No to poszliśmy:
- a szliśmy nieśpiesznie podziwiając architekturę starego miasta;
- po drodze jednak nie tylko szliśmy, ale i zatrzymywaliśmy się przy ciekawszych miejscach i zobaczyliśmy…
i tutaj jest problem, bo jeszcze przed muzeum mieliśmy okazję:- zobaczyć wnętrza cerkwi Św. Mikołaja (zakaz robienia zdjęć wewnątrz) bardzo pięknych, całych w złoconych ikonach i z ciekawym ikonostasem – z dwoma carskimi wrotami;
- i nie zobaczyć wnętrz kościoła św. Olafa
(usłyszeliśmy: „dzisiaj zamknięte”).
Sama wizyta w muzeum zaczęła się od powitania wielkiego wraku średniowiecznej kogi, a właściwie tego, co pozostało z jej dna. A później to już piętro po piętrze przedstawiona została historia żeglugi i handlu morskiego – głównie bałtyckiego. Ale ekspozycja zawierała również ciekawostki z archeologii podwodnej, wyposażenia technicznego statków (sekstansy, lunety, logi, kompasy, itp.) oraz cały dział poświęcony… znaczkom pocztowym opracowanym przez Romana Matkiewicza, a przedstawiających estońskie latarnie morskie. Nazwisko autora brzmi polsko, ale jest on Tallińczykiem w szóstym pokoleniu, tylko miał polskiego dziadka.
Erynia, przez cały czas zwiedzania muzeum, powtarzała, „ale odlot” i nie dawała się przekonać, że w przypadku żeglugi morskiej to raczej powinno brzmieć „ale odpływ”!
Oprócz oglądania eksponatów, można jeszcze z ostatniego piętra wyjść na taras widokowy skąd rozpościera się widok i na stare miasto, i na port, i na to co po stronie portu, oraz napić się kawy z widokami. A propos tego co po stronie portu, to już na samym wstępie do muzeum rozwinęła się dyskusja o cenie biletów, a mogły obejmować jedynie to muzeum, albo oba – razem z Estońskim Muzeum Morskim.
Dyskusja się skończyła gdy okazało się, że pomiędzy muzeami jest jedynie 1,5 km spaceru. Kupiliśmy bilet łączony i po obejrzeniu jednego muzeum i drobnym spacerku dotarliśmy w pobliże portu. Tutaj zobaczyliśmy wielki hangar otoczony starymi budynkami, albo w stanie zabezpieczonych ruin albo już po wstępnym zabezpieczeniu z możliwością renowacji. Nie wiemy co jest dla nich planowane, ale miejsce jest bardzo interesujące i dobrze byłoby je zagospodarować. Podziwiamy pomysłowość Estończyków i mamy nadzieję, że coś wymyślą. A to co wymyślili z hangarem „przechodzi ludzkie pojęcie”. Wybudowany na początku XX w. hangar początkowo przeznaczony był dla hydroplanów, a według jednego z umieszczonych w nim szkicu, pomieściłby i Boeinga 737-500 – i jeszcze trochę miejsca by zostało. Obecnie jednak Estończycy umieścili tam cały okręt podwodny – można było wejść na jego pokład i zwiedzić jego wnętrza, wiele jachtów i bojerów, przykłady morskich: boi, bomb, min i torped. Nie zapomniano też o dzieciach przeznaczając dla nich wiele miejsc, w których mogły się pobawić, jednocześnie się ucząc. Z ciekawostek była tam również łódź wiosłowa, w której dwóch Estończyków (Mart Kuusk i Hannes Hanso) przepłynęło Atlantyk, oraz kolejny wrak średniowiecznego statku. Przez cały czas zwiedzania tego muzeum W. „musiał” znów sugerować Erynii, że nie „ale odlot”, a „ale odpływ”. Niestety (dla nas) oświetlenie było równie nastrojowe, co niemiłe dla obiektywów aparatów fotograficznych.
Muzeum Morskie nie kończy się jednak na samym hangarze. W pobliskim porcie i na nabrzeżu są jeszcze do obejrzenia statki i okręty. Większość z nich można obejrzeć i od środka. I tutaj zmieniła się treść inwokacji Erynii… na bardziej związany z głodem i jedzeniem. W. jednak był bez serca „jak już mnie tu przywlokłaś (dziękuję ci za to) to obejrzymy wszystko”. Do „wszystko” zaliczył też najstarszą aptekę, działającą nieprzerwanie w tym samym miejscu, którą Erynia odwiedziła już raz sama gdy W. (no dobrze… był niedysponowany), ale w końcu też, co nie co głodny, pozwolił się zaprosić do średniowiecznej restauracji Olde Hansa – tej samej, w której poprzednim razem Erynia „udzieliła lekcji” kucharzowi z gwiazdką. Jest to restauracja wprost perfekcyjnie naśladująca atmosferę średniowiecznej karczmy – oczywiście bez smrodu i brudu… Jest tu bowiem czysto, nastrojowo – oświetlenie jest wyłącznie świecowe (zastanawiamy się jak się to ma do unijnych zasad przeciwpożarowych), bardzo smacznie i dosyć drogo (jak na warunki estońskie). Ściany pokryte są freskami z epoki (albo naśladującymi takowe), a cała obsługa ubrana jest w stroje z epoki – z butami i czapkami/chustami włącznie, przy czym nie są to stroje identyczne. W tle brzmi dawna muzyczka, nawiązująca do średniowiecznej muzyki dworskiej. Piwo podawane jest w stylowych garncach ceramicznych wewnętrznie polewanych, a łyżki do zup są drewniane. My zamówiliśmy kaczkę i jagnięcinę więc dostaliśmy sztućce metalowe. Piwa także mają dobre – Erynia zamówiła miodowe, W. ziołowe.
I rzeczywiście były takie w smaku – z przyjemnością wypiliśmy po pół litra. W. stwierdził, że to jest kolejne miejsce w Estonii, w którym chciałoby się usiąść i w przyjemnej atmosferze spędzać czas nie patrząc na jego przemijanie. A atmosfera ta budowana jest świadomie, przez świetnie bawiących się kelnerów i barmanów. Po „karczmie” chodzili też ludzie ubrani w bardziej „pańskie” stroje z epoki grający gości, tak że iluzja nabierała dodatkowego smaku. Pojedzeni i opici nie tylko piwem lecz i ciepłą atmosferą ruszyliśmy w kierunku hotelu. Po drodze, jakimś dziwnym, a niemożliwym trafem spotkaliśmy, pod Instytutem Francuskim, oprowadzającego nas wczoraj po swoich włościach bibliotekarza z Vääna. Okazało się, że zaraz zacznie się tam jakieś spotkanie, na którym będzie można podyskutować po francusku.

Dygresja:
Z ciekawostek spaceru po starówce trzeba wymienić dwie.
Jedna to nasza opinia:
– sobór Aleksandra Newskiego wygrywa konkurencję z Soborem Mikołaja widokiem z zewnątrz, ale przegrywa bitwę na wnętrza.
Druga to ciekawostka społeczna:
– idąc historyczną ulicą Pikk zobaczyliśmy barierki ustawione wzdłuż chodnika. OK – coś remontują, ale barierki te były całe obwieszone flagami, plakatami i rysunkami antywojennymi. Po ich przeczytaniu dostrzegliśmy „pod czym barierki te stoją” – była to ambasada rosyjska. Bardzo spodobał nam się wiszący tuż przed bramą ambasady cytat z Nawalnego: „Jeśli zdecydują się mnie zabić, oznacza to, że jesteśmy niesamowicie silni”.



W Muzeum Morskim też kiedyś byliśmy, ale wtedy jeszcze nie mieli hangaru dla turystów i łodzi podwodnej
Polecam nadrobić przy kolejnej podróży, warto zobaczyć!