wybrzeża
Parnawa
W końcu nadszedł czas na pożegnanie z Tallinem, ale jeszcze nie z Estonią. Czekała na nas bowiem Parnawa (est. Pärnu), podobnie jak Dorpat i Bauska pod koniec XVI w. i aż do wojen szwedzkich należąca do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Później, przewinęli się tam jeszcze Szwedzi i Rosjanie. Obecnie jest to nadbałtycki kurort, przedstawiany jako „estońskie Miami”. Hm, zobaczymy. Do miasta wjechaliśmy przez Riia … Kontynuuj czytanie
Muzea Tallina
Ponieważ był to ostatni dzień naszego zwiedzania Tallina to Erynia postanowiła przegonić W. po muzeach. Na szczęście w Erynii chęć sprawienia W. „przyjemności” walczyła z jej własnymi oporami. W efekcie dało się żyć, szczególnie że W. był na tyle wredny, by nie mieć nic przeciwko dowolnej liczbie muzeów… pod warunkiem, że Erynia przygotuje trasę od muzeum do muzeum. … Kontynuuj czytanie
Przylądek i „tajny obiekt”
Wyglądało na to, że los postanowił nam wyrównać poranne przypadłości więc postanowiliśmy go poprosić o jeszcze trochę i po krótkiej dyskusji wyruszyliśmy na północ, na przylądek Purekkari (est. Purekkari neem), najdalej wysunięty na północ skrawek lądowej Estonii. Chociaż tak naprawdę to sama końcówka tego półwyspu gdy W. tamtędy szedł, był wyspą – około dwumetrowy odcinek trasy trzeba … Kontynuuj czytanie
Olde Hansa
Popijając piwo miodowe z glinianego dzbana w Olde Hansa, Erynia gapiła się dłuższą chwilę bezmyślnie na przeciwną stronę uliczki, odnotowując znajome barwy biało-czerwone, jak również tabliczkę z białym ptakiem w koronie na czerwonym tle… Tak, to była ambasada Polski. Może W. wirus rzucił się na żołądek, za to Erynii najwyraźniej upośledził zdolności poznawcze. Przy piwie Erynia poczuła lekki głód … Kontynuuj czytanie
Ibis w Tallinie
Do hotelu Ibis dotarliśmy po 16. i przypomnieliśmy sobie (Erynia – niegdyś po licznych przedcovidowych delegacjach), co w praktyce oznacza opis „budżetowy” przy nazwie hotelu – nadaje się wyłącznie na krótki pobyt najlepiej dla jednej osoby. Dwie, będą się potykać o siebie i bagaże, których nie ma jak rozpakować, bo ta malutka półeczka z czterema wieszakami nijak na to nie … Kontynuuj czytanie
Haapsalu
Przyszedł w końcu czas przeniesienia się z wyspy na ląd stały, rankiem pożegnaliśmy więc miłą Gospodynię i jednym etapem, szybko, bez zbędnych postojów dotarliśmy do przeprawy promowej. Choć niebo było dynamiczne, to morze jednak było spokojne i promy pływały zgodnie z rozkładem. Zanim dotarliśmy do Tallina, zahaczyliśmy o Haapsalu – miejscowość uzdrowiskową o długiej historii, ciekawej architekturze małych domków, większych hoteli uzdrowiskowych … Kontynuuj czytanie
Port, zamek i soljanka
Kolejnym punktem ustawionym przez W. na trasie był malutki port Triigi na północy wyspy, z którego 3 razy dziennie odpływają promy na wyspę Hiiumaa. Bilety można kupić w automacie. Nawet gdybyśmy mieli w planach popłyniecie, musielibyśmy czekać do dwudziestej bez pewności powrotu tego samego dnia, bo nie wiemy po której stronie „śpią” promy. Może kiedyś… Trasą nadmorską dotarliśmy do … Kontynuuj czytanie
Źródełko i klify
Kolejną atrakcję turystyczną, którą na trasie uraczyła nas Saaremaa, niełatwo było znaleźć. Było to źródełko Odalatsi. I niby wodę była i płynęła, ale gdzie wypływała pierwsza kropla rzeczki to już zupełnie inna sprawa. No chyba że przyjąć jako źródło rozmokłe malutkie bagienko w rowie… bo kilkanaście metrów dalej woda już płynęła i bardzo szybko zmieniała się w parometrowej szerokości … Kontynuuj czytanie
Brązowe strzałki
Chcąc się jakoś zrehabilitować za skierowanie nas do Salem (ups… do Salme) W. postanowił pooglądać wszystkie punkty oznaczone na drogach brązowymi strzałkami, jako ciekawostki historyczno-przyrodnicze. Szybko mu jednak przeszło, po punkcie będącym starą drogą pasterską (przegrodzoną by nikt nią nie poszedł), „dworkiem” będącym „czymś” w remoncie z dwoma bramami na posesję, i parkiem narodowym traw nadmorskich, a przynajmniej tak … Kontynuuj czytanie
Nie-chleb i nie-łódź
Dzień ten mieliśmy zacząć od odwiedzenia najlepszej piekarni na wyspie, piekącej najlepszy chleb na wyspie. Ponieważ piekarnię w Salme otwierano dopiero o 11., trochę rano poleniuchowaliśmy, szczególnie że pogoda za oknem sugerowała „nie wychodź z domu bo…” – ciężkie czarne chmury przeganiał wiatr po niebie, na szczęście był tak mocny, że przegonił je skutecznie i wyjechaliśmy już prawie w słońcu, … Kontynuuj czytanie
Leśny cmentarz
Pojedzeni, spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy w trasę na Saaremę. Można powiedzieć, że większość trasy przespaliśmy nie rejestrując zmian lasów, i czasem bagien przez które prawie cały czas droga nas wiodła. Tak, Estończycy nie zgłupieli i nie osuszają bagien. Jedynymi godnymi wzmianki punktami było: ograniczenie (z 90) do 70 km/h przy szkole, i bez ograniczenia (ustawowej prędkości 90 km/h) przy znaku „uwaga na … Kontynuuj czytanie
Bura (Bora) i powrót
Całą noc duło, a rankiem, gdy szliśmy na śniadanie, wiatr za oknem – Bora (po chorwacku Bura) , według mapy, wiał z prędkością do 75 km/h. Będzie śmiesznie – w Omišu tylko 44 km/h, może da się przeżyć. Po powrocie ze śniadania mieliśmy wrażenie, że wiatr jeszcze przybrał na sile – jednogłośnie zapadła decyzja: „dzień lenia”, Omiš poczeka … Kontynuuj czytanie
Split
Po niedzielnym spacerze po Trogirze Erynia postanowiła obejrzeć i drugie miasto z listy UNESCO: Split z jego główną atrakcją – pałacem Dioklecjana. Dojazd po Splitu był właściwie przyjemnością, ze względu na piękne widoki z trasy nadmorskiej. A można je było oglądać do upojenia, bo ograniczenia prędkości wymuszały jazdę poniżej 50 km/h, co cokolwiek wkurzało Chorwatów, szczególnie gdy W. reagował przesadnie … Kontynuuj czytanie
Brela
Śniadanie było dla nas miłą niespodzianką, albowiem dzikie tłumy dzikich turystów zniknęły z restauracji. Koniec z kolejkami do talerzy. Znaczy się naprawdę końcówka sezonu. Pogoda również się dopasowała, gdyż zamiast zapowiadanych w sieci 21 stopni, było aż 26. To lubimy. Niestety kręgosłup Erynii wywinął numer, przesuwając swój dysk. Erynia, doświadczona weteranka, rozćwiczyła dziada, i mogliśmy się udać na spacer … Kontynuuj czytanie
Trogir
Poranek przywitał nas szarymi chmurami, z których czasami coś pokapywało. Zeszliśmy na śniadanie licząc na to że w międzyczasie coś się zmieni. Śniadanie było jak najbardziej odpowiadające gwiazdkom hotelowym, przy czy jak zawsze przy „pierwszym razie” należało przetestować jakie smaki są serwowane. Było w czym wybierać zarówno od strony różnorodności jak i smaków. Nawet Erynii jakoś bardziej smakowało – … Kontynuuj czytanie
Trasa do Breli
Na przełomie września i października „zaplanował” nam się tydzień urlopu, no tak wypadło. Plany mają jednak to do siebie, że lubią się walić. Najpierw zawirowania rodzinno-zdrowotne w różnych konfiguracjach, potem kot Ryś postanowił zaprowadzić nas do weterynarza i nauczyć nas robić zastrzyki. Nas też choróbska różne postanowiły dopaść, ale po co się przejmować takim nadmiarem. Finalnie wyjazd załatwialiśmy … Kontynuuj czytanie
Forza d’Agro i powrót
Słońce znowu wróciło na właściwe tory (jakby kiedykolwiek z nich zeszło…) i zaczęła się lampa. Z listy okolicznych „I borghi piu belli d’Italia” zostało nam jedno do rzucenia okiem: Forza d’Agro. Zanim tam dotarliśmy przejeżdżaliśmy przez Mazzarò, nadmorską miejscowość połączoną z Taorminą kolejką linową (Funivia). Nas jednak bardziej interesowała plaża, a konkretnie jej kawałek po którym można było przejść prawie suchą … Kontynuuj czytanie
„P. Depresja”
W. potknął się o „P. Depresję” i chcąc nie chcąc ogłosił dzień lenia. Nie chciało mu się jeść (starczy brak łaknienia) to i denne – jak zwykle – śniadanie okazało się jeszcze gorsze. Ledwo udało mu się namówić „P. Depresję” na jedno jajko (na twardo), trzy plasterki salami (jadał lepsze, dużo lepsze), i kilka kawałków pieczonego boczku (nawet ociekający tłuszczyk go … Kontynuuj czytanie
Augustów
Początkowo planowaliśmy na ten dzień wypad na Litwę, ale w ostatnim momencie przypomnieliśmy sobie, że jest poniedziałek i miejsca, które chcieliśmy zobaczyć, mogły być zamknięte. W zamian za to wyskoczyliśmy do Augustowa. Zaparkowaliśmy dwie uliczki od Rynku Zygmunta Augusta, płacąc w parkomacie. Ta zaraza dopadła również Augustów – na szczęście zaraza jeszcze nie zabija (0,5 zł/h). Za to sam Rynek nas zachwycił. Nie, … Kontynuuj czytanie
Alanya
W ostatni turystyczny dzień ruszyliśmy na wschód, do Alanyi. Auto zaparkowaliśmy na płatnym parkingu przy porcie, między jaskinią, a stacją kolejki. Zaczęliśmy zwiedzanie od jaskini Damlataş, zwanej po turecku „kapiącym kamieniem”, od wielkiego zagęszczenia stalaktytów w jej wnętrzu. Co prawda odkryto ją dopiero w 1958 r., w czasie budowy portu, ale nie zlekceważono takiej okazji uatrakcyjnienia pobytu w mieście (a przy okazji i zarobku) … Kontynuuj czytanie

