browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Jedzenie w Tartu

do albumu zdjęć

Rekordowa restauracja

Po krótkim odpoczynku i doprowadzeniu się do stanu używalności, W. rozpoczął w Przydasiach poszukiwania polecanej restauracji z kuchnią lokalną. Znalazł dwie, ale ta druga mu się mniej „na wyczucie” spodobała (później dowiedział się, że od paru lat zbiera ona co roku tabliczki z nazwą Michelin). Tak więc wróciliśmy w miejsce, które obejrzeliśmy z zewnątrz rano – pod ponad dwustuletnią prochownię (powder cellar) wkopaną we Wzgórzu (Toome), a w niej restauracje Püssirohukelder. Ceglane sklepienie kolebkowe ostrołukowe o wysokości 10,2 m (co zostało odnotowane na liście rekordów Guinessa jako Pub o najwyższym sklepieniu) samo z siebie robi wrażenie przestrzenią, pozwalając na rozstawienie drewnianych stołów z ławami na kilku poziomach. Duży bar z głównie estońskimi lanymi piwami i ceramicznymi kuflami nad barem, karta dań również z potrawami lokalnymi. Do tego cicha nastrojowa muzyczka i uśmiechnięte kelnerki sprawiają, że tu chce się spędzać czas. Jako że jeszcze nie byliśmy wściekle głodni wzięliśmy na pół Mulgipuder kuklis, lisandiks suitsuliha, praesibul ja hapukoor, przetłumaczone na angielski jako „…dish with smoked meat”. A było to puree ziemniaczane ze skwarkami (to było to wędzone mięso), cebulą i śmietaną w bochenku chleba. Smak całości był nawet dobry, tyle że ten chleb powinien był co najmniej(!) 10 minut dłużej spędzić
deser

deser

w piecu – był zwyczajnie blady i raczej mało chrupiący. Do tego dobraliśmy jedno z lokalnych piw, a na deser panie kelnerki poleciły nam Kohupiimapontšikud karamellijäätisega czyli smażone serowe kuleczki z lodami karmelowymi. Na pierwszy rzut oka mieliśmy (Erynia) skojarzenie z polskimi oponkami, ale to ciasto było gładkie w środku. Tu nie mieliśmy najmniejszych zastrzeżeń. Niewątpliwie, po tych wakacjach przybędą nam oponki na zewnątrz.
 
Świtkiem dzikim, z ciekawością wielką zjechaliśmy windą na poziom „0” hotelu, gdzie serwowane miało być śniadanie. Oczywiście, jak należało się spodziewać, było ono w formie szwedzkiego stołu i to bogatego zarówno w ilości, jak i w smaki. Szczególnie do gustu przypadły nam śledzie. Fakt „śmierdziały” śledziami, ale był to szlachetny zapach śledziowy, który wdychało się z przyjemnością, a zasolenie było tak dobre, że nie czuło się prawie smaku soli (ani oleju, ani octu – tak że nie wiemy jak były przygotowywane) za to rozpływały się w ustach. Ponieważ równolegle serwowane były płaty łososiowe to porównaliśmy smaki obu ryb. W tym wydaniu śledzie wygrywały konkurencję smakowitości. Może w sumie był mały wybór serów twardych (1) i białych (2), ale poza tym wybór dań dla jedzących mięso zadowolił nawet W., a sądzimy, że wybór dań bezmięsnych zadowoliłby i chorych na wege-cośtam. Do tego czarny słodkawy chleb, różniący się od łotewskiego brakiem kminku i parę innych wypieków, których nie próbowaliśmy. O deserach słodkich i napojach wszelakich też nie można nie wspomnieć – były, bez kolejek i do koloru, do wyboru! Nie zawsze w czasie podróży szlajamy się po hotelach, ale zawsze lubimy odkrywać zmiany – również kulinarne – następujące ze zmianą regionu czy kraju.
Na sam koniec W. stwierdził, że Tartu mu się podoba, i od strony śniadaniowej, i od strony uśmiechających się do siebie ludzi – „prawie jak we Wrocławiu”. Niezły przeskok od bezpłciowego miasta.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.