browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Estonia – wrażenia

Zbyt krótko przebywaliśmy w Estonii, by móc napisać przewodnik (a trafiali się już tacy blogerzy), za to chętnie możemy podzielić się naszymi wrażeniami ogólnymi z pobytu w tym interesującym kraju.
Pierwszą rzeczą jaka rzuciła nam się w oczy, to drogi. Wszystkie one są bezpłatne dla samochodów osobowych i z nawierzchnią w dobrym stanie. Z drugiej strony, maksymalna dozwolona prędkość na tych drogach to 110 km/h, i to tylko na niektórych fragmentach dróg ekspresowych. Wynika to z faktu, że na estońskich ekspresówkach są skrzyżowania (bywa i możliwość zawracania), przystanki autobusowe, czasami parkingi przy drodze, nie wszystkie zresztą wyglądające na oficjalne…
Autostrad w Estonii nie ma. Oprócz tego, na estońskich drogach nie uświadczy się typowej dla Polski banerozo-reklamozy, co cieszyło oczy Erynii, zaś nudziło W., mamroczącego coś po nosem o monotonii…
Jako kierowca – miał prawo, chociaż też nie lubi reklam przy drogach.
Inną rzeczą, jaka rzuciła nam się w oczy przy estońskich drogach był znak drogowy märk 173 odpowiadający polskiemu A-17, ostrzegający kierowców o miejscach szczególnie uczęszczanych przez najmłodszych, takich jak okolice szkół czy placów zabaw. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w Estonii ograniczenia prędkości w tych miejscach wahały się między 70 a 80 km/h. Estońskie dzieci muszą mieć silny instynkt przetrwania. Niemniej, sugerujemy kierowcom jazdę z rozsądną prędkością, jak również nie „po spożyciu”, gdyż panuje tu zasada całkowitej i bezwzględnej trzeźwości za kierownicą. Dopuszczalny limit alkoholu we krwi wynosi 0,0 promila. Przy drogach, często trafiał się też odpowiednik polskiego znaku A-18b.märk 178
Z tym, że w wersji estońskiej, przedstawia on łosia.

A mają tych znaków znacząco więcej niż w Polsce

märk 176 märk 177 märk 177 märk 177 märk 178 märk 178 märk 178


Zresztą zestaw znaków drogowych trochę się różnił od polskich.
Warto się z nimi zapoznać przed wyjazdem do Estonii.
Szczerze mówiąc, łoś robił na nas większe wrażenie od polskich skaczących jeleni.
kot

kot na deptaku


Z lokalnych ciekawostek: w Tartu, rzucił nam się w oczy kot, zachęcający rowerzystów, by na deptaku zeszli z pojazdu.
Również przy tych drogach (na Litwie i Łotwie też) stały często charakterystyczne brązowe tablice z symbolem koniczyny, wskazujące na zjazd do zabytku w okolicy. märk 178Trochę nas to wkurzało, bo nie wiadomo było czy chodzi o kościół, zamek, pomnik przyrody, czy mosteczek nad rzeczką – nie każdy zna język estoński, a znaczek z przodu zawsze był taki sam.
Za to, jak już dotarliśmy do owego zabytku, to zazwyczaj znajdował się tam darmowy parking (nie dotyczy dużych miast). Przy samych zabytkach stały tablice informacyjne w trzech językach: estońskim, rosyjskim i angielskim oraz (często) toaleta pod postacią sławojki. Ale są to pięciogwiazdkowe sławojki: wszystkie zaopatrzone w ciepłą piankową deskę sedesową z klapą oraz papier toaletowy. Poczuliśmy się rozpieszczeni. Żeby nie było, na sławojki trafialiśmy również przy wiejskich kościołach na Saaremie oraz przy leśnych cmentarzach.
Wszędzie, nawet na największym zadupiu można było dogadać się po rosyjsku oraz angielsku. O ile rosyjski nie jest zaskoczeniem, zarówno ze względu na przeszłość Estonii (nie tak dawno: Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej) jak i znaczącą rosyjską mniejszość narodową (ponad 25% populacji), o tyle angielski, którym (na różnym poziomie) władali nawet Estończycy w wieku zaawansowanym, w małych wioskach, był jednak miłym zaskoczeniem. Wygląda na to, że Estończycy poważnie zainwestowali w umiejętności językowe swoich obywateli.
Inną miłą niespodzianką była czystość, i to zarówno:
  • w miastach, gdzie śmieci trafiały do koszy, a nie na ulicę, na chodnik czy w workach na przystanek autobusowy;
  • w lasach, gdzie turyści nie zostawiają po sobie „pamiątek”;
  • nawet na brzegu morza, gdzie fale mogłyby wyrzucać śmieci.
Czasem to dążenie do czystości przybierało ciut karykaturalne formy, jak na plaży w Parnawie, gdzie na środku, na całej długości, co 20 metrów znajdowały się wielkie zielone kontenery. Można zapomnieć o romantycznych wschodach i zachodach słońca.
Mniej miłą rzeczą były częste bazgroły na murach i ścianach budynków.
Czyżby nasi tu byli?
Ale że aż tylu?
Naprawdę, jest wyraźna różnica między sztuką (graffiti), a zwyczajnym wandalizmem.
 
Muzea

Wszystkie strony muzealne, na jakie trafiliśmy, mają wersję angielską, często rosyjską i fińską. Również ekspozycje muzealne mają często napisy w językach obcych, co jest dużym ułatwieniem dla cudzoziemców.
W Tallinie często byliśmy zachęcani do zakupu Tallin card, mającej dać nam darmowy wstęp do +50 atrakcji (muzea, zoo, itp.), darmową komunikację miejską, zniżki w wyznaczonych sklepach, restauracjach i kawiarniach, zniżki na wycieczki w wyznaczonych biurach podróży. Wszystko fajnie, ale ceny ciut zwalały z nóg: 24 h za 43 €, 48 h za 63 €, 72 h za 76 €. Karta, tak naprawdę opłaca się wielbicielom muzealnych maratonów (codziennie minimum 3 muzea), do których my się nie zaliczamy. Można chodzić z wywieszonym językiem przez 14 godzin po mieście, tylko po co?
Za to z chęcią korzystaliśmy z łączonych biletów (combined tickets) jak do muzeów w wieży Grubej Małgorzaty i Morskiego w hangarze dla hydroplanów (30 €, gdzie osobno wstęp do Małgorzaty to 16 €, a do Morskiego wraz ze statkami w porcie to 22 €). Muzea w Kadriorg również dają sporo możliwości łączenia biletów.
Już po powrocie do Polski, trafiliśmy na informację o rocznej karcie muzealnej, dającej nielimitowany wstęp do ponad 130 muzeów w całej Estonii przez cały rok od aktywacji, za 75 €. Co więcej, kartę można przedłużać na kolejne lata za 69 €. To by się już opłacało.
 
Kuchnia

Mamy wrażenie, że za mało jej skosztowaliśmy, by wypowiadać się na ten temat definitywnie. Natomiast, o ile przez cały czas zachwycaliśmy się potrawami z ryb (ze szczególnym uwzględnieniem śledzia), barszczem gotowanym na kaczce (wyłącznie Erynia, gdyż W. nie toleruje buraków pod żadną postacią) oraz pączkami twarogowymi (kohupiimapontšikud) w Tartu, o tyle czarny żytni chleb, pakowany w folie plastikowe, był rozczarowaniem. Niemniej jednak, zgłębiając dalej temat (linki poniżej), z przyjemnością dalibyśmy kuchni estońskiej drugą szansę, zapoznając się daniami z publikacji: Na koniec estońskie strony, z których skorzystaliśmy: Warto się z nimi zapoznać przed planowaniem wyjazdu do Estonii.
poprzedni
następny

7 odpowiedzi na Estonia – wrażenia

  1. Pudelek

    Mnie najbardziej podobał się w Pribaltice znak z czarną dziurą – od razu kojarzył mi się z czarną dupą!

  2. Alicja

    Kot ma zawsze rację!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.