Na przełomie września i października „zaplanował” nam się tydzień urlopu, no tak wypadło. Plany mają jednak to do siebie, że lubią się walić. Najpierw zawirowania rodzinno-zdrowotne w różnych konfiguracjach, potem kot Ryś postanowił zaprowadzić nas do weterynarza i nauczyć nas robić zastrzyki. Nas też choróbska różne postanowiły dopaść, ale po co się przejmować takim nadmiarem. Finalnie wyjazd załatwialiśmy „na ostatnią chwilę” z Panią Agnieszką z Kiosku z Wakacjami na tydzień przed terminem wyjazdu, ciągle mając w głowach wrażenie chaosu. Udało nam się nawet załatwić by zamiast samolotem (wyjazd i powrót w niedzielę) załatwić hotel od soboty do soboty z własnym dojazdem – nie dość, że taniej to jeszcze wygodniej (Erynia: dobra, dobra – wygodniej), a co najważniejsze, w razie potrzeby mogliśmy szybko wrócić do Polski. W związku z tym w piątek po pracy wsiedliśmy w Drakula i ruszyliśmy na południe. Droga przez Słowację była nawet szybka i w sumie nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie zapadł zmierzch, a W. nie zorientował się, że światła krótkie Drakula, są naprawdę bardzo krótkie. Naprawa auta, wymagała również przemontowania lamp (wymiana błotnika i nie tylko), ale najwyraźniej nikt ich nie ustawił, a i W. – wyjątkowo – tego nie sprawdził przed wyjazdem, zwyczajnie z braku czasu. Po zapadnięciu zmroku W. postanowił zatrzymać się na parkingu przy stacji i spróbował coś z tym zrobić. Udało się odrobinę podciągnąć prawą żarówkę, ale lewa (której światło padało ledwo za zderzak) ani drgnęła. Trudno, jak tylko się dało (jak się nie dało to też), jechaliśmy na długich, starając się jednak nie oślepiać (zbytnio) innych kierowców.
Inny problem trafił nam się na Węgrzech, gdy próbowaliśmy zatankować paliwo. Co prawda Erynia z pomocą Mapy.cz (obecnie już: mapy.com) podprowadziła W. kolejno do 5 stacji, ale wszystkie okazały się zamknięte – było dobrze po 22:00. Dopiero ostatnia stacja była otwarta, za to… samoobsługowa. Z niejakim trudem, przy pomocy tankującego również Węgra, udało nam się opanować zarówno terminal płatniczy jak i dystrybutor. A automat był z tych bardziej inteligentnych (inaczej!) – miał wielki ekran dotykowy (tak z 40 cali lub więcej) z obsługą w wielu językach, z opcją wybierania za jaką kwotę się chce zatankować, a przy tankowaniu pojawia się nawet piękny obrazek pokazujący jak rośnie słupek litrów, a maleje słupek forintów. Istny „cud, miód i malina”, tylko jakoś zapomniano o, istniejącej w innych tego typu automatach, opcji pobrania z karty kwoty tylko za paliwo zatankowane. Tutaj wyglądał na to, że jak zapłacisz za 20 litrów, a w baku zmieści się 10 to… no właśnie nie wiemy. Udało nam się nalać dwa razy po 10000 forintów (około 35 l) i nie musieliśmy się nad tym zastanawiać. Nie testowaliśmy również płatności gotówkowej, choć ponoć i taka możliwość była.
Przy okazji bardzo zaciekawiła nas architektura Körmend – miasteczka z (co najmniej) pięcioma stacjami benzynowymi. Przejeżdżając paroma jego ulicami nie sposób było nie zauważyć, pięknie podświetlonych, fasad starych budowli. Było nam troszkę żal, że było już trochę zbyt późno na zwiedzanie, a i droga przed nami była jeszcze długa.
Do Chorwacji wjechaliśmy już po 1:00, i tradycyjnie przenocowaliśmy kilka godzin w aucie. Znaczy W. spał, Erynia mniej, gdyż biodro postanowiło ją rąbać. Z każdym rokiem dochodzimy do wniosku, że spanie w aucie jest coraz mniej przyjemne. SKS nas dopadła, czy co? Przez większą część drogi padał deszcz albo niebo straszyło chmurami. Z pokorą przyjęliśmy i tę niedogodność, wiedząc, że z losem się nie wygra – chociaż niektórzy próbują. Dopiero za którymś tunelem pokazało się niebo, a na koniec wjechaliśmy do Breli w słońcu. Pod samym hotelem zaczyna się droga „pod specjalnym nadzorem” z budką do poboru opłat za parkowanie. Gdy pokazaliśmy rezerwację szlaban się podniósł – opłatę pobrano od nas w hotelu – 9 €/dzień.
Hotel Marina Bluesun położony jest malowniczo, w lesie piniowym (W. miał wątpliwości – pinie mają większe szyszki, ale igły te drzewa miały), rzut beretem od plaży. Pokoje bardzo wygodne, nowe i czyste. Jest to również pierwszy hotel w którym wydano nam dwie karty do pokoju. Widać, że chorwackie 4 gwiazdki znaczą dużo więcej od sycylijskich odpowiedniczek. Pod koniec sezonu jest dosyć spokojnie co nam jak najbardziej odpowiada. Niestety trafił nam się pokój nad maszynownią z szumem zbyt małym by pokój reklamować, lecz wystarczającym by go słyszeć, nawet przy zamkniętych drzwiach balkonowych.
Na obiad wyskoczyliśmy do jakiejś knajpy przy nabrzeżu (M-fast – taki trochę barakowy fast-food), gdzie W. zamówił wysmażane na chrupko rybki z frytkami, a Erynia risotto z krewetkami, do tego szopska sałatka na pół, W. piwo Ožujsko, Erynia gemišt, a po naszemu szprycera. Zmęczenie nas w końcu dopadło i padliśmy w hotelu na łóżko by spać aż do kolacji.
Ta ostatnia nie była najgorsza (W.: była dobra zarówno w wyborze potraw jak i w ich smaku), tyle że ludzi było sporo (sporo za dużo), hałas (jak w szkole na przerwie) i chaos obsługi (która panowała jedynie nad sprawnym zbieraniem naczyń ze stołów) wygenerowały opinię Erynii. W., jak zwykle, starał się dostrzec lepsze strony świata, i zauważył, że obsługa co prawda nie wykazywała ochoty na relacje z gośćmi, ale do siebie się uśmiechali. Udało mu się nawet uzyskać lustrzany uśmiech u jednego z serwujących dania. Po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że przy takim nawale gości obsługa nie ma czasu – a zapewne po kontaktach z niektórymi gośćmi i ochoty – na tworzenie relacji.
Po dobrze wypełniającej brzuch kolacji darowaliśmy sobie pokolacyjny spacer, szczególnie że od jakiegoś czasu W. boli kolano. Chyba znowu postanowił być empatyczny i dosłownie współodczuwać to, co Erynia. Znowu nam się szykuje wyjazd sanatoryjny.
Trasa do Breli
2 odpowiedzi na Trasa do Breli
Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi
Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.
Szukaj
Kategorie
Lata
…komentarze.
- w. - Muzeum „opony” i Kolumnada
- Pudelek - Muzeum „opony” i Kolumnada
- Pudelek - Spacer z winami
- W. - Muzeum „opony” i Kolumnada
- W. - Spacer z winami
- Pudelek - Muzeum „opony” i Kolumnada
- Pudelek - Spacer z winami
- Erynia - Trogir
- Pudelek - Trogir
- w. - Trogir
- w. - Trasa do Breli
- Pudelek - Trogir
Galeria albumów
ogólne…
RODO
Przydasie
-
Nasze miejsca:
- Obszar Lednicko-Valticki
- Ruinki Katzelsdorf i Muzeum
- Lednice i Salon Win
- Dzień św. Marcina
- Inne okolice Valtic
- Muzeum „opony” i Kolumnada
- Mikulov żydowski
- Mikulov
- Zamek Valtice
- Spacer z winami
- Na Morawy, do Valtic
- Bura (Bora) i powrót
- Stećci i jeziorka
- Wykopaliska i twierdze
- Split
- Brela
- Trogir
- Trasa do Breli
- Powrót ze Słowacji
- Bankomat i degustacja
- Malá Tŕňa i Veľká Tŕňa
- Forza d’Agro i powrót
- Sant’Alesio i Savoca
- Taormina i Castelmola
- Syrakuzy
- Wokoło Etny
- Wąwóz Alcantara
- Pępek, bikini i kwatera
- Caccamo
- Jaskinia i statek
- „P. Depresja”
- Monreale i Corleone
- Cefalù – historyczne
- Cefalù – hotel i spacer
- Droga na Sycylię
- Sery polskie i szwajcarskie
- Dworek i nostalgia
- Birsztany
- Rumszyszki (Rumšiškės)
- Augustów
- Prusowie
- Wiadukty, Trójstyk i Puńsk
- Supraśl
- Toszek
- Muzeum w Bóbrce
- Lesko
- Synagoga i skansen
- Dworek, muzeum i piwo
- Żydowski Lublin
- Stare Miasto w Lublinie
- Lublin – zamek
- Lublin wieczorem
- Alvernia Planet
- Muzeum pożarnictwa w Alwerni
- Wilamowice i Stara Wieś
- Muzeum Wilamowskie
- Alanya
- Altınbeşik i dwie wioski
- W górach Taurus
- Perge i Antalya
starsze w archiwum


Kiedyś wracałem autem od mamy z Czech i też miałem po zmroku wrażenie, że tak jakoś ciut ciemno… Okazało się, że coś jest ze stykami więc co pewien czas musiałem stawać i w nie walić – pomagało 😀
Tutaj to nie były styki… Drakul wyląduje u mechanika.