browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Peonie, krater i wiatraki

Rano na śniadanie spróbowaliśmy tostów z białego chleba zakupionego wczoraj w Salme Sai. Był tak mokry, że trzeba było pięciokrotnie przepuścić przez toster by zbrązowiał. Tyle tylko, że zgodnie z podejrzeniem Erynii, tosty były słodkawe, a sam chleb przypominał w smaku chałkę. Do słodkiego śniadania się nada, z tym że my nie przepadamy za śniadaniami na słodko. W. w swoich opiniach był dużo bardziej dosadny…
Kilka dni wcześniej, Erynia zoczyła na mapce Saaremy i Muhu farmę ostryg. Tu W. zaświeciły się oczki, gdyż oboje ostrygi lubimy. Poprosił Erynię o znalezienie adresu. Erynia odpaliła Internet wpisała angielską nazwę, lecz zdjęcia, które zobaczyła w sieci, nijak nie pasowały do oczekiwań. Okazało się, że trafiła na farmę strusi i że jest drobna różnica w znaczeniu między „ostrich”, a „oyster”…
do albumu zdjęć

Peonie

No to W. sam ustawił trasę na GPS. Zaczęliśmy od Peoniowych Ogrodów (Saarema Pojengid & Saarema Puukool), a konkretnie uprawy wielu gatunków piwonii wraz z ogrodem w stylu „japonizującym” (do japońskiego trochę mu daleko), który można zwiedzać w czerwcu, po zwiedzaniu napić się kawy i przetrzebić sklep ogrodniczy, z sadzonek wyżej wzmiankowanych kwiatów. Coś jak ogrody Kapias czy Pudełko w naszej okolicy. Ku naszemu smutkowi pojawiliśmy się tak tydzień za wcześnie, bo większość kwiatów dopiero zaczynała kwitnąć. Ale sam spacer, w otoczeniu pięknych roślin (nie tylko peoni), w towarzystwie brzęczących trzmieli szalejących na kwiatach i spokojnej muzyki Szopena – serio! – koił zmysły. Sfotografowaliśmy gatunki, które nas zainteresowały, z zamiarem poszukania ich w sklepach w Polsce. Co prawda sprzedawca jmówił, że kupowali u niego Czesi i Ukraińcy, ale przed nami jeszcze parę ładnych dni podróży, więc nie ma co ryzykować, tym bardziej, że kwiatki tanie nie są. Za spacer po ogrodzie właściciele liczą sobie 12 € ode łba – dojście do kawiarni
Krater Kaali

Krater Kaali

i sklepiku jest za darmo. Ponieważ jednak toaleta jest już na terenie ogrodu to… zapomnieliśmy zapytać.
Do kolejnego punktu trasy dojechaliśmy już w drobnym deszczu,
do albumu zdjęć

Krater Kaali

a był to krater meteorytu Kaali. Patrząc po jego okrągłym, regularnym kształcie, meteoryt musiał rąbnąć wprost z góry. Mimo niepozornych gabarytów krateru, samo uderzenie meteorytu może być porównywane z wybuchem bomby atomowej. Zdaniem wielu badaczy, stało się inspiracją dla mitów opisanych w fińskim eposie narodowym Kalevala. Opowieści te niezwykle realistycznie opisują uderzenie meteorytu. Według mitu, zły czarnoksiężnik kradnie Słońce i ogień, powodując ciemność. Bóg nieba Ukko nakazuje stworzyć nową iskrę, która spada z nieba na Ziemię, wywołując pożar lasów, domów i pól.
Zdaniem innych badaczy, Saaremaa, miałaby być legendarną wyspą Thule, opisaną przez greckiego po raz pierwszy w IV wieku p.n.e. przez greckiego żeglarza Pyteasza z Massalii w jego dziele Perí Okeanu. Ta teoria wydaje nam się mniej prawdopodobna, gdyż Thule, wedle Pyteasza, miała znajdować się o 6 dni żeglugi na północ od wyspy Wielka Brytania. Nie do końca się kierunki zgadzają.
Chodząc wokół krateru, po raz pierwszy w Estonii, zobaczyliśmy barierki przy krawędzi krateru, wraz z informacją, że dochodziło do wypadków ześlizgnięć w dół. Daleko nie jest, poza tym krater wypełniony jest wodą. Czyżby właściciele terenu mieli pecha i trafili na amerykańskich turystów oraz ich prawników?
do albumu zdjęć

Skansen wiatraków

Takich odpałów bezpieczeństwa na szczęście nie było w parku wiatraków – Angla Tuulikud, do którego zawitaliśmy chwilę później. A składał się on z czterech wiatraków lokalnych oraz jednego holenderskiego, całej kolekcji starych traktorów rdzewiejących na polu, ścieżki wyznaczonej przez leżące pługi, pomiędzy które wbito latarnie, różnych maszyn rolniczych pod wiatką oraz restauracji. Gdy weszliśmy na piętro holendra, na zewnętrznej platformie, była tylko naklejka z ostrzeżeniem przed możliwością niekoniecznie chcianego, acz krótkiego i bolesnego w skutkach lotu, oraz zero barierek. Podobne tabliczki o wchodzeniu na własne ryzyko znajdowały się przy jednym z młynów lokalnych, gdzie również można było nabić sobie guza (jak kto nie uważa na głowę) lub ześlizgnąć się z drabiny (jak kto nie patrzy pod nogi).
do albumu zdjęć

Cerkiew św. Olgi

Chcieliśmy coś przekąsić w pobliskiej restauracji, ale przed nami zasiadła w niej wycieczka motocyklistów i patrząc po szybkości działnia obsługi oczekiwanie mogło by być bardzo długie, pojechaliśmy więc dalej i całkiem niedaleko „musieliśmy” się zatrzymać na parkingu przy dosyć zaniedbanej cerkwi św. Olgi. Nie jest ona zbyt stara – raptem jakieś 150 lat, ale ciekawostką jest to, że należy do Estońskiego Apostolskiego Kościoła Prawosławnego. I oczywiście była zamknięta.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.