W końcu, po rozmowie z Gospodynią i dłuższym siedzeniu na werandzie domku przy którym akurat dało się wyłapać sieć, W. w nawigacji ustawił wszystkie punkty z Przydasi, a później wybrał z nich trzy do odwiedzenia dzisiaj. Pierwszym był parking pod zamkiem w Kuressaare. Erynia wyczytała w sieci, że bodajże od 2020 r., istnieje ograniczenie czasowe parkowania w mieście. Może coś w międzyczasie się zmieniło, bo ani wczoraj pod knajpą, ani teraz na parkingu, znaku z takim ograniczeniem nie spotkaliśmy. Samo miasto zrobiło na nas wrażenie kontrastowe: z jednej strony niziutka zabudowa, często ładne drewniane domki tonące w ogrodowym kwieciu, a naprzeciw, czy obok, bloki mieszkalne, niczym wrzód na […]. Ponoć pamiątka rosyjska z czasów sowieckich. No bywa.
Sam zamek ma bardzo ciekawy układ. Jak cała okolica leży na wyspie, ale na tej wyspie (Saaremie) wykopano fosy tworzące dodatkowe cztery wyspy na wyspie. Do zamku można przejść przez dwie tak jak my. Na mniejszej wyspie na wyspie, będącej czymś w rodzaju pierwszej ochrony bramy, znajdują się duże drewniane, pięknie odnowione ponad stuletnie domy, z których jeden jest hotelem, a drugi własnością prywatną. Jak wygramy w Jackpota to… Można sobie pomarzyć. Na wysepkę można dostać się mostem i również mostem – tym razem trochę dłuższym, opuścić ją można kierując się do samej twierdzy.
Zamek z XIV w., pełniący rolę pałacu biskupiego, ma być ponoć najlepiej zachowanym zamkiem średniowiecznym w całej Estonii. Nie będziemy wnikać zbyt głęboko w stopień tej najlepszości, odnajdując co kawałek ślady betonu ładnie wkomponowane w oryginalny budulec, oraz drobne rozbieżności pomiędzy opisanymi fundamentami widocznymi wokół „odbudowanego” zamku (tak do kilkunastu metrów „obok”). Uwzględniając to można powiedzieć, że całość prezentuje się imponująco. Może mniej imponująco prezentują się wystawy czasowe, mające przedstawiać jakieś ślady tego, jak dawniej żyło się w zamku. Za to wystawy stałe prezentujące kolejne etapy estońskiej państwowości, ze szczególnym uwzględnieniem ZSRR, robią niesamowite wrażenie. Przyznajemy, że natężenie portretów kolejnych „socjalistycznych władców” przekroczyło naszą tolerancję na miniony ustrój. Za to spodobał nam się pomysł z żartami, czy anegdotami, krążących po demoludach (w tym „naszych”) z tamtego okresu, umieszczanych na schodach, tak że można je czytać wchodząc (ciekawostka – napisane są po estońsku i angielsku).

Przykładowa anegdota (w wersji pełnej):
W latach 50′ ubiegłego wieku wśród intelektualistów światowych (szczególnie tych zakochanych w związku radzieckim) krążyło pytanie:
„Czy można zbudować socjalizm w jednym, odizolowanym od innych kraju?”
Bodajże Antoni Słonimski znalazł krótką i jakże prawdziwą odpowiedź:
„Zbudować można, ale żyć to lepiej w innym.”

Z rozrzewnieniem za to obejrzeliśmy wystawę prezentującą wyposażenie mieszkania z lat 50-60. Niektóre sprzęty pamiętamy. W. wspominał łazienkowy piec węglowy grzejący wodę do kąpieli – pamięta taki z początku lat 60′, gdy mieszkał w Ciechowie. Po wnętrzach przyszedł czas na zewnętrza, z niezabezpieczonymi barierkami wałami włącznie, do których prowadziły nawet schodki. Estończycy naprawdę wierzą w instynkt samozachowawczy turystów, swoje dzieci – jak widać po znakach drogowych – wychowywać potrafią. Miła odmiana po zachodnich zabytkach.
Potem wyskoczyliśmy jeszcze na chwilę, na plażę, pomoczyć nogi w Bałtyku (temperatura nie pozwalała na rozleglejsze moczenie) oraz rzucić okiem z dala na port jachtowy.

