Czyżby rzeźbiona zachęta do uprawiania sportu?
Z przodu sytuacja się wyjaśniła: była to rzeźba przedstawiająca nagich ojca z półtorarocznym synem, powiększonym proporcjonalnie do rozmiarów dorosłego człowieka – zamysłem artysty było pokazanie jak zmieniają się proporcje ludzkie z wiekiem.
Spacerkiem idąc, mijaliśmy budynki administracyjne z wywieszonymi flagami: standardową estońską i miejską. Jej kolory nie są przypadkowe, bowiem prawo do własnej flagi nadał miastu król Stefan Batory w 1584 r. – i była to flaga biało-czerwona. A dwa lata wcześniej, po rozejmie w Jamie Zapolskim, miasto stało się częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, a później Rzeczypospolitej Obojga Narodów, będąc znane po polsku jako Dorpat.
Tak idąc krok za krokiem doszliśmy w końcu do Placu Ratuszowego (Raekoja Plats) z (nomen omen) Ratuszem, oraz pomnikiem całującej się pary pod parasolem. Tu W. oglądający coraz większym niesmakiem pięknie odnowione kamienice, ku zdumieniu Erynii stwierdził, że to miasto jest bezpłciowe.
Pogięło Chłopa czy co?
Brak snu uszkodził głowę?
Wychodziliśmy z tej najbardziej reprezentacyjnej części starówki, wchodząc w uliczki małych domków, często obitych drewnianymi deseczkami, wyglądającymi jak siding. Przy okazji zoczyliśmy Teatr Lalek. Tu W. niechętnie przyznał, że ta mniej reprezentacyjna część starówki i owszem charakter ma. Dalej wspięliśmy się na Wzgórze (est. Toome), z parkiem, z licznymi pomnikami upamiętniającymi ważne dla miasta postacie, oraz tablicami upamiętniającymi znanych absolwentów „obcokrajowców” (chociaż prawdę mówiąc trudno było ich nazwać „obco-” bo wielu z nich było poddanymi cara z ziem podbitych) jak na przykład Benedykta Dybowskiego czy Władysława Raczkiewicza. Obejrzeliśmy również (z zewnątrz – o tej porze wszystkie muzea były zamknięte) muzeum uniwersyteckie na Wzgórzu zlokalizowane w części średniowiecznej katedry. Pozostałą część tejże stanowią ruiny, w których można pochodzić. Przeszliśmy również mostkami Anielskim i Diabelskim, których nazwy związane są z miejskimi legendami. Pomału wyszliśmy z parku i natknęliśmy się na Sobór Uspieński, czyli Zaśnięcia Matki Bożej, gdzie jedynie na wnętrza rzuciliśmy okiem, gdyż akurat trwało w niej nabożeństwo (świąteczne? – wnętrze było wypełnione zielonymi gałązkami). Po powrocie do hotelu sprawdziliśmy: ziele zostało po Pięćdziesiątnicy (czyli prawosławnym odpowiedniku Zielonych Świątek), która przypadła 31 maja. Zza cerkwi wyzierała wysoka przeszklona ściana, wyglądająca Erynii jak wielka szklarnia. Oko i okular jej nie myliły: to była część Uniwersyteckiego Ogrodu Botanicznego, który szeroko otwarł przed nami swe wrota. Tu W. zapiał z zachwytu, i oznajmił, że Tartu zaczyna mu się podobać. Z kolei oboje pialiśmy z zachwytu oglądając peonie – tak intensywnych kolorów jeszcze nie widzieliśmy. Sam wstęp do szklarni kosztował nas 6 € ode łba, i można było roślinki podejrzeć zarówno z dołu jak i z platform zawieszonych na wysokości paru metrów – przy czym część otwartą ogrodu można było oglądać do woli i za darmo. Pomału głód na zagonił do Taverny, gdzie Erynia zamówiła syty barszcz na kaczce i sałatkę z kurczakiem, a W. jakąś kombinację wieprzowiny i krewetek, i nadrobiliśmy braki płynów pijąc kwas przed jedzeniem, a cydr do posiłku. Wiemy, że średnio te krewetki miały związek z estońską kuchnią, ale były dobre. Po obiedzie przeturlaliśmy nasze ciała powoli (każde turlało swoje) do hotelu, licząc na to że pokój będzie gotowy. Nie pomyliliśmy się. Troszkę nam się smutno zrobiło, bo w godzinach porannych, goście hotelowi mogą za darmo skorzystać z sauny, na co my już się nie załapiemy, bo rano po śniadaniu zamierzamy zbierać się w dalszą trasę.

Dygresja:
Lata temu, Erynii wpadła w ręce książka autorstwa prof. med. Hanny Odrowąż-Szukiewicz, zatytułowana „Powszednie dni niepowszednich lat”, a były to wspomnienia przypadające na okres przed i w czasie II wojny światowej. W wielkim skrócie: w 1939 r., jako studentka medycyny, została powołana do służby zdrowia Armii „Modlin”. Po klęsce wrześniowej, oficjalnie pracowała w Szpitalu Ujazdowskim, a nieoficjalnie w Podziemiu. W międzyczasie jej mentor, prof. med. Edward Loth zaproponował jej zorganizowanie i prowadzenie ćwiczeń z anatomii ze studentami z młodszych roczników. Wybrano stosowne pomieszczenie w piwnicy szpitala, za kostnicą i stolarnią, w której zbijano trumny. W każdym razie nauka trwała, kolokwia się odbywały, a Hania puchła z dumy, jak świetnie wszystko funkcjonuje. Pewnego dnia, studentka pochodząca z lekarskiej rodziny zapytała, czy może pokazać tatusiowi, jak studiuje. Dostała zgodę, pod warunkiem że wizyta będzie miała miejsce po godzinach zajęć, by nikogo nie zdekonspirować. Później studentka opowiadała, że ojciec prawie zemdlał, widząc warunki w jakich studiuje jego jedynaczka. „No, ale tatuś studiował medycynę w Dorpacie”.
Tu Erynii zaświeciły się oczka. Okazja nadarzyła się kilkadziesiąt lat później i przy opracowywaniu trasy wakacji W. słyszał co kawałek: „Ja chcę do Tartu. Ja chcę do Tartu.”


