browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Jełgawa

Przyszła pora powrotu do Polski, a ponieważ czasu do końca urlopu jeszcze trochę mieliśmy, to Erynia znalazła coś do obejrzenia „po drodze”, z noclegiem, by W. nie próbował pobić rekordu długości trasy pokonanej jednym cugiem. Do przejechania mieliśmy więc jakieś 250 km drogi prostej jak drut i nudnej jak flaki z olejem (w przypadku W. takie połączenie zazwyczaj nie jest nudne). Właściwie jedynymi rozrywkami na trasie były radary i ostrzeżenia przed łosiami – po stronie estońskiej (po łotewskiej ich nie było – czyżby Łotysze wszystkie już zjedli?).
Jełgawa

Jełgawa

Nieopatrznie Erynia pochwaliła pogodę jaka to jest piękna, gdy akurat wyjeżdżamy.
I jechaliśmy w tej pięknej pogodzie aż w pobliże Jełgawy (do 1918 r.: Mitawy), gdzie do obejrzenia mieliśmy pałac, a i nocleg też mieliśmy w dworku – Kārklu – na obrzeżach miasta.
Takie umiejscowienie kwatery miało i dobre, i złe strony. Dobre to cena i darmowy parking – praktycznie parkowanie w mieście jest darmowe do 2 godzin (i to też nie wszędzie), a później… nie mieliśmy ani okazji, ani ochoty sprawdzać.
do albumu zdjęć

Dworek Kārklu

Złą stroną było ponad trzy kilometry do pałacu, który chcieliśmy obejrzeć i trochę mniej do centrum, którego oglądania nie planowaliśmy, ale czemu by nie. Sam dworek leży w parku, przygotowanym pod wesela, z jeziorkiem, w którym kumkały żaby. Z ciekawostek tego lokum było uwielbienie do luster, którymi obwieszone były ściany parteru i sauna na półpiętrze – nie skorzystaliśmy.
do albumu zdjęć

Nad Lelupą

Ze względu na powyższą „złą stronę” pod zamek wybraliśmy się samochodem, znaleźliśmy parking „darmowy do 2 godzin” nad Lelupą i przez most ruszyliśmy na wyspę obejrzeć potężny pałac książęcy zbudowany na planie prostokąta „z rogami”. Sam budynek, który ucierpiał w czasie II wojny światowej, został odbudowany, ale już z przeznaczeniem na uniwersytet. Po wejściu na jego teren W. doszedł do wniosku, że architektowi pałacu się nie chciało być oryginalnym i powielał całe kawałki projektu, i od wewnątrz, i od zewnątrz, i od lewej strony przez środek do strony prawej. Jedynie jedna strona wyglądała inaczej, jakby architekt już zasypiał i wstawił w projekt tylko kreskę – jest płaska, beż żadnych bram czy zdobień – a przynajmniej tak wygląda od strony dziedzińca. Wszystkich stron zewnętrznych nie mieliśmy przyjemności obejrzeć bo „Ten/Ta na górze”
do albumu zdjęć

Pałac książęcy

podsłuchał\-a zachwyty Erynii nad pogodą i w złośliwości swej wielkiej pozwolił\-a chmurom się zebrać na wspólny płacz nad Jełgawą, tak że zdążyliśmy jedynie obejrzeć zakończenie roku akademickiego z bardzo ciekawym zwyczajem. Otóż na tej uczelni kwiaty są dawane… studentom przez rodzinę i znajomych po uroczystym zakończeniu roku w auli uniwersytetu, który zajmuje praktycznie cały pałac. Znaleźliśmy jednak parę pomieszczeń, które zajmują wzmiankowane w przewodnikach dwa muzea. Pierwsze muzeum zajmuje jeden pokoik z przeszklonymi gablotkami przy ścianach, do których nie mogliśmy się nawet dopchać, bo na środku stały makiety abiturientów wydziału architektury krajobrazu oraz grupa ludzi w wieku nie tylko studenckim, obściskująca kustoszkę. Ta zdążyła jedynie na chwilę wyrwać się z tych objęć, by wskazać nam drogę do drugiego z muzeów pałacowych – krypty tutejszych książąt kurlandzkich (i ich kobiet, i dzieci), tych samych co wybudowali pałac w nieodległym Rundāle. I podobnie jak w pałacu w Rundāle, zobaczyliśmy i tutaj tablice genealogiczne rodów panujących w Kurlandii i Semigalii i w oczy Erynii rzuciło się znajome nazwisko – Dorothea de domo Biron, a po mężu de Talleyrand-Périgord. Zapamiętała ją z Żagania, bo to była żagańska księżna Dino.
Dorota de Talleyrand-Périgord

Dorota Biron


Za Wikipedią: „Po III rozbiorze Polski jej ojciec został zmuszony do odsprzedania Rosji księstwa Kurlandii za milion guldenów w złocie i kupił za to w Prusach księstwo żagańskie oraz inne dobra”. Wszystko jasne. I tak carska Rosja była miła, dzisiejsza nie dość że by zabrała to jeszcze kazałaby sobie za to zapłacić.
do albumu zdjęć

Krypta książęca


Trzeba przyznać że było co w tej krypcie oglądać – za całe 3 € od osoby do obejrzenia były nie tylko same sarkofagi, niektóre pięknie zdobione/rzeźbione/złocone, ale i obrazy tu pochowanych wraz z opisami, i osób, i historii samych sarkofagów. A historie co niektóre miały – w końcu w krypcie były sarkofagi z wieków XVII i XVIII. Z krypy wyszliśmy prosto w deszcz i w związku z tym wszelkie inne plany z wyłączeniem jednego wzięły w łeb.
Tym jednym był obiad!
Szczęściem wielkim zaparkowaliśmy Drakula prawie pod restauracją, więc jedynie przestawiliśmy czas na zegarku parkingowym (w samochodzie) i ruszyliśmy zdobywać sprawność obżartucha do restauracji Istaba. Z przykrością musimy przyznać, że zostaliśmy okrutnie pokonani przez gościnność tej restauracji.
do albumu zdjęć

Jedzenie w Jegławie

Mimo że zamówiliśmy jedynie chłodniki i pielmieni (Erynia) i boeuf Strogonov (W.) i były to potrawy wprost nieprzyzwoicie smaczne, to…
nie daliśmy ich rady zjeść w pełni i do końca. Przejedzona Erynia wpadła na pomysł ratowania żołądka tutejszym balsamem, przy czym kelnerka proponowała jej łagodniejszą wersję z owocami, bo taką wybierają „ladies”. Na co zdegustowana Erynia odparła: „We are from Poland, we don’t drink like ladies”. Pokonana (i uhahana) kelnerka polała klasyka do kieliszka. Cytując Mamę Eryni: „Dobre to świństwo było!”
W takiej sytuacji pozostało nam jedynie opłakiwać naszą porażkę w dworku, gdzie czekał na nas całkiem miły pokoik z dwoma łóżkami (pojedyncze wymaga dopłaty) taką samą liczbą stolików nocnych, czajniczkiem elektrycznym (na dwie szklanki wody), półeczkostolikiem w rogu pod oknem, fotelem na kółkach, oczywiście wielkim telewizorem, bez lodówki i bez klimatyzacji za to z pijaną, wściekłą duszą potępioną uaktywniającą się jak tylko włączało się światło w łazience. Łóżeczka miały mięciuteńkie materace co W. nie przeszkadzało, czego nie można powiedzieć o Erynii.
Jako śniadanie – typowy europejski stół szwedzki, co prawda bez jajek gotowanych (była jajecznica), ale za to z zimną kawą.
Chociaż Jełgawa nie ma za wiele zabytków (dwie wojny i okupacja sowiecka zrobiły swoje), czujemy pewien niedosyt w zwiedzaniu i chętnie byśmy wrócili dooglądać zarówno miasto jak i okolicę.
poprzedni
następny

Komentarze zamknięte.