browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Crupet i Durbuy

do galerii Google+

Crupet

W planach mieliśmy belgijskie miasto Namur, i nawet do niego dotarliśmy, nawet więcej: pojeździliśmy po nim a nawet znaleźliśmy twierdzę, tyle że po mieście jeździliśmy klnąc je w żywy kamień (W.) i szukając parkingu po jednokierunkowych uliczkach. Wszystko było zajęte a jedyny parking z którego wyjeżdżały samochody nie wpuszczał nowych bo papieru w drukarce biletów zabrakło. Po wyczerpaniu asteriksów zdecydowaliśmy olać Namur i pojechać do drugiego z zaplanowanych miejsc: miasteczka Durbuy. Po wyjechaniu z Namur W. zauważył tablicę z ładnym zameczkiem i nazwą Crupet. No to skręciliśmy z drogi i trafiliśmy do jednej z najpiękniejszych wsi walońskich (według folderu). Co prawda zameczek był jeszcze w remoncie ale i tak Erynia dostała amoku fotograficznego, bo i było co fotografować. Zarówno domki jak i przyrodę tak tutaj skomponowano że oczy latały nam dookoła głowy. Na dodatek, wioska jest przygotowana na turystów, ma bardzo dobrze zaopatrzoną Informację Turystyczną i kilka restauracji w tym oberżę z daniami regionalnymi. Znaleźliśmy nawet salon samochodowy Jaguara. Mimo wczesnej pory postanowiliśmy odwiedzić konsumpcyjnie Auberge Dol Besace. Ciekawostką było menu – wydrukowane jako część gazetki regionalnej. Jedzenie było wyśmienite ale aby nie kląć W. musiał przestawić przełącznik na „jedzenie regionalne” bo jego ulubiony tatar miał wmieszaną musztardę. Wśród atrakcji znaleźliśmy również „cudowną” grotę św. Antoniego, na którą Erynia zareagowała swojskim „OK… Licheń”, ale bez przesady – było w niej wszystkiego mniej, a szczególnie złota. W tej malutkiej a malowniczej wiosce zabawiliśmy tak długo, że Durbuy dotarliśmy w porze zamykania wszystkiego
do galerii Google+

Durbuy

(i po zamknięciu części). Tak więc zamek nad rzeką obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz a park z fantazyjne przycinanymi krzewami (parc des topiaires) „zza płotu”, za to pochodziliśmy po uroczych uliczkach starej części wioski gdzie starość przeplata się z nowością przygotowaną pod turystów. W. upolował nawet gofry na patyku. W sumie jednak to „pod turystów” nie razi, no może oprócz wyłącznie płatnych parkingów – W. zaparkował tuż przed wsią na poboczu (tam gdzie już parę samochodów stało). Na temat tej wycieczki W. powiedział tylko: „Dlatego nie lubię wielkich miast.”, i wróciliśmy na kolację z miłą rozmową do Sedanu.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.