Nie będziemy się wypowiadać jak mieszka się w Uroczysku, bo nie mieliśmy takiej okazji, ale opinia W. na temat samego skansenu jest za to jednoznaczna: ten skansen jest martwy. Bez zwierząt gospodarskich, z pozamykanymi chałupami (tymi nie wynajmowanymi) i kościołem na 7 spustów. Ten ostatni zresztą, wybebeszony z wyposażenia i zamieniony w salę konferencyjną (sądząc po zdjęciu ze strony uroczyska).
Może nie było czego ratować?
Tego nie wiemy.
Przykry los spotkał też jedną z chałup, w której wyrąbano otwory na aluminiowe drzwi i okna do samej ziemi, tworząc tam małą galerię – oczywiście zamkniętą. Chałupka mieszcząca ruską banię również na wybite przeszklenie w samym szczycie, a udające domek ludowy (chyba) SPA też nie zachwyca architekturą. Niby zamysł jest świetny, (podobnie jak w Ziołowym Zakątku) coś nam jednak tutaj nie pasowało. Znaczy wiemy, że miejsce zdaniem blogerów i influencerów jest „kultowe” i „magiczne”, bo można zjeść tam, gdzie jedli szejkowie i przespać się tam, gdzie spali Rolling Stonesi, biorący udział w aukcjach w pobliskiej stadninie w Janowie Podlaskim. Ponadto okolica jest urokliwa, wyśmienita do spacerów, zwiedzania okolicy konno i kajakiem, i to jest chyba największy, naszym zdaniem, atut uroczyska. Jest tu jakby luksusowo, ale nie do końca w naszym klimacie. Zresztą odnosimy wrażenie, że też nie do końca mieścimy się w grupie docelowej uroczyska: zamożnych mieszkańców dużych metropolii, ze szczególnym uwzględnieniem wegetarian, chcących spędzić urlop w malowniczym miejscu w naturze, gdzie prawie każde miejsce nadaje się na kadr do „słifoci”, gdzie bezpiecznie mogą stąpać wypielęgnowanymi stopami obutymi w markowe sandałki, bez ryzyka wdepnięcia w łajno i gdzie o poranku budzić (ich) będzie śpiew skowronków, a nie kwakanie kaczek, gęganie gęsi oraz rozkoszne dźwięki wydawane przez pawie.

Dygresja:
Już wyjeżdżając z Zaborka W. doszedł do wniosku, że dobrym mottem tego Uroczyska byłoby:Zamień w słowie Zaborek miejscami litery B i R, a otrzymasz… I to widać, słychać i czuć!

Grzecznie wróciliśmy na późny obiad do Dworu Droblin, w którym minęliśmy się w drzwiach z dużą grupą ludzi najwyraźniej po rodzinnym obiedzie. Tym razem obsługiwała nas miła i uśmiechnięta kelnerka – od razu chciało się tu jeść! A na obiad oczywiście wszedł tatar, z tym że dzisiaj ciut obskrobaliśmy siekaną wołowinę z dodatków, gdyż wyśmienite mięso nie potrzebuje zagłuszaczy smaków. Do tego Erynia dobrała pierogi z soczewicą, a W. monotematycznie – befsztyk. Ten to jest uzależniony od mięsa.
Po powrocie uskuteczniliśmy drobne odwiedziny u alpak i nu-nu, bo jutro nastanie czas powrotu.

