browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Carnac: miasto i kamienie

do albumu zdjęć

Carnac

Carnac – miasto.

Carnac kojarzyło nam się dotychczas jedynie z menhirami. Pewnie nie tylko nam i niejeden turysta zapewne na menhirach poprzestanie. Tymczasem warto było zajrzeć do samego miasta i tradycyjnie pozachwycać się architekturą domków, skorzystać z targowiska (trafiliśmy w niedzielę), zajrzeć obowiązkowo do muzeum prehistorycznego, w którym obejrzeć można, zebrane przy megalitach, artefakty od neolitu aż po epokę gallo-romańską. Takich ilości pięknych “lizanych” siekier (W. określa ‘epokę kamienia gładzonego’ epoką kamienia “lizanego” – wolno mu, a co!), krążków kamiennych (nie wiadomo do czego) oraz siekierek z brązu to W. dawno nie oglądał. Przy okazji, część czasowa wystawy była poświęcona archeologicznemu klanowi rodziny Péquart, którzy w latach 30 robili wykopaliska na wyspie Hoëdic. Jak W. zobaczył film z tych wykopalisk, to aż ścierpł: archeolodzy działali starą metodą na rympał; najpierw wszystko wywalić, wsadzić do kieszeni co lepsze fanty, następnie byle jak powsadzać kamulce i przysypać ziemią. Ale kiedyś wszyscy tak robili – dzisiaj tylko rabusie. Po muzeum wróciliśmy pod kościół, który pustoszał po mszy. Mieliśmy okazję tam zajrzeć kilkadziesiąt minut wcześniej i ku naszemu zdumieniu zobaczyliśmy budynek wypełniony wiernymi po brzegi – ksiądz stał na środku (nie na ambonie), głosił kazanie o miłości a nie o polityce, obok stał inny ksiądz i tłumaczył tekst na język migowy. Po skończonej mszy, obaj duchowni stali w drzwiach wyjściowych i żegnali wiernych uściskiem ręki, starając się zamienić kilka zdań z każdym. Takie rzeczy to nie w Polsce, ci wznieśli działania handlowe na wyższy poziom. Wracając do samego budynku – poza pięknymi witrażami, ołtarzem i organami (na które fuksem nas wpuszczono), zobaczyliśmy pięknie malowane drewniane sklepienie – zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Carnac – kamienie.

Carnac - kamienie

Carnac – kamienie

Przyszedł czas i na menhiry. Zaparkowaliśmy na środkowym parkingu, i piechotą szliśmy wzdłuż ogrodzenia, patrząc na kamulce i owce, robiące za ekologiczne kosiarki. Na szczęście ogrodzenia sięgają tak do pasa, tak więc nie ma problemu z “oglądem”. Do wiadomości, zwiedzanie z przewodnikiem tylko raz dziennie. Przeszliśmy się wzdłuż Alignements de Kermario, następnie wróciliśmy do auta, by przejechać do Geant du Manio. Do samego wielkiego menhiru dojść można jedynie na piechotę (ewentualnie rowerem lub konno – wynajem na miejscu) przez las mieszany. I o ile dojście do menhiru nie sprawiło większych problemów o tyle nie lubiący wracać po własnych śladach W. problemów narobił. Generalnie spacer po lesie był przyjemny tylko co nieco przydługi bo W. pomyliły się “lekko” kierunki i dopiero szczery uśmiech Erynii (odsłaniający przy okazji kły) dał mu do zrozumienia, że “własne ślady” są lepsze od błądzenia po lesie z głodną Erynią. W efekcie tych ‘spacerów’ na pierwszą, najbliższą Carnacowi, część menhirów tylko rzuciliśmy okiem przy czym stwierdziliśmy zgodnie, że nas one specjalnie nie zachwycają. Ot kamienie stojące w rządkach na polu i pewnie gdyby nie francuski marketing nie byłoby to nic nadzwyczajnego (no dobrze, jest tych kamieni bardzo, bardzo dużo). Na nas Carnac zrobił mniejsze wrażenie niż Zorac Karer – ale tamten był w Azji…
do albumu zdjęć

L'île de Saint-Cado


Po megalitach zajrzeliśmy na barre d’Etel by obejrzeć całkiem ładne plaże. Niestety ani pogoda ani zakazy wchodzenia do wody nie zachęciły nas do dłuższego tam pobytu. Jedynie w osadzie zjedliśmy mała co nieco (większego nie było, bo kucharze mają przerwę od 14. do 19.) Jadąc w górę rzeki dotarliśmy do Saint-Cado z, uwiecznianym na zdjęciach przez wszystkich, domkiem nadzorcy hodowli ostryg z XIXw. oraz bardzo malowniczym cypelkiem (Île de Saint Cado) z XI-wiecznym kościółkiem, trochę późniejszą kalwarią i z kapliczką, poniżej kościoła, wyglądającą na chrzcielnicę “zanurzeniową”.
do albumu zdjęć

półwysep Quiberon


Nie wiadomo co W. odbiło ale pokazał na mapie punkt i powiedział teraz tam pojedziemy a był to koniuszek cypla zwany Pointe de Conguel w pobliżu Quiberon – no to pojechaliśmy. Gdyby tak nie wiało, to byłby to całkiem miły spacerek a tak to miłości do spacerów i widoków było więcej niż miłego spaceru. Ale trzeba przyznać że okolica zacną była i warto ją było obejrzeć. Wartość okolicy znacząco podniósł obiad zjedzony w restauracji l’Atlantique przy Hôtel Port Haliguen. Za 60€ dostaliśmy dwa czterodaniowe obiady (Erynia z winem), wprost wyśmienite w smaku i wyglądzie. W. określił je małymi dziełami sztuki kulinarnej (takiego intensywnego w smaku kawowego crème brûlée jeszcze nie jedliśmy!), Erynia – dobrym restauracyjnym rzemiosłem. Co do jednego zgodziliśmy się jednogłośnie – było warto!
 

Podkład muzyczny
Micamac Concerts Andro
udostępniony przez Micamac – osobiście

poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *