browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Lednice i Salon Win

do albumu zdjęć

Lednice, zamek, zewnętrznie

Poranek obudził nas mglisty, a gdy po śniadaniu W. poszedł obejrzeć tutejszy sklep mięsny na rynku przenikliwy wilgotny chłodek miał wybitnie negatywny wpływ na jego chęć kolejnego wychodzenia z apartamentu. Dodatkowym czynnikiem był fakt, że W. miał przemoczone adidasy, a nie wziął innych butów na zmianę (wziął, wziął, ale się „zapodziały” po przyniesieniu do pokoju). Na kwaterze mamy temperaturę 22°C, w dolnej strefie komfortu dla Erynii, ale wysoce niewystarczającą dla osuszenia butów. Może dlatego pod zamek w Lednicach dotarliśmy dosyć późno i po zostawieniu samochodu na parkingu – oczywiście że płatnym – prawie na styk dotarliśmy na pierwszą turę wycieczki z przewodnikiem po zamku (o 11:00). Tutaj po raz pierwszy W. skorzystał ze swojego wieku (65+) oszczędzając co nie co na bilecie. Niestety skończył się już sezon turystyczny i jedyną dostępną trasą po zamku i okolicznych atrakcjach była trasa podstawowa: Sale reprezentacyjne. Pozostałe będzie można obejrzeć dopiero w przyszłym roku – jak nas tu coś przyniesie. Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie byśmy powłóczyli się po parku, ale to już bezpłatnie. To zaś, za co zapłaciliśmy, było imponujące. Trzeba przyznać, że rezydujący tutaj książęta Liechtenstein zadbali i o prestiż, i o wygody (w tym ma wannę z jednego bloku marmuru o pojemności 1000 litrów).
do albumu zdjęć

Lednice, wnętrza zamkowe

Wrażenie potrafiły robić i oryginalne parkiety, i wyposażenie wnętrz, i piękna snycerka schodów i sufitów w stylu neogotyckim. O wielkości, bryle i zdobieniach samego pałacu nawet wspominać nie trzeba – jest to ogromny pałac z wielością zdobień zewnętrznych (współczujemy służbie, która musiała przemierzać te dystanse). Wraz z pałacem w Valticach tworzył on jedno założenie pałacowo parkowe przy czym Lednice były bardziej rezydencją letnią.
Mamy świadomość tego, że dawnymi czasy oba zamki (i trzeci w Mikulovie) leżały w Dolnej Austrii, ale i tak trochę nas zaskoczyła informacja o bibliotece, w której były książki we wszystkich znaczących językach europejskich, a nie było ani jednej książki w języku czeskim – bo przez 700 lat, gdy tu mieszkali, nie nauczyli się czeskiego! Komunistom, którzy przejęli te terytoria po 1945 r., było to obojętne – wyrzucili ich tak samo jak Hochbergów z Pszczyny – mimo że ci walczyli przeciw nazistom, a nie tylko „byli neutralni”.
Po zwiedzeniu wnętrz reprezentacyjnych postanowiliśmy przejść się po parku angielskim i, gdy spostrzegliśmy, że do Minaretu jest 1,5 km to skierowaliśmy nasze kroki na ścieżkę wokół jeziora rybnego.
do albumu zdjęć

Lednice, park zamkowy

Spacer w jesiennym otoczeniu nie nastrajał zbytnio do euforycznych uniesień, szczególnie że wiele drzew, w tym monumentalnych dębów, umiera. Wiele umrze za niedługo bo brak liści pokazał na nich wiele gałęzi obrośniętych jemiołą. Są co prawda nowe nasadzenia drzew wszelakich , ale na to trzeba będzie setek lat by zastąpiły te stare. W. zdziwił natomiast brak „dziwnych i nietypowych drzew”, które często w parkach w Polsce, których sadzonki przywożone były przez właścicieli z wojaży. Liechtensteinowie przywieźli chyba tylko parę drobiazgów by „się pokazać” przez stworzenie paru tematycznych pokoików. Nie mówimy przy tym o oranżerii – była zamknięta – ale o drzewach i krzewach mogących rosnąć swobodnie w tutejszym klimacie.
Tym wszystkim nie przejmowały się wielkie stada kaczek i parę kormoranów, robiące rwetes wokół jeziornych wysepek. Można było również na jednej z nich dostrzec (i usłyszeć) stadko kóz. Niestety minaret – z jego orientalnymi pomieszczeniami – nie był już dostępny do zwiedzania, ale za to malowniczo się prezentował wśród jesiennych mgieł. Mniej malownicze okazały się, zaobserwowane w drodze powrotnej: jaskinia (też nie do obejrzenia wewnątrz – bo trasa płatna i tylko w sezonie) oraz stojący przy niej „akwedukt” – chyba nie lubimy sztucznie wymyślonych „detalików bez sensu”.
Po takim drobnym spacerku i opłaceniu parkingu (100 Kč) wróciliśmy do Valtic – w końcu to tylko 8 km – i nawet nie zauważyliśmy, że musieliśmy podjąć decyzję co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem. Postanowiliśmy zrobić sobie „wariacką degustację” w Salonie Win Republiki Czeskiej na Valtickim zamku.
Dlaczego „wariacką”?
Bo Czesi (Morawianie) wpadli na świetny pomysł: płacisz 695 Kč, dostajesz kieliszek, parę kromek bagietki,
do albumu zdjęć

Valtice, Salon Win

butelkowaną wodę dostępną do przemywania kieliszków i gardła (bez ograniczeń) i dwie godziny w piwnicach. I możesz w tym czasie pić wszystko co jest wystawione do degustacji. Nawet na upartego można wypić wszystkie degustacyjne butelki jak ktoś da radę, jednak się to jeszcze nie zdarzyło, bo gatunków win jest ponad 100. Wśród nich zauważyliśmy kilka z poznanych w ubiegłym roku winnic z Velkich Pavlovic. A ponoć w tym salonie wystawione są tylko „te najlepsze”. Wszystkie są ponumerowane na zdjęciach z opisem i na chłodzonych statywach, i można szaleć do woli. No to poszaleliśmy degustując 36 z nich (Erynia: tak po kilka łyków, W.: jak zwykle – mniej, bo w większości były to wina wytrawne) – i jeszcze zostało nam 10 minut, ale Erynia poczuła się cokolwiek wlana, a W. nie mógł przecież „pić” sam. {Opis win z degustacji}
do albumu zdjęć

Lekka kolacja

Wyszliśmy więc z piwnic podziękowawszy wpierw paniom w recepcji i postanowiliśmy coś przekąsić – lekkiego, bo przed degustacją zjedliśmy po zupce w MS Bistro. Po drodze była (jedyna otwarta) Restaurace Valtická Rychta, więc wstąpiliśmy do niej na drobną kolację z piwem. Erynia zamówiła Grilovany hermelin na sałatce, a W. česnečkę i tatara. I tutaj pojawił się problem, bo dostał coś co niezupełnie odpowiadało jego definicji tatara.
(Uwaga: trzeba zamawiać „niemieszany” bo inaczej dostaje się coś już pomieszane, a nie każdy lubi w tatarze musztardę!)
Do tego oczywiście po piwie. Erynia nie wiadomo dlaczego mówiła, że jest wlana, a przecież po dotarciu do apartamentu wydmuchała tylko 0,4‰, W. oczywiście 0,0‰ (ale to nie był certyfikowany alkomat).
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.