Brela
Śniadanie było dla nas miłą niespodzianką, albowiem dzikie tłumy dzikich turystów zniknęły z restauracji. Koniec z kolejkami do talerzy. Znaczy się naprawdę końcówka sezonu. Pogoda również się dopasowała, gdyż zamiast zapowiadanych w sieci 21 stopni, było aż 26. To lubimy. Niestety kręgosłup Erynii wywinął numer, przesuwając swój dysk. Erynia, doświadczona weteranka, rozćwiczyła dziada, i mogliśmy się udać na spacer w poszukiwaniu apteki. Zanim tam dotarliśmy, przeszliśmy się do przystani, podziwiając z góry ławice małych i jeszcze mniejszych rybek, jak również zacumowane łódki, jacht i motorówki. Następnie poszliśmy w drugą stronę, na plażę Punta Rata, uznaną jakieś 20 lat temu przez Jankesów (Forbes) za jedną z 10 najpiękniejszych na świecie. Nie widzieliśmy pozostałych (a nawet nie znaleźliśmy tego zestawienia sprzed lat), ale przyznajemy – urodziwa. Podobnie jak i cały kurorcik – była pustawa, co dodatkowo podniosło jej walory w naszych oczach. Za plażą jest widok na symbol miasteczka – Kamen Brela, czyli kawał skały wystający z wody, z rosnącymi nań malowniczo drzewami. W końcu zaczęliśmy na poważnie szukać apteki. Zapytani Chorwaci skierowali nas z powrotem tylko, że idąc promenadą, należało skręcić do góry za hotelem Soline. Po dojściu do główniejszej ulicy zobaczyliśmy napisy pekarna, lekarna. Ta pierwsza była zamknięta, ta druga na szczęście wręcz przeciwnie. Przemiła pani farmaceutka poratowała nas żelem i tabletkami, więc mogliśmy wrócić do hotelu. Po drodze jeszcze rzuciliśmy okiem na XVIII-wieczną kamienną (i zamkniętą) cerkiewkę, w malowniczym sosnowym lesie. Po powrocie do hotelu Erynia łyknęła tabletki oraz dała się wysmarować żelem, i mogliśmy już, jak prawdziwi Polacy na wakacjach w Chorwacji, iść na plażę. Zaczęliśmy oboje od wody: Erynia czując drętwienie stóp szybko dała sobie spokój z zanurzaniem ciała, preferując wygrzewanie słońcem steranych kości. W. natomiast wdział maskę i popłynął podziwiać świat podwodny. W porównaniu do Cefalù morskiej fauny było jakby więcej. Chwilami wprost pływał wewnątrz ławic ryb o wielkości do kilkunastu centymetrów (głównie różnych wargaczy, strzępieli, sargusów i chromisów kasztanowych). Zdawało mu się również, że różnorodność gatunkowa była większa. Szczególnie, że oprócz ryb, dostrzegł jeszcze parę rozgwiazd i żółte gąbki. Niestety poza tym dno wyglądało dosyć jałowo. Obserwował duże przestrzenie białego piasku wyglądającego jakby był pokryty szarym mułem. Kamienie do prawda były w większości porośnięte czymś szarym lub brunatno-rudym, ale też nie sprawiającym wrażenia bogactwa florystycznego. Woda po sezonie też już nie miała zbyt wysokiej temperatury, ale W. doszedł do wniosku, że to akurat dobrze podziała na jego przemianę materii i spalenie pewnych nadmiarów, więc z przyjemnością kręcił się koło kamienistego cypelka pod hotelem. tyko czasami sprawdzając czy Erynia jeszcze wytrzymuje samotność na plaży. Aby ukoronować działalność usuwającą nadmiary nie poszliśmy do żadnej restauracji lecz wytrzymaliśmy do kolacji.

