browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Ceprostradą…

do albumu zdjęć

Felsőtárkány

Śniadanie dostępne w ramach ceny pokoju dostępne było w restauracji odległej o około 600m od kwatery. Było w formie restauracyjnej – jedna z czterech opcji do wyboru plus kawa lub herbata (zielona lub czarna). Najeść się tym dało, ale margaryna zamiast masła W. odrzucała od posiłku. Jako tako pojedzeni ruszyliśmy do Felsőtárkány. Niby niedaleko, ale trzeba się było przebić przez Eger, na dodatek W. raz pojechał prosto zamiast skręcić i potem musiał długo kręcić. W końcu jednak dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia i tutaj pojawił się drobny problem. Co tu można zobaczyć? Na nieszczęście W. zapodział gdzieś wydrukowane materiały a na miejscu „ni ludzia, ni języka”. Psim swędem trafiliśmy nad bajorko – Szikla-forrás tó, w którym Węgrzy moczyli kije, czasami uzbrojone w „cuda i wianki” zupełnie nieprzystające do wielkości bajora. Ryby co prawda były, żółwie też, ale jakoś nie widzieliśmy by chciały się pchać na haczyk – co przy pogodnym niebie i temperaturze dochodzącej do 30°C było chyba normalne. Jedna ryba była co prawda tak blisko brzegu, i tak ospała, że W. zastanawiał się czy by nie złapać jej rękoma, ale doszedł do wniosku, że może to jest niezgodne ze sztuką i dał sobie spokój z głupimi myślami (na trochę).
do albumu zdjęć

Szarvaskő


Przez braki w informacji nie obejrzeliśmy góry zamkowej z ruinami zamku, ale już w Szarvaskő, gdzie informacja była pełniejsza, miejsce po zamku, z piękną panoramą, obejrzeliśmy. Aby dostać się do ruinek, prawie niewidocznych, trzeba było co prawda trochę podrapać się pod górę, ale to tylko poprawiło nam apetyt i po zejściu z góry udało nam się zjeść po całym wielkim sznyclu po wiedeńsku z surówką na głowę. Co prawda był on przypuszczalnie z karczku wieprzowego a nie z cielęciny, ale to drobiazg. Ważne że zajmował cały talerz, i dało się go zjeść. A siły się nam przydały na ostatni z punktów programu: dolinę Szalajki w Szilvásvárad.
do albumu zdjęć

Szilvásvárad


Tutaj już nie można było nie znaleźć atrakcji. Od samego parkingu, płatnego, wszystko było przygotowane pod rzesze turystów. Nie wiemy jak ta okolica wyglądała gdy nie było korona-histerii, ale i tak mieliśmy okazję zderzyć z tłumem. Może dlatego zrezygnowaliśmy z transportu kolejowego (jednej z obleganych atrakcji), i stoisk przystacyjnych (druga z atrakcji) – wybierając od razu spacer do atrakcji kolejnych. Na początku trasy, dodatkową atrakcją, był ruch samochodowy, który wśród deptakujących pieszych, wybrali ci, którzy chcieli „zrobić” trasę 12-to kilometrową. Nam wystarczyło 4 kilometry (w jedną stronę). Po kilkuset metrach drogi się rozeszły i następną część ceprostrady mogliśmy pokonywać w miarę spokojnie w tłumie dziadków, rodziców, dzieci i psów. Ceprostrada wiodła zygzakiem co rusz przecinając się z torami w pobliżu stacyjek przy kolejnych atrakcjach. A to muzeum łowiectwa, a to zagroda z danielami, a to wodospad, a to jeziorko, a to hodowla pstrągów (przy każdej atrakcji obowiązkowo „coś do jedzenia lub picia”) więc znudzić się trasa nie mogła. Szczególnie że oprócz przecinania się z torami, przecinała również potok, który co rusz kusił stopniami wodnymi do posłuchania ich szumu (o ile nie zagłuszały go dzieci lub nie zasmradzali okolicy palący śmierdziele). Przy jednej z największych atrakcji – wodospadach – ceprostrada praktycznie się kończyła. Wodospady rzeczywiście szumiały, woda z nich spadała, ale była to atrakcja głównie PR-owa. Kawałek wyżej nad wodospadami był kolejny staw z krystaliczną wodą i to już był prawie koniec trasy. Erynia jednak przypomniała sobie, że jeszcze wyżej jest jaskinia. W. w to graj – szczególnie to „wyżej”. Z okolic jeziorka, wysoko na tle górki, widać było jakieś skałki w lesie i W. zażartował, że to pewnie tam. O walorach żartu przekonaliśmy się chwil parę później, gdy wydeptana setkami nóg droga zaczęła piąć się ostro pod górę. W. trochę się zmęczył więc był szczęśliwy, Erynia też była szczęśliwa, że weszła. Jaskinia tym razem była znacznie obszerniejsza, a na spągu prowadzone były prace archeologiczne, co widać było po materiałach złożonych na ogrodzonym terenie, którego (chyba) pilnował osobnik w mundurze, lecz wyglądający raczej na pustelnika. Po obejrzeniu jaskini – w tłumie – zeszliśmy – również w tłumie, przy czym W. „musiał” spróbować drogi alternatywnej, która okazała się niealternatywną (wiodła w inną stronę) i później musiał gonić Erynię wprowadzając w zdziwienie spacerowiczów wlokących się w tempie glizdowatym. Z rozpędu minął też Erynię, obiecując, że zaczeka przy jeziorku. Zaczekał, a nawet zdążył znaleźć miejsce gdzie wygodnie można było pomoczyć nogi w strumyku wypływającym z jeziora. Później było już tylko łatwiej, w końcu szło się po ceprostradzie z górki, tak że w sumie około ośmiokilometrową trasę przeszliśmy w niecałe 3 godziny, wliczając w to liczne postoje na robienie zdjęć i napawaniem się urokiem atrakcji i nie tylko.
do albumu zdjęć

silos na węgiel


Po opłaceniu parkingu mogliśmy już swobodnie wracać na kwaterę, ale Erynia zauważyła bardzo interesujący, drewniany silos, który oczywiście trzeba było obejrzeć z bliska. Okazało się, że jest to silos zasypowy węgla „Szénadagoló torony” – rzadko spotykana dziś ciekawostka.
do albumu zdjęć

Węgierskie runy


Z bliska obejrzeć trzeba było również runy (Rowasz/Székely–magyar rovásírás), które dostrzegaliśmy dość często, na tablicach przy wjazdach do niektórych miejscowości. Z tymi runami to też jest ciekawie, bo posługiwali się nimi ci „potomkowie Hunów”, w Siedmiogrodzie jeszcze w XIXw.
Rowasz

Rowasz

Dzisiaj jest to ciekawostka, którą Węgrzy kultywują jako część swojej historii. Wygląda na to, że raczej ci bardziej nacjonalistyczni.
Mimo tych przystanków dotarliśmy na kwaterę na tyle wcześnie by zdążyć się przebrać z przepoconych na biało (od soli) ubrań i spałaszować małe co nieco w ulubionej restauracji. Małe co nieco lody (W.), chłodnik malinowy (Erynia), gundel palacsinta orzechowa (Erynia i W.) i piwo węgierskie Soproni (też oboje). Piwo było z tego najmniej kaloryczne i najmniej dobre (podejrzewamy koncerniak), choć nic mu zarzucić nie było można.
Na koniec słów kilka o Węgrzech w dobie korony: maseczki obowiązują w sklepach, zarówno sprzedawców jak i kupujących, na stolikach przy wejściu są płyny dezynfekujące. Podobne zasady są w restauracjach, z tym że stoły nie były zbyt widowiskowo dezynfekowane po każdym kliencie i nie zauważyliśmy ani jednego kelnera z prawidłowo założonym namordnikiem. W sumie się nie dziwimy – w tym nadupale, wielogodzinna praca w maseczce byłaby zwyczajnie niemożliwa.
poprzedni
następny

3 odpowiedzi na Ceprostradą…

  1. Pudelek

    Mnie się wąskotorówki nigdy nie znudzą 😉 Jak dla mnie ta dolina była mało interesująca, ciekawsza wydawała się część górska 🙂

  2. w.

    Ze „spacerku” na szczyty zrezygnowaliśmy świadomie – na pokładzie była osoba z uszkodzonym kolanem…
    Co do kolejki to ma ona swoje „zady i walety” – ja najeździłem się w dzieciństwie wąskotorówkami więc nie jest to dla mnie aż taka atrakcja, a idąc piechotą zobaczyć można więcej.

  3. Pudelek

    Znowu znajome okolice 🙂 Wąskotorówką udało mi się kiedyś przejechać – to był chyba piątek po Bożym Ciele w 2011 lub 2012. Załapaliśmy się na pierwszy poranny kurs i jeszcze było luźno, potem już chyba nie 😉 Nad jaskinią jest dość ostre podejście na najwyższy szczyt Gór Bukowych – Istállós-kő

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.