browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Safranbolu i Hadrianopolis

Naszym ostatnim punktem postojowym miało być Hadrianopolis w okolicy miasta Eskipazar, ale mieliśmy tam dotrzeć późnym wieczorem (w końcu to około 700 km od Divriği). Wujek Gogle wskazywał nam dwa pensjonaty w Eskipazar przy drodze prowadzącej do Hadrianopolis. Jeden był zamknięty, drugi okazał się studencką bursą, o czym poinformował nas turecki student, używający w komunikacji translatora w komórce i stale napominający nas „speak Turkish”. Że co?
Co prawda oboje z W. dawno kończyliśmy studia, ale wydaje nam się, że i teraz w naszych szkołach i uczelniach naucza się języków obcych… (poza tym jakoś zabrakło nam w jego wypowiedzi słowa „please”). Odpuściliśmy więc sobie dalsze rozmowy ze „studentami” i podjechaliśmy do centrum miasta, gdzie zobaczyliśmy hotel w budowie i czynną aptekę. Farmaceuta polecił nam pojechać 30 km do Safranbolu, bo w Eskipazar hoteli nie ma. Po jakiejś pół godziny podjechaliśmy do pierwszego hotelu przy wjeździe do miasta, Rest by Dedeman. Kosztował nas 2300 TRL (tylko 100 lir więcej od wczorajszego), a standard był znacznie lepszy. Zupełnie niechcący rozbisurmaniliśmy się okrutnie!
do albumu zdjęć

Safranbolu

Jak już byliśmy rzut beretem od starego Safranbolu, to nie mogliśmy powstrzymać się od zajrzenia w znane nam kąty, tym bardziej, że ostatni byliśmy tu lat temu jedenaście. Biuro Informacji Turystycznej zostało przeniesione w inne miejsce, obsłużyła nas tym razem niewiasta, a przemiły pracownik sprzed 11 lat mówi już po japońsku, ale zdążył się przeprowadzić do Tokat. Udało nam się odnaleźć nasz dawny pensjonat, przeszliśmy się też bazarem, na którym uzupełniliśmy zapasy lokum na prezenty, a W. skusił ręcznie robiony nóż. Tu trafiliśmy po raz pierwszy na orzeźwiająco kwaśne lokum z granata. Cudo! Obejrzeliśmy jeszcze kilka meczetów (11 lat temu były zamknięte, nie wiemy czemu). Przed jednym z nich stoi okorowany pień drzewa, a przed nim tablice po turecku i angielsku z historią życia (a trwała lat kilkaset) i śmierci z rąk jakiegoś bezmózgiego idioty, który podciął korzenie. Były próby ratowania, ale wszystko zawiodło. Został pień i tablice, ku pamięci i przestrodze. Na koniec W., który przez całą Turcję mówił, ja napiłby się kawy po turecku parzonej na stary sposób w dżezwe na gorącym piasku, wreszcie miał okazję jej skosztować. Spacerując po mieście, stwierdziliśmy, że przydałoby się tu przyjechać na 3 dni, by w spokoju móc powłóczyć się po mieście i wolnym tempie obejrzeć wszystkie atrakcje w okolicy.
Może kiedyś?
W. dotankował bak do pełna (diesel jest tu tańszy niż w Polsce) i musieliśmy się wyzbyć całej gotówki,
do albumu zdjęć

Hadrianopolis

gdyż czytnik nie przyjął żadnej z kart. W Eskipazarze, bankomat również nie współpracował z kartami W. No nic, pojechaliśmy do Hadrianoplis. Jest to stanowisko archeologiczne badające rzymsko-bizantyjskie miasto z początku naszego wieku. Archeologom wyszło, że było ono zamieszkane od I w. p.n.e. do VII wieku naszej ery i nagle zostało opuszczone. Prace archeologiczne są prowadzone od 2003 r. i już ujawniły wiele pozostałości po tym starożytnym mieście, między innymi: łaźnie, kościoły, grobowce skalne, teatr i obwarowania, a nawet żelazną maskę rzymskiego kawalerzysty . Podłogi kościoła ozdobione są pięknymi mozaikami, godnymi wyeksponowania i pokazania zwiedzającym.
Hadrianopolis in Paphlagonia

Hadrianopolis


Na razie jest to jednak stadium porozrzucanych na sporej przestrzeni ruinek, gdzieniegdzie (tam gdzie są mozaiki) już pod osłoną dachu. Gdy wracaliśmy do auta, zawołał nas jakiś Turek. Okazuje się, że jego dziadek był niegdyś właścicielem tej ziemi, a on chciał nam pokazać nie oznaczoną na strzałkach jaskinię, przerobioną przez starożytnych na dom. Bardzo to było miłe i ciekawe.
Widać, że wykopki (archeologiczne) są w trakcie, budowa infrastruktury również w trakcie. Co do tej ostatniej mieliśmy mieszane odczucia oglądając chodniki z płytek położonych na oko (bo przecież nie równo) i pociągnięte zaprawą, której nadmiaru nikt nie usunął. Poręcze i często wypaczone deski na podestach były kiepsko lub wcale nie zabezpieczone przed warunkami atmosferycznymi. Ten obiekt jeszcze nie jest ukończony a już wymagałby remontu. Na razie wejście jest darmowe, ale to się zapewne zmieni.
Po tym zwiedzaniu, pozostało nam tylko skierować się na drogę do Istambułu, licząc na bankomaty po drodze.
Udało się. Na jednym z Service Alani trafiliśmy i na bankomat, i na restaurację serwującą mięcho z rusztu. Nie obyło się bez baraniego kofte, czaju i coban salat (pomidory, ogórki, cebula). Erynia urodzona w Chrzanowie ma słabość do cabana w nazwie, nawet sałatki. Oprócz tego na stole wylądował podpieczony chleb, biały podpuszczkowy ser oraz doprawiona papryką pasta (ajwar czy coś podobnego). Wraz z kofte wjechały jeszcze na stół zgrillowane papryczki, ciut łagodniejsze od wczorajszych.
Tak, to było godne pożegnanie Turcji.

Przybliżona trasa przejazdu.
Profil wysokościowy dostępny jest po otwarciu „Pokaż na mapy.cz


W drodze powrotnej postanowiliśmy ominąć przejście graniczne w Edirne – wolimy trochę dłuższą drogę niż „trochę” dłuższe stanie.
 

PS. Ważne – przed przekroczeniem granicy sprawdziliśmy stan konta HGS. Tak dla pewności, że nie będziemy ścigani o zapłatę. Ponoć sprawdzają ten stan na granicy, ale woleliśmy nie ryzykować!
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.