Niedzielę zamieniliśmy na dzień lenia, no może nie zupełnie, bo W. ugotował żurek, który co prawda nie miał w sobie białej kiełbasy, ale za to miał i pokrojoną kiełbasę myśliwską i podgrzybka. Był wystarczająco dobry by zapomnieć o dodaniu do niego jajka. I został na kolejne dni. A te już nie były zbyt leniwe, bo w poniedziałek W. zaordynował sery i ryby – czyli Kaszubską Kozę i Wędzarnię U Mańka. A po drodze, tak zupełnie niechcący, zebraliśmy dwa kosze grzybów. Opanowaliśmy prawie do perfekcji zbieranie grzybów „z samochodu”. Jadąc przez las, tam gdzie wydawało nam się, że las jest grzybny W. zwalniał i wypatrywaliśmy czegoś grzybopodobnego. Jeżeli tylko coś takiego się pojawiało to W. dawał po hamulcach i… czasami nawet udawało się znaleźć jakieś grzyby. Niestety było już po wysypie i pozostały w lesie ich smętne resztki. W dużej mierze robaczywe sitarze, mniej robaczywe maślaki i trochę kań, podgrzybków, kozaków i sarniaków dachówkowatych. (ciekawe będą efekty spożywania tego ostatniego – nie często go spotykamy, a ma ponoć interesujące właściwości).
Po kilku dniach w lesie należało wyskoczyć do cywilizacji i uzupełnić aprowizację. Zanim dotarliśmy do pierwszego sklepu, mieliśmy już koszyk wypełniony grzybami, głównie sarniakami. W. wykrakał sobie. Po zakupach w Swornegaciach, chcieliśmy już wracać do lasu, ale Drakul zastrajkował – zwyczajnie nie odpalił. W. uruchomił chiński przydaś, dzięki któremu udało się odpalić auto, i zamiast „do lasu”, pojechaliśmy dalej do Charzykowych, szukać mechanika. Na nasze szczęście, mechanik się znalazł przy głównej drodze, nie miał innych pilnych zleceń, zamówił nam akumulator na „za godzinę”, więc zostawiliśmy mu auto, a nam ta godzina wystarczyła na spacer nad jezioro i obiad. Wbrew porze roku, na jeziorze dużo się działo: pływały sobie jednoosobowe żaglóweczki, dowodzone przez instruktora na pontonie, wydającego „kursantom” gromkim głosem komendy na zmianę z reprymendami, gdy kursanci nie dość efektywnie wykorzystywali warunki panujące na wodzie, czytaj: prawie flautę. Tafla wody była w zasadzie gładka, a żagle przeważnie w łopocie. Z jednego z większych pomostów odbijał drewniany stateczek stylizowany na piracki, wypełniony dziatwą szkolną wraz z ciałem pedagogicznym. Na tym samym pomoście, przystojna blond niewiasta przebierała się pod ręcznikiem. Ze statku rozległ się nagle głośny okrzyk:
„Nie, ta pani co się rozbiera, nie płynie z nami!”
Najwyraźniej któremuś nauczycielowi nieopatrznie włączył się mikrofon…
Obiad zjedliśmy w bistro „Horyzont”, znajdującym się przy ulicy Rybackiej, rzut beretem od mariny, ale schowanym wśród garaży. Dobre, bezpretensjonalne jedzenie, niemałe porcje, umiarkowane ceny – takie wprost dla żeglarzy, który schodzą z jachtu i chcieliby coś przekąsić „lądowego”. To w karcie. Do tego zestawy dnia (codziennie inne) składające się z zupy i drugiego dania za 33 złote – to dla tych biedniejszych (bardziej oszczędnych) żeglarzy. Panowie miejscowi, których spotkaliśmy po wyjściu z bistro, potwierdzili dobrą opinię o barze. W międzyczasie zadzwonił mechanik, mogliśmy odebrać Drakula. Powrót nie obył się bez kilku przystanków w lesie, gdzie zebraliśmy trochę maślaków (w większości robaczywych, niestety), kozaków i jeszcze sarniaków, na które zaparł się W.). Prawdziwki się schowały. Czyszczenie i suszenie grzybów przeciągnęło się do późnego wieczora, aż tac nad piecem nie starczyło – trzeba było uruchomić suszarki elektryczne.
Ile można zbierać grzyby z samochodu?
Kolejnego dnia W. zaordynował więc, że dzisiaj idziemy na spacer, a jak nam się trafią grzyby to je zbierzemy. Na wszelki wypadek zabraliśmy dwa kosze i weszliśmy na dookólną trasę po lasach i duktach. Spacerek był niedługi – jakieś 5 km – ale to wystarczyło na przewietrzenie głów i płuc, i zebranie półtora koszyka grzybów: sarniaków, kozaków, koźlarzy, podgrzybków, maślaków, kań, borowików ceglastoporych i… jabłek z przydrożnego drzewa. Te 5 km to założenie, ale przecież co kawałek zbaczaliśmy z drogi, bo grzyby…
W zasadzie cała trasa skręcała w lewo, założenie było takie, by w pewnym momencie, za przysiółkiem Sarnie przejść przez mostek na rzeczce (kanale?) Boryń łączącym jeziora Mały Boryń i Parszczenica. Przysiółek składał się z jednej zagrody z gęsiami i małym, nieco (jak na standardy miastowe) zaniedbanym kundelkiem – o dziwo – puszczonym wolno, który łasił się do nas i kazał się wygłaskiwać. To pewnie dlatego, że mało ludzi spotkał w życiu. Tu zaczęliśmy się zastanawiać w jakim stopniu psy na wsi na łańcuchu, to „uświęcona wiejska tradycja”, a w jakim utrwalana jest dzięki miastowym, którzy zamieszkawszy na wsi zaczęli się pluć, że zwierzyna (z psami włącznie) biega luzem i może pogryźć biedne miastowe dzieci. Ostatnio mamy jeszcze do czynienia z plagą myśliwych mylących wszystko co się rusza z dzikami. Cóż, z ustrzelenia dzika na łańcuchu ciut trudniej byłoby się wytłumaczyć… Co prawa polski wymiar (nie)sprawiedliwości (w dużej części składający się z myśliwych) z każdej logiki zrobi kurtyzanę, ale dla niektórych istnieją jakieś granice rżnięcia głupa (nie dla sędziów!). Wracając do psów, zaznaczamy, że nie jesteśmy wielbicielami trzymania zwierząt na łańcuchach, a W. uważa nawet, że smycz i kaganiec to jak więzienie.
Chwilę później, przy dojściu do mostku miny nam zrzedły: zobaczyliśmy zakaz wjazdu. Faktycznie, pod pojazdem mosteczek drewniany, dawno nie remontowany, mogłaby się zawalić. Przejść się da, ale lepiej zrobić to na trzeźwo i w dzień. Dziury i spróchniałe belki bywają zdradliwe. W kolejnym przysiółku Fajerek, zauważyliśmy tylko schody do nieistniejącego domu w lesie. Tak to idąc lasem wzdłuż pól, dotarliśmy do domu. Obiad i czyszczenie grzybów – kolejne cztery godziny. Co ten grzybowy nałóg robi z ludźmi…
W nocy, gdy już położyliśmy się spać, rozległy się trzaski oraz dziwne zawodzenia. Trzaski szybko zidentyfikowaliśmy: jeszcze nie wypaliło się drewno w piecu kuchennym. Ale ten drugi dźwięk? Brzmiał jak tarcie zardzewiałego metalu o zardzewiały metal. Coś jak scena z „Nawiedzonego domu” ś.p. Joanny Chmielewskiej, gdzie Janeczka i Pawełek wozili się na furtce na polecenie babci, by odstraszyć Zmorę. Ale tu takiej furtki nie ma… W duchy tez nie wierzymy, bo i dom za młody, a i o żadnym zgonie tu nie słyszeliśmy. Ten z przepicia i przejedzenia, to jednak inna kategoria. Złodziei też wykluczyliśmy, bo żaden by TAK nie hałasował. W końcu, do nas dotarło: wiał mocny wiatr to i kogutek na kominie się obracał wydając te urocze dźwięki. Jakoś dotrwaliśmy do rana – wycie zidentyfikowane nie jest groźne.
Kolejne dni to było totalne lenistwo przeplatane drobnymi spacerami – grzybów totalnie nie było, co najwyżej koszyk w godzinę, uzupełnianiem spalonego drewna na przyzbie i robieniem szala z wełny alpak przez W.
Las, grzyby i woda
Szukaj
Kategorie
Lata
…komentarze.
- Erynia - Tum i okolice
- w. - Tum i okolice
- Pudelek - Tum i okolice
- Pudelek - Tum i okolice
- w. - Tum i okolice
- Erynia - Tum i okolice
- Pudelek - Tum i okolice
- Erynia - Moravský Krumlov
- Krystyna - Moravský Krumlov
- w. - Znojmo
- Erynia - Akty w klasztorze
- Erynia - Znojmo
Galeria albumów
ogólne…
RODO
Przydasie
-
Nasze miejsca:
- Las, grzyby i woda
- Tum i okolice
- Kościół, ogród i pałac
- Kościoły, odpust i ruina
- Moravský Krumlov
- Akty w klasztorze
- Okolice Znojma
- Znojmo
- La Port
- Estonia – wrażenia
- Jełgawa
- Parnawa
- Muzea Tallina
- Keila-Joa i klif
- Vääna
- Przylądek i „tajny obiekt”
- Wieże i wielki majątek
- Park Kadriorg
- Olde Hansa
- Spacer po Tallinie
- Ibis w Tallinie
- Haapsalu
- Port, zamek i soljanka
- Peonie, krater i wiatraki
- Źródełko i klify
- Brązowe strzałki
- Nie-chleb i nie-łódź
- Cypel i dwa muzea
- Zamek w Kuressaare
- Skansen i kwatera
- Leśny cmentarz
- Jedzenie w Tartu
- Tartu
- Bauska
- Zamek w Bausce
- Pałac w Rundāle
- Wzgórze Krzyży
- Uroczysko Zaborek
- Stadnina Koni Janów Podlaski
- Pałac i nalewki
- Alpakarium
- Dwory i alpaki
- SPA i Grabarka
- Kościoły i pałace
- W hrabiowskim Dworku
- Skit w Odrynkach
- Most i okiennice
- Spacer, ziółka i SPA
- Na wieś
- Szydłowiec rano
- Szydłowiec wieczorem
- Spacer po Czeskim Cieszynie
- Arcyksiążęcy Browar Zamkowy
- Muzeum Ziemi Cieszyńkiej i dwa cmentarze
- Cieszyn, trochę dłużej
- Kocobędz-Podobora
- Parę chwil w Cieszynie
- Świerklaniec
- Nakło Śląskie
- Obszar Lednicko-Valticki
starsze w archiwum

