browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Port, zamek i soljanka

do albumu zdjęć

Port Triigi

Kolejnym punktem ustawionym przez W. na trasie był malutki port Triigi na północy wyspy, z którego 3 razy dziennie odpływają promy na wyspę Hiiumaa. Bilety można kupić w automacie. Nawet gdybyśmy mieli w planach popłyniecie, musielibyśmy czekać do dwudziestej bez pewności powrotu tego samego dnia, bo nie wiemy po której stronie „śpią” promy. Może kiedyś…
Trasą nadmorską dotarliśmy do leżących nad samym brzegiem morza ruin XIV w. zamku Maasi.Wstęp był darmowy, a może nie dostrzegliśmy żadnej kasy. Z parkingu widać było górkę z paroma, mało imponująco wyglądającymi, kamulcami nakrytymi blaszanym daszkiem. Nic interesującego (Erynia: „znowu te kamulce”).
do albumu zdjęć

Zamek Maasi

Znacznie ciekawiej wyglądała urozmaicona linia brzegowa, z wysokimi trawami dochodzącymi do samej wody, jak również kamulcami i wysepkami w wodze, na których siedziały mewy i darły dzioby. Deszcz lał coraz bardziej, więc czym prędzej weszliśmy na kamulce pod wiatkę. Tu zrozumieliśmy nasz błąd. To co braliśmy za resztkę fundamentów zamku, było (według miejscowego opisu) drugim piętrem, zejścia na pierwsze (parter? piwnica?) było jak najbardziej możliwe, ale na własne ryzyko, o czym informowała stosowna tabliczka. Zaryzykowaliśmy, karku nie skręcaliśmy ani żaden kamulec nie spadł nam na głowy. Za to rozświetliły się pomieszczenia na dole (automatycznie włączyły się wszystkie lampy!). A pomieszczeń ze wspartymi na kolumnach łukowatymi sklepieniami było wiele. Same sklepienia były ciekawostką, bo były one układane z płaskich, łupanych zgodnie z warstwami sedymentacyjnymi wapieni. A trzeba przyznać, że ani kształty ani wielkości kamieni nie były równe, jak w przypadku cegieł. Nie były one też układane „na płasko” jak w przypadku irlandzkiego Oratorium Gallarus, czy włoskich domków Alberobello, były kładzione tak jak cegły, prostopadle do zarysu łuku. Z sal wyjść można było od razu na zewnątrz (nie przez schodki na górne piętro) więc wyszliśmy już tym wyjściem prosto w coraz większy deszcz.
Na koniec W. wywlókł nas po jakichś terenach magazynowych z hałdami kamienia i żwiru różnego rodzaju, do hangarów zawierających kolejne muzeum wojskowe.
do albumu zdjęć

Muzeum wojskowości

To, sądząc po sprzęcie na zewnątrz hangaru, wyglądało na dużo bardziej profesjonalne, od tego na półwyspie Sorve. Cena też była dużo wyższa. Odpuściliśmy, nie jesteśmy znawcami, a tym bardziej wielbicielami militariów – szczególnie, że głód wysuwał kły z ust Erynii.
do albumu zdjęć

Kościół Valjala

Ruszyliśmy więc w kierunku naszej kwatery, wiedząc, że w pobliżu mamy (ponoć – zdaniem naszej Gospodyni) dobrą restaurację. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do remontowanego kościoła św. Marcina w Valjala z XIII w. Ładnie usytuowany, przy głównym rondzie wsi pokazywał z dumą piękno swojej bryły – niestety, faktycznie potrzebował już remontu, bo gdy weszliśmy do środka – na ile dało się z powodu remontu – to ściany wyglądały jak pokryte pleśnią, o innych mankamentach nie będziemy się wypowiadać, ale robotnicy wychodzili z wieży stojącej za prezbiterium i wyglądającej na trochę starszą od „tej z przodu”. W pobliżu kościoła była co prawda kawiarnia z barem, ale ponieważ serwowała jedynie hamburgery, to na spokojnie podjechaliśmy do restauracji jakieś 2 km od naszej kwatery. Była to rozbudowana drewniana karczma, z dwoma młodziutkimi kelnerkami, zajętymi prawie wszystkim, z wyjątkiem obsługi trzech zajętych stolików, oraz sprzątaniem – bardzo powolnym sprzątaniem – tych stolików już zwolnionych przez klientów. Nie mogąc się doczekać na kartę, zamówiliśmy przy barze. Nie doszacowaliśmy przy tym pojemności naszych żołądków w porównaniu do wielkości dań w karczmie serwowanych.
do albumu zdjęć

Soljanka

Soljanki podano nam w (na oko) litrowym, wypełnionym po brzegi glinianym garnuszku. Gęsta zupa zawierała mięcho, sporo wędlin (niestety parówkę, na którą trafiła Erynia), drobno posiekane warzywa, oraz cytrynę ze skórką (na którą trafił W.), oliwki i gęstą kwaśną śmietanę. Nie była to najbardziej zgodna z kanonem wersja soljanki, ale była syta. Bardzo syta. Tak syta, że kolejne danie, które na szczęście zamówiliśmy na pół, wzięliśmy na wynos. No, szczerze mówiąc – szału nie było. Danie o angielskiej nazwie „home meat” (mięso domowe), a w nim wołowina bez smaku (przypuszczalnie pozostała po ugotowaniu wywaru na zupy), nieco lepsze kawałki fileta z kurczaka czy wieprzowiny, zalane sosem, podane z frytkami i trzema rodzajami warzyw, z których jadalna była tylko surówka z kapusty pekińskiej z dodatkiem pomidorów, ogórka czy papryki. Z gastronomicznego trójkąta Smacznie – Tanio – Syto, ta restauracja hołduje tym dwóm ostatnim wartościom. Zbyt smacznie nie było. Obsługa też mogłaby się wiele nauczyć od dziesięciolatka z Valtic.
Jako że deszcz lał gęsto i stale resztę wieczoru spędziliśmy leniwie na kwaterze.
poprzedni
następny

7 odpowiedzi na Port, zamek i soljanka

  1. Erynia

    2011? Faktycznie dawno. Sugeruję ponownie zajrzeć do krajów Pribałtiki, bo naprawdę warto.

    • Pudelek

      Na pewno warto, ale jak mieliśmy do wyboru południe i północ, to woleliśmy jednak południe 😉 Również z powodu kuchni… ale najsmaczniejszą soliankę jadłem chyba w Kiszyniowie!

      • Erynia

        Hehe…. W Kiszyniowie też byliśmy w 2011 i nie wspominamy mile tamtejszej kuchni 😉 Natomiast estońska kuchnia (zwłaszcza ryby) jest zacna. Tylko chleb nam nie przypadł do gustu.

  2. Pudelek

    To był rok 2011, czyli bardzo stare dzieje 🙂

  3. Pudelek

    Pierwszy raz soljankę jadłem właśnie w Estonii, w Talinnie 😉 Knajpa była niezbyt tania (jak wszędzie w tym państwie), więc stać nas było tylko na zupę 😀 Nie zostałem jej fanem, ale zjeść czasem można

    • Erynia

      Byłeś w Tallinie i nie uwieczniłeś tego na blogu? Jestem zaskoczona.
      Co do soljanki, też nie jesteśmy jej wielbicielami, chociaż przyznaję, że przy kiepskiej pogodzie wchodzi lepiej 😉

    • w.

      Soljanka, jak każdy posiłek jednogarnkowy, ma zadbać o zaspokojenie głodu, a nie smaku!
      A co do wartości smakowych – jedliśmy parę i, jak przy większości potraw, smaki były różne. Jedne lepsze drugie gorsze – spróbuj pomyśleć o bigosach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.