Po powojennych zawieruchach pałac był restaurowany przez lat 50, od 1964 do 2014.
Efekt jest spektakularny.
Urządzone w nim muzeum obejmowało:
- sale balowe – pięknie zdobione, jedne bardziej inne mniej, ale zawsze pięknie;
- jadalnię – ze stołem z zastawą gotową na drobną przekąskę, do obiadu brakowało paru sztućców i odpowiadających im części zastawy;
- kuchnię – z w pełni wyposażone w sprzęt zarówno do gotowania jak i pieczenia w wielkich „kominkach”. Był nawet mechanizm do automatycznego obracania rożnem;
- skrzydła księcia i księżnej z sypialniami;
- salą myśliwską z bardzo ciekawymi „uśmiechniętymi” wypchanymi głowami zwierząt i „artylerią” służącą do ich uśmiercania;
- salonikami i buduarem;
- salą do gier – z wieloma grami, których paru nie znaliśmy.
Ogród francuski zachwycał głównie z okna, a z poziomu „0” wydawał się ciut… płaski, ale to może dlatego, że największa ponoć kolekcja róż w Pribałtice nie zaczęła jeszcze kwitnąć.
Znowu przyjechaliśmy za wcześnie!
Za to nigdy nie jest za wcześnie dla burzy, która rozpętała się akurat wtedy gdy po tym ogrodzie spacerowaliśmy. Cóż było robić, na chwil parę schroniliśmy się w ogrodowym pawilonie, gdzie sprzedawane są napoje – skorzystaliśmy z kwasu by po pierwszym deszczu wrócić do samochodu. Burza postanowiła się jednak z nami zabawić i po chwilowej przerwie lujnęła po raz drugi – mocząc nas cokolwiek i zmuszając do przeczekania kolejnych chwil paru w Pałacu.
Tu pomału zaczęliśmy myśleć nad noclegiem. Erynia korzystając z otwartej pałacowej sieci Wi-Fi, wyszukała Rija Hotels z restauracją w sąsiedniej miejscowości Bauska. W. ustawił punkt na GPS i po kilkunastu minutach stawiliśmy się w recepcji. Za noc w pokoju dwuosobowym, ze śniadaniem i parkingiem zapłaciliśmy 70 €.
Skorzystaliśmy też z restauracji hotelowej (Mūza), bo zanosiło się na kolejną ulewę, a my po słabo przespanej nocy padaliśmy już na twarz i nie chcieliśmy biegać w deszczu po mieście. Erynia zafundowała sobie chłodnik (bardzo go sobie chwaliła) i wieprzowy pilaw, a W. ossobuco, które też mu przypadło do smaku, mimo mieszania z mięsem (i szpikiem) słodkiego sosu i zielonego groszku.
Popołudnie, wieczór i w nocy, z przerwami, lało!
Następnego dnia przetestowaliśmy hotelowe śniadanie. Było nawet zjadliwe – w miarę typowy europejski stół szwedzki, lecz omlet był (chyba) z proszku jajecznego i zimne jajka gotowane nie są naszymi ulubionymi potrawami. Nie da się również zapomnieć kolejki po ciepłe napoje – działał jeden z trzech automatów do kawy/kakaa/gorącej wody. Drugi zadziałał po zaproszeniu obsługi do wyczyszczenia zbiornika z fusami. Toż ci ludzie muszą pić tyle kawy, że zbiornik na fusy zapchali. Erynia znalazła coś czym mogła się pozachwycać – marchewkę po koreańsku: chrupiąca i kwaskowato-aromatyczna z przyprawami oraz ciemny chleb kminkowy.


