browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Muzea Tallina

do albumu zdjęć

Przez dolne miasto

Ponieważ był to ostatni dzień naszego zwiedzania Tallina to Erynia postanowiła przegonić W. po muzeach. Na szczęście w Erynii chęć sprawienia W. „przyjemności” walczyła z jej własnymi oporami. W efekcie dało się żyć, szczególnie że W. był na tyle wredny, by nie mieć nic przeciwko dowolnej liczbie muzeów… pod warunkiem, że Erynia przygotuje trasę od muzeum do muzeum. Efekt był bardzo ciekawy. Erynia powiedziała: „Idziemy do wieży Małgorzaty, a później się zobaczy”.
No to poszliśmy:
  • a szliśmy nieśpiesznie podziwiając architekturę starego miasta;
  • po drodze jednak nie tylko szliśmy, ale i zatrzymywaliśmy się przy ciekawszych miejscach i zobaczyliśmy…
    i tutaj jest problem, bo jeszcze przed muzeum mieliśmy okazję:
    • zobaczyć wnętrza cerkwi Św. Mikołaja (zakaz robienia zdjęć wewnątrz) bardzo pięknych, całych w złoconych ikonach i z ciekawym ikonostasem – z dwoma carskimi wrotami;
    • i nie zobaczyć wnętrz kościoła św. Olafa
      (usłyszeliśmy: „dzisiaj zamknięte”).
A gdy w końcu doszliśmy do muzeum w wieży grubej Małgorzaty, było i tam co oglądać.
do albumu zdjęć

Gruba Małgorzata

Nie można przy tym nie wspomnieć o zawieszonej przed wejściem do muzeum tablicy upamiętniającej ucieczkę z Tallina internowanego polskiego okrętu podwodnego ORP Orzeł. Trochę nam przykro, że Stalin użył tej ucieczki jako argumentu by wcielić Estonię do ZSRR, ale czy naprawdę potrzebny był mu jakikolwiek pretekst?!
Sama wizyta w muzeum zaczęła się od powitania wielkiego wraku średniowiecznej kogi, a właściwie tego, co pozostało z jej dna. A później to już piętro po piętrze przedstawiona została historia żeglugi i handlu morskiego – głównie bałtyckiego. Ale ekspozycja zawierała również ciekawostki z archeologii podwodnej, wyposażenia technicznego statków (sekstansy, lunety, logi, kompasy, itp.) oraz cały dział poświęcony… znaczkom pocztowym opracowanym przez Romana Matkiewicza, a przedstawiających estońskie latarnie morskie. Nazwisko autora brzmi polsko, ale jest on Tallińczykiem w szóstym pokoleniu, tylko miał polskiego dziadka.
Erynia, przez cały czas zwiedzania muzeum, powtarzała, „ale odlot” i nie dawała się przekonać, że w przypadku żeglugi morskiej to raczej powinno brzmieć „ale odpływ”!
Oprócz oglądania eksponatów, można jeszcze z ostatniego piętra wyjść na taras widokowy skąd rozpościera się widok i na stare miasto, i na port, i na to co po stronie portu, oraz napić się kawy z widokami. A propos tego co po stronie portu, to już na samym wstępie do muzeum rozwinęła się dyskusja o cenie biletów, a mogły obejmować jedynie to muzeum, albo oba – razem z Estońskim Muzeum Morskim.
do albumu zdjęć

Przez „nowe” miasto

Dyskusja się skończyła gdy okazało się, że pomiędzy muzeami jest jedynie 1,5 km spaceru. Kupiliśmy bilet łączony i po obejrzeniu jednego muzeum i drobnym spacerku dotarliśmy w pobliże portu. Tutaj zobaczyliśmy wielki hangar otoczony starymi budynkami, albo w stanie zabezpieczonych ruin albo już po wstępnym zabezpieczeniu z możliwością renowacji. Nie wiemy co jest dla nich planowane, ale miejsce jest bardzo interesujące i dobrze byłoby je zagospodarować. Podziwiamy pomysłowość Estończyków i mamy nadzieję, że coś wymyślą.
do albumu zdjęć

Muzeum morskie

A to co wymyślili z hangarem „przechodzi ludzkie pojęcie”. Wybudowany na początku XX w. hangar początkowo przeznaczony był dla hydroplanów, a według jednego z umieszczonych w nim szkicu, pomieściłby i Boeinga 737-500 – i jeszcze trochę miejsca by zostało. Obecnie jednak Estończycy umieścili tam cały okręt podwodny – można było wejść na jego pokład i zwiedzić jego wnętrza, wiele jachtów i bojerów, przykłady morskich: boi, bomb, min i torped. Nie zapomniano też o dzieciach przeznaczając dla nich wiele miejsc, w których mogły się pobawić, jednocześnie się ucząc. Z ciekawostek była tam również łódź wiosłowa, w której dwóch Estończyków (Mart Kuusk i Hannes Hanso) przepłynęło Atlantyk, oraz kolejny wrak średniowiecznego statku. Przez cały czas zwiedzania tego muzeum W. „musiał” znów sugerować Erynii, że nie „ale odlot”, a „ale odpływ”. Niestety (dla nas) oświetlenie było równie nastrojowe, co niemiłe dla obiektywów aparatów fotograficznych.
do albumu zdjęć

Muzealne statki


Muzeum Morskie nie kończy się jednak na samym hangarze. W pobliskim porcie i na nabrzeżu są jeszcze do obejrzenia statki i okręty. Większość z nich można obejrzeć i od środka. I tutaj zmieniła się treść inwokacji Erynii… na bardziej związany z głodem i jedzeniem. W. jednak był bez serca „jak już mnie tu przywlokłaś (dziękuję ci za to) to obejrzymy wszystko”. Do „wszystko” zaliczył też najstarszą aptekę, działającą nieprzerwanie w tym samym miejscu, którą Erynia odwiedziła już raz sama gdy W. (no dobrze… był niedysponowany), ale w końcu też, co nie co głodny,
do albumu zdjęć

Najstarsza apteka

pozwolił się zaprosić do średniowiecznej restauracji Olde Hansa – tej samej, w której poprzednim razem Erynia „udzieliła lekcji” kucharzowi z gwiazdką. Jest to restauracja wprost perfekcyjnie naśladująca atmosferę średniowiecznej karczmy – oczywiście bez smrodu i brudu… Jest tu bowiem czysto, nastrojowo – oświetlenie jest wyłącznie świecowe (zastanawiamy się jak się to ma do unijnych zasad przeciwpożarowych), bardzo smacznie i dosyć drogo (jak na warunki estońskie). Ściany pokryte są freskami z epoki (albo naśladującymi takowe), a cała obsługa ubrana jest w stroje z epoki – z butami i czapkami/chustami włącznie, przy czym nie są to stroje identyczne. W tle brzmi dawna muzyczka, nawiązująca do średniowiecznej muzyki dworskiej. Piwo podawane jest w stylowych garncach ceramicznych wewnętrznie polewanych, a łyżki do zup są drewniane. My zamówiliśmy kaczkę i jagnięcinę więc dostaliśmy sztućce metalowe. Piwa także mają dobre – Erynia zamówiła miodowe, W. ziołowe.
do albumu zdjęć

Obiad w Olde Hansa


I rzeczywiście były takie w smaku – z przyjemnością wypiliśmy po pół litra. W. stwierdził, że to jest kolejne miejsce w Estonii, w którym chciałoby się usiąść i w przyjemnej atmosferze spędzać czas nie patrząc na jego przemijanie. A atmosfera ta budowana jest świadomie, przez świetnie bawiących się kelnerów i barmanów. Po „karczmie” chodzili też ludzie ubrani w bardziej „pańskie” stroje z epoki grający gości, tak że iluzja nabierała dodatkowego smaku. Pojedzeni i opici nie tylko piwem lecz i ciepłą atmosferą ruszyliśmy w kierunku hotelu. Po drodze, jakimś dziwnym, a niemożliwym trafem spotkaliśmy, pod Instytutem Francuskim, oprowadzającego nas wczoraj po swoich włościach bibliotekarza z Vääna. Okazało się, że zaraz zacznie się tam jakieś spotkanie, na którym będzie można podyskutować po francusku.

Dygresja:

Z ciekawostek spaceru po starówce trzeba wymienić dwie.
Jedna to nasza opinia:
– sobór Aleksandra Newskiego wygrywa konkurencję z Soborem Mikołaja widokiem z zewnątrz, ale przegrywa bitwę na wnętrza.
Druga to ciekawostka społeczna:
– idąc historyczną ulicą Pikk zobaczyliśmy barierki ustawione wzdłuż chodnika. OK – coś remontują, ale barierki te były całe obwieszone flagami, plakatami i rysunkami antywojennymi. Po ich przeczytaniu dostrzegliśmy „pod czym barierki te stoją” – była to ambasada rosyjska. Bardzo spodobał nam się wiszący tuż przed bramą ambasady cytat z Nawalnego: „Jeśli zdecydują się mnie zabić, oznacza to, że jesteśmy niesamowicie silni”.

I w ten piękny sposób zakończyliśmy dziewięciogodzinny spacer po Tallinie.
poprzedni
następny

2 odpowiedzi na Muzea Tallina

  1. Pudelek

    W Muzeum Morskim też kiedyś byliśmy, ale wtedy jeszcze nie mieli hangaru dla turystów i łodzi podwodnej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.