Nadszedł wiekopomny dzień św. Marcina, czyli święto wina. Uroczystości na Rynku (náměstí) rozpoczęły się o 10:00 rano, i były dość ograniczone w stosunku do tych, które zobaczyliśmy w Mikulovie. Raptem jedno stoisko winne (z winami Kovacsa, Château Valtice oraz Hraničnego zámečku), jedno stoisko gastronomiczne z lokšami na słodko i słono oraz bramborákami (plackami ziemniaczanymi), jak również stoisko z czapkami w kotki i inne postacie bajkowe, których słodycz niejedną Koreankę czy Japonkę doprowadziłaby do zachwytu. Trzeci namiocik chronił zespół muzyczny z cymbałami w roli głównej, który umilał czas picia / degustacji.
Po spożyciu dwóch kieliszków wina, zoczyliśmy nie tylko otwarte drzwi
kościoła Wniebowzięcia NMP, ale i tłum młodzieży przezeń wychodzący (rzecz niestereotypowa jak na Czechy), odstawiliśmy więc pociąg do picia na rzecz ciekawości. Wnętrze jak wnętrze (barokowe, urokliwe), ale w kościele przywitał nas okrzyk po polsku: „O, państwo od gęsi!”. A autorem owegoż okrzyku był ksiądz proboszcz. Zatkało nas. Otóż
pierwszego wieczora, trafiliśmy do hospody, gdzie ów ksiądz w cywilu spożywał i popijał piwo przy sąsiednim stoliku, a nawet się do nas odezwał, jak nam smakuje tutejsza gęsina (zwracając przy okazji uwagę na nasze przejęzyczenie mówiąc „tu są Morawy, nie Czechy”. Było nam bardzo miło, chociaż cały czas się zastanawiamy, co jest w nas takiego charakterystycznego, że ludzie nas rozpoznają.
Sądząc po frekwencji w kościele, trafił się właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Po chwili rozmowy, spacerkiem przeszliśmy do
Winiarskiej Stodoły (marketingowo pisanej jako „100dola”), gdzie od 11:11 rozpoczynały się degustacje win sprzedawanych w Château Valtice. Tutejsza
Szkoła Winiarstwa również pochwaliła się swoim wyrobem. Wina, jak wina (zacne), ale do stolika dosiadły się dziarskie czeskie panie emerytki mieszkające pod Ostrawą, opróżniające z zapałem butelczynę tutejszego dobrze zrobionego Hibernala, i z równym zapałem dzielące się z nami opowieściami i zdjęciami z komórek ze swoich wojaży po Polsce. A Panie objeździły niemało, głównie Dolny Śląsk i Małopolskę, a nawet zahaczyły o polskie „Malediwy” (he, he) w Jaworznie. Trochę wstyd się przyznać, ale mieszkamy kilka kilometrów stamtąd, a jeszcze nas tam nie widzieli. Trzeba będzie nadrobić. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że 11 listopada jest zwyczajnym dniem pracy, stąd przewaga seniorów przy kieliszkach. Po opróżnieniu kilku kieliszków, W. zadecydował o zakupie kilku butelczyn, następnie zrobiliśmy drobny przystanek przy stoiskach ze swojskimi wędlinami i nalewkami, skąd krokiem lekko tanecznym (czytaj: chwiejnym) udaliśmy się na kwaterę wytrzeźwieć.
(Erynia 0,4‰, W. 0,1‰)
Podkład muzyczny: „Kapela na Namesti”
nagranie własne na rynku w Valticach.