Wracając do współczesności, Erynię najbardziej zachwyciły drewniane empory w nawach bocznych, pokryte obrazami ze scenami biblijnymi z XVII wieku. Innym zachwytem były w większości współczesne witraże, wyglądające nieco jak komiks. Już po wejściu na jedną z bocznych empor, Erynia zobaczyła schowany za ławami fragment witraży wyglądający na bardziej wiekowy. Faktycznie, były to rekonstrukcje starych, częściowo zachowanych witraży, przedstawiających herby rodowe. Wejście do kościoła kosztowało 3 €, można było fotografować poza czasem mszy.
Następnie Erynię skusiła najdłużej działająca, cały czas w tym samym miejscu, apteka w Europie, – od 1422 r., co ponoć jest udokumentowane w miejskich zapisach. Wejście dla osób prywatnych jest za darmo, można obejrzeć zachowane umeblowania, stary sprzęt i buteleczki oraz poczytać o historii (jak wszędzie w Estonii są i napisy po angielsku) oraz obejrzeć stare zdjęcia.
Erynia poczyniła zakupy pod postacią Hallsów na całe 2 €. Nie można było ominąć takiej okazji.
Następnie bramą, o wdzięcznej nazwie „Długa Noga”, Erynia przeszła na górne miasto, gdzie cerkiew, a właściwie Sobór Aleksandra Newskiego była otwarta. No była otwarta, a w środku trwały modły i był zakaz fotografowania. Niemniej Erynia była ciut rozczarowana, gdyż cerkiew była stosunkowo nowa (początek XX w.), no i malowidła naścienne nie powalały jakąś wyjątkowością w stosunku do wielu innych cerkwi, jakie obejrzeliśmy w krajach Europy prawosławnej.
Po tym Erynia przeszła wzdłuż murów obronnych z czterema wieżami w jednej linii (Pika Jala Väravatorn, Tallitori, Neitsitorn, Kiek in de Kök, obok muzeum fortyfikacji (Raidkiwimuuseum), przez plac Wolności z pomnikiem poświęconym walce o niepodległość i trochę na okrętkę doszła do Dolnego Miasta.
Ponieważ prognoza nareszcie się sprawdziła, i drobniutki kapuśniaczek przeszedł w solidniejszy deszcz, Erynia postanowiła przeczekać go w jakiejś knajpce. Padło na Olde Hansa, stylizowaną na karczmę z XV wieku. Tu, Erynia zadzwoniła do W. i dowiedziawszy się, że przypuszczalnie Chłopa trafił jakiś dłużej działający wirusik, zapobiegawczo zastosowała stary środek zaradczy – alkohol. Jako że mamy wakacje, można pozwolić sobie na lekki zdrowotny rausz również w biały dzień.

Dygresja:
Lata temu, gdy po rodzinie Erynii krążyły infekcje wirusowe, to Erynia trzymała się najdłużej w pionie, dzięki spożywanym wieczorem nalewkom. Ze szczególnym uwzględnieniem orzechówki.



