browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Tum i okolice

Raz do roku wpadamy na tydzień do lasu na Kaszubach, tak i w tym roku nie mogliśmy odpuścić tradycji. Tym razem wyjechaliśmy jednak nie w piątkowe popołudnie, a w sobotę rano, co dało nam okazję na przystanek po drodze. Zjechaliśmy dużo wcześniej z ekspresówki, kierując się na Poznań, a następnie dotarliśmy do malutkiej wsi (900 mieszkańców) o historycznej nazwie Tum, z imponującą rozmiarami romańską archikolegiatą. Tu od razu nasuwa się pytanie, skąd tak wielki kościół w tak małej wsi? Wyjaśnienie jest proste: w czasach jeszcze przedpiastowskich (VIII w.) założono tu drewniane grodzisko, będące później jedną z piastowskich siedzib władzy, aż do wybudowania zamku kazimierzowskiego (XIV w.) kilka kilometrów dalej, w Łęczycy. Tak to miasto, jako siedzibę władzy, przeniesiono kilka kilometrów dalej, na tereny obecnej do Łęczycy, ale kolegiata już została w Tumie. Sama nazwa miejscowości budzi wiele kontrowersji co do jej źródła. To że jest historycznie uzasadniona świadczą podobne nazwy starych posadowień ludzkich – jak choćby Ostrów Tumski we Wrocławiu – ale W. te koncepcje nie wystarczyły i wymyślił własną:
Założyciel pierwszej osady powiedział:
„Tum ci stanął i tum ostał”
– no i zostało świadcząc dodatkowo (wedle W.) o słowiańskości pierwszych osadników.
do albumu zdjęć

Archikolegiata


Mieliśmy sporo szczęścia, że Kolegiata była otwarta, gdyż z informacji zasłyszanej na miejscu, dowiedzieliśmy się, że proboszcz, mimo zobligowania prawem, regularnie „zapominał otwierać” do zwiedzania obiekt, będący Pomnikiem Historii remontowanym za państwowe pieniądze. Tak się działo aż do dwóch wizyt urzędników z ministerstwa kultury, którzy przekonawszy się naocznie o sytuacji (pocałowali klamkę), zadziałali na wyższym szczeblu.
do albumu zdjęć

Kościół św. Mikołaja

Proboszcz się zmienił (a właściwie zmieniono proboszcza), a archikolegiata jest otwarta. Niestety, nie było otwarte znajdujące się obok muzeum sztuki kościelnej, pomimo że byliśmy w godzinach otwarcia (wedle informacji wywieszonej na drzwiach). Nie był również otwarty drewniany kościółek św. Mikołaja z XVIII w., stojący po drugie stronie ulicy. Podobno dawny kościelny chętnie go otwierał na prośbę turystów, no to go wymienili…
Za to otwarty był zrekonstruowany
do albumu zdjęć

Grodzisko

fragment grodziska, gdzie prace archeologiczne trwały od późnych lat 40 z przerwami do 2011 r. Przekopano w tym czasie 85 arów, znaleziono kilka ton ceramiki, resztki broni, strojów średniowiecznych, a nawet srebrny pierścień z inskrypcją po łacinie. Jego właścicielką była ponoć księżna Salomea, wdowa po Bolesławie Krzywoustym. Nie sprawdziliśmy i nie wiemy gdzie wylądowały wszystkie artefakty, ale pierścień (a właściwie jego kopie) można kupić w kasie skansenu.

Napis na pierścieniu:

„+ TOT VIVAS FELIX QUOT VIVIT TEPORA FENIX”

Po poprawieniu błędu tłumaczenie brzmi:

Obyś żył szczęśliwy, ile czasu żyje Feniks

Biorąc pod uwagę, jak kończy swe życie Feniks,
napis nabiera dodatkowego smaczku.


Co do rekonstrukcji grodu to postawiono bramę wjazdową z fragmentem obwarowań drewnianych, wieżę mieszkalną i dwie studnie (ponoć były w grodzie trzy). W wieży jest malutka wystawa poświęcana strojom średniowiecznym i to bynajmniej nie tym z wyższych sfer.
Na miejscu spotkaliśmy bardzo interesującego „nie tylko kasjera / ochroniarza”, ale i Pasjonata, i Kolekcjonera, który chętnie dzielił się wiedzą na temat wykopalisk z Tumu i okolicy. Wedle wszelkich map, do Grodziska prowadzi szlak pieszy, ale już na większej części wylany jest asfalt, więc przypuszczalnie za czas jakiś będzie można tam podjechać. Teraz auto można zostawić parkingu przy kolegiacie i uskutecznić miły spacer wśród pól z porem i kapustą oraz, pod grodziskiem, mokradeł.
do albumu zdjęć

Skansen w Kwiatkówku


Z grodziska prowadzi pieszy szlak kładkami przez ten podmokły teren do skansenu – zagrody w Kwiatkowie – na razie zamknięty od strony grodu. Od strony skansenu można nań wejść i tylko przy grodzie trzeba ominąć tabliczkę z zakazem wejścia (zakazu wyjścia – nie ma). Sama zagroda składa się z kilku chałup (w tym kasy i sklepiku), zabudowań gospodarczych (w tym kuźni) i młyna (wiatraka). Z dworskich zabudowań uchowała się murowana lodownia. Sam drewniany dworek Kwiatkowskich został rozebrany jeszcze przed drugą wojną światową i śladu po nim nie ma, nawet w archiwach. Została tylko nazwa sąsiedniej wsi: Kwiatkówek. W skansenie, który jest w miarę standardowo wyposażony, urzekł nas malunek dziecka ze zdjęcia i opakowane w drewno Toi-Toiki – z zewnątrz przypominały rasowe sławojki. Brakowało nam za to zwierząt, nawet kur nie było.
Tum, wraz z Kwiatkówkiem, jak na mały ośrodek dwu-wiejski ma spory potencjał, by zatrzymać zwiedzających ciut dłużej, ale tu by trzeba było nie tylko proboszcza z wyobraźnią i myślącego o dobrze lokalnej społeczności, ale i pasjonatów regionalnych.
do albumu zdjęć

Zamek Królewski
do albumu zdjęć

Rynek

Łęczyca


Ze skansenu podjechaliśmy do Łęczycy pod zamek kazimierzowski. Parking pod zamkiem był zawalony pojazdami, a z dziedzińca rozlegała się głośna muzyka. Niestety trafiliśmy na zjazd motocyklistów. Poza wyżej wzmiankowanymi, dziedziniec był wypełniony ich stalowymi rumakami, a także stoiskami gastronomicznymi. Jedyny wyjątek stanowiło stoisko Służby Więziennej, z miłymi funkcjonariuszkami. W. musiał się oczywiście upewnić czy poszukują pracowników czy pensjonariuszy…
Odpuściliśmy zwiedzanie, bo nie przepadamy za hałasem, przeszliśmy się tylko na pobliski Rynek, odnotowując zaparkowane drogie fury. Najwyraźniej zjazd nie dotyczył tylko motocyklistów. Poza motoryzacją, odnotowaliśmy pomnik i mural poświęcone bitwie nad Bzurą. Trzeba tu będzie kiedyś przyjechać i dooglądać.
Wróciliśmy na A1 zjeżdżając tak, by przejechać koło polecanej nam Karczmy Rykowisko. Cóż, nie tylko nam ją polecano, bo parking był pełen i kolejka do stolików zapowiadała długie stanie. Odpuściliśmy i pojechaliśmy tradycyjnie do restauracji przy hotelu „Na Skarpie”. Tanio nie było, ale karmią dobrze i syto: gulasz z kurek z chrupiącymi plackami ziemniaczanymi (Erynia) i gulasz z dzika (W.) były nie do przejedzenia. Do Parszczenicy dotarliśmy już o zmierzchu, ale nie przeszkodziło nam to w złapaniu za nożyki i latarkę (Erynia) i zbieraniu grzybów. To jest mania!
poprzedni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.