdonej już karczmie „W starym POMie”, gdzie W. zamówił tym razem pół kilo zacnie zrobionych żeberek, zaś Erynia przetestowała potrawę regionalną zaguby, którą słusznie zakwalifikowała do bieda kuchni. Przyznajemy, że choć były dobrze zrobione, nie skradły naszego serca. Wolimy inne przysmaki z kuchni podlaskiej, ze szczególnym uwzględnieniem kartaczy – jak są dobrze zrobione i przyprawione.
Bociek na drodze
W drodze powrotnej jechaliśmy niespiesznie przez las, mając na uwadze zwierzynę, która w każdym momencie mogła zechcieć przejść na drugą stronę drogi, niekoniecznie stosując się do kodeksu drogowego, a i tak zostaliśmy zaskoczeni przez poczciwego boćka, który na wiejskiej ulicy, zaraz za zjazdem z ronda, szedł sobie naszym pasem. Zaniepokojonych informujemy, że bociek cały, i odleciał sobie, jak mu się znudził spacer.
Samochód, który za nami stanął, też na nas nie trąbił!

