browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Treviso

Kilka kilometrów (bodajże 6) od willi, leży miasteczko Oderzo. Całkiem wiekowe, jak wszystko w tym kraju, mające mozaiki z czasów rzymskich w jednym z palazzo pełniącym funkcję (no jasne!) muzeum. Mimo usilnych starań nie udało nam się tutaj prawie nic zobaczyć, daliśmy więc sobie spokój z Oderzo (może kiedyś da nam szansę) i pojechaliśmy do większego Treviso.
do albumu zdjęć

Treviso


Mamy wrażenie, że mało kto z turystów poza Włochami tu zagląda, skupiając się głównie na pobliskiej Wenecji, Weronie, Padwie czy Lago di Garda. A to błąd. Treviso jest również wiekowym miastem. Żyzne gleby i łatwy dostęp do wody, leży nad rzeką Sile, już od epoki brązu przyciągały tutaj ludzi W efekcie miastem (Tarvisium) stało się ono już w 49r. p.n.e. i mogło się rozwijać swobodnie mimo kontaktów z Węgrami (w 911r. zdobyli je i spalili). Nawet gdy w XIVw. Wenecja zdominowała rządy w tym regionie, region nadal się rozwijał. W końcu w Wenecji rządzili kupcy, znający wartość spokoju w handlu. Urok miasta nie pozwala dostrzec, że praktycznie całe powstało od nowa po bombardowaniach II wojny światowej – restauratorzy świetnie wykonali swoją pracę. A mieli co robić bo Treviso ma sporą starówkę, poprzeplataną kanałami, a miejscami można się doszukać i działających młynów wodnych. Za dawnymi murami (przed bramami miejskimi) znajduje się pas darmowych parkingów z ograniczeniem czasowym (do 2h). Zaparkowaliśmy obok bramy św.Tomasza po przejściu przez most nad dwoma fosami i zagłębiliśmy się w Stare Miasto. Na trawniku pomiędzy fosami ktoś prowadził hodowlę królików – na pewno nie uciekną. Za bramą trafiliśmy na zwijający się targ. Szczególnie interesujące były stoiska z serami, ale ponieważ te nie mieściły się nam już w hotelowej lodówce – odpuściliśmy kolejne zakupy. W zamian zagłębiliśmy się w Stare Miasto. Zupełnie niechcący (he, he!) weszliśmy do muzeum św.Katarzyny
do albumu zdjęć

Muzeum św.Katarzyny

(Museo Santa Caterina), nawiązującym swoją nazwą do kościoła i klasztoru, w którym ma swoją siedzibę. Za całe 6€ ode łba, w sekcji archeologicznej można obejrzeć miejscowe znaleziska z czasów prehistorycznych i rzymskich. Sporo ich było. Pinacoteca na piętrze gościła obrazy z czasów średniowiecznych, renesansu, manieryzmu i późniejsze do XIX wieku. Były to dzieła zarówno o treści religijnej jak i portrety oraz scenki rodzajowe. Kościół zawierał wyłącznie pozostałości fresków (własnych) na ścianach, jak i te, wycięte i przetransportowane, z innych kościołów. Niektóre robiły wrażenie.
Po odhaczeniu muzeum (może W. da już spokój), przeszliśmy się spacerkiem na Piazza dei Signori, gdzie za wiele nie zobaczyliśmy, gdyż część placu zajęta była sprzętem budowlanym. Malowniczymi zaułkami, z kwieciem zwieszającym się z okien i balkonów, przeszliśmy do Duomo (katedry). Po tym w Sienie i Florencji, nijak nie mogło wywołać achów i ochów. Po prostu następny, standardowy, duży włoski kościół. No przepraszamy. W jednej z bocznych uliczek natrafiliśmy na kładkę nad całkiem dużą mozaiką w kształcie okręgu. Ot tak na ulicy. Równie ładnie prezentowały się mosty, kładki i budynki nad rzeką Sile, w Dzielnicy Łacińskiej (Quartiere Latino) – uniwersyteckiej. Stamtąd skierowaliśmy się z powrotem ku bramie św.Tomasza, i z poczuciem niedooglądania pomału wyjeżdżaliśmy z Treviso, podziwiając jeszcze, widoczne z drogi, stare wille wśród zieleni. A zieleń była tu bardziej środkowo-europejska, z drzewami liściastymi przejawiającymi zaczątki jesieni, złotym kolorem liści. Również w architekturze widać było różnicę – okiennice były pełne a nie ażurowe, jak w Toskanii. Te mają chronić nie tylko od słońca, ale i od chłodu.
Włoski „fast-food”

Włoski „fast-food”

Późnym popołudniem, jeszcze w porze sjesty, trafiliśmy na otwarty bar w centrum małego miasteczka, gdzie za 19,5€ dostaliśmy spory talerz lokalnych wędlin (ze speckiem) i serów oraz 3 kieliszki wina, w tym tutejsze prosecco. Wracając już do willi, jechaliśmy częściowo szlakiem win: składał się on głównie z fabryk wina czy butelek w wielkich halach. Nigdzie nie rzucał się nam jednak w oczy jakikolwiek sklepik firmowy. Dopiero na trzy kilometry przed willą W. zoczył dużą acz amatorską reklamę. Zawróciliśmy na najbliższym rondzie. Trafiliśmy do malutkiej rodzinnej wytwórni Azienda Agricola Sessolo, gdzie po szybkiej degustacji w plastikowych kubeczkach zdecydowaliśmy się na 8 butelek, z czego głównie na wina musujące. Całość kosztowała 24€. Widząc nasze zszokowane miny, sprzedawczyni zaczęła się śmiać „to nie Toskania!”. Mieli też, w promocji, 12-butelkowy karton Pinot Grigio w cenie 14€. Zastanawialiśmy się nad zakupem, do szybkiego wypicia, ale smak nam nie podszedł. Po powrocie do willi Erynia poważnie rozważała powrót po karton różowego musującego (Rosato Frizzante) – dobre było! (wróciliśmy! – następnego dnia)
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.