Po powrocie na kwaterę, Erynia doczytała, że jedno z muzeów jest czynne od 11:00 (więc normalne, że było zamknięte o 10.). Ciekawość przeważyła lenistwo i to była bardzo dobra decyzja. O Narodowym Muzeum Rolnictwa (NZM Valtice – Muzeum Uprawy Winorośli, Ogrodnictwa i Krajobrazu) można powiedzieć wszystko, z wyjątkiem tego, że jest nudne. Na początek wita nas korytarz z akwarium z rybami występującymi w tutejszych stawach (rybnikach),znajdujących się pomiędzy Lednicami a Valticami. Trochę to akwarium wydało nam się za ciasne jak na tak duże ryby, a szczupak wyglądał, jakby miał depresję (Erynia była trzeźwa, jak to pisała) – gdy to oglądała stwierdziła, że jest mu smutno samemu, W. dodał, że raczej nie bo wszystkich zjadł. Dalej było przedstawienie dna zbiornika wodnego, ryb oraz sprzętu wiekowego i współczesnego, którym można te ryby łowić. Dalej przechodzimy nad wodę, do łąk i lasów, z roślinnością i ptactwem którego odgłosów można posłuchać, ćwicząc się jednocześnie w rozpoznawaniu dźwięków lasu. Polacy mają również okazję do poćwiczenia nazw w języku czeskim. Dalej przechodzimy do ogrodów i sadów, gdzie poza rozpoznaniem odmian owoców, można obejrzeć stary i nowy sprzęt, którym pracowano przy pielęgnacji, zbiorach i obróbce owoców. Następnie przechodzimy do części winnej i dopiero tu się zabawa rozkręca. Bawią się dobrze zarówno dzieci jak i dorośli. Od animowanego filmiku dla mniejszych dzieci pokazującego w dużym skrócie historię wina (od Egipcjan; o Gruzinach nie wspomnieli), po bardziej rozbudowaną opowieść, której narratorem był św. Urban. Przez zabawy interaktywne, quizy, puzzle (dla najmłodszych), przez umiejętnie wplecione to informacje o procesie wytwarzania wina, dobierania kieliszków do trunku, łączenia wina z potrawami, aż po narzędzia potrzebne do wytarzania jak i degustacji boskiego trunku. Tu zwróciliśmy uwagę, że filmy dla dzieci zostałyby zjechane zarówno przez polskich gorliwych katolików jak i polskich gorliwych psychologów dziecięcych oraz Gruzinów i Ormian.
- Wedle autorów, najstarsze wina wytwarzano 3,5 tysiąca lat temu w Egipcie. Może i wytwarzano, ale nie były one najstarsze.
- opis „greckiej epoki” w winiarstwie ilustrował dość dokładny obrazek półnagiej niewiasty z wyraźnie zaznaczonymi „atrybutami kobiecości”. I tak uważamy, że Czesi byli delikatni, bowiem w ramach opisu bachanaliów wspomnieli o piciu dużych ilości wina (co na Morawach jest normą), bardzo oględnie opisując orgie (na obrazku widać było tylko ręce, głowy i… chmurki).
- Kolejny filmik dla starszych dzieci wspominał o prawie oraz karach za wykroczenia związane z winem lub winnicą. Widać było (rysuneczki) jak obcinano komuś rękę, czy łapano w wilcze paści, a za kradzież gron z winnicy karą było powieszenie lub spalenie na stosie, co również zostało zilustrowane stosowną animacją (chmurek nie było).
(W.: „neo-psycholodzy wychowują psychiczne kaleki!”)
Wracając do wystawy, nas zachwyciły szczególnie próbki najczęściej występujących w tutejszych winach zapachów, których nie omieszkaliśmy „wyniuchać”, stwierdzając przy okazji jakie spustoszenia Covid poczynił w naszym powonieniu. Zapach wiśni kojarzył nam się z mydłem, a zapach końskiego potu / skóry wyczuwaliśmy w większości tutejszych czerwonych win medalowych, degustowanych wczoraj). Erynia bowiem, do tej pory prawie nie czuje zapachu grzybów, natomiast wyczulił jej się nos na inne zapachy. Tak się zastanawiamy, czy to nie jest ten przypadek, bo trudno nam uwierzyć, by szacowne jury ot tak przyznawało medale za wina z zapachem uznawanym za wadę.
W piwnicy (sklepie) pokazane były stare prasy (najstarsza z 1719 r.) i beczki, zaś w podziemiach pokazano ekspozycję poświęconą terroir. Przy czym pokazano nie tylko „kamulce” tu występujące, ale i interaktywnie erozję gleby na skutek wiatrów oraz obfitych opadów czy powodzi. Po wszystkim oprowadzał nas przemiły pan ochroniarz nudzący się wcześniej jak mops. Tu sam z przyjemnością włączał nam kolejne filmiki i zwracał uwagę na ciekawostki. A choć pewnie zna wystawę na pamięć, bawił się przy tym przednio. Takie muzea lubimy!
Zgodnie z wywieszonym na drzwiach grafiku, nastawiliśmy się na wieczorną wizytę w szkolnej piwnicy „Pod Starou řídětnou”, a tu nic – piwnica zamyka się na dobre z końcem października. Trochę szkoda, ale co się odwlecze…
W zamian spożyliśmy przepyszną kaczą pierś w towarzystwie puree ziemniaczano-dyniowego w Avalonie, z ledwo jednym kieliszkiem czerwonego wina. To był prawdziwy winny detox w morawskim wydaniu.

