browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Hortobágy i Puszta

do galerii Google+

Puszta

Rok bez Węgier to rok stracony. Nie chcąc być stratnymi, postanowiliśmy wykorzystać kolejny dłuższy weekend i zawitaliśmy tym razem do Tarcalu. Zamieszkaliśmy w Anna Vendeghaz, bardzo miłym pensjonacie, niestety(?) bez śniadań, ale co tam. Poumawiane wcześniej degustacje zostawiły nam wolnym pierwszy dzień pobytu. Trzeba było coś wymyślić. Nieopatrznie Erynia pozwoliła W. pobawić się mapą a ten doszedłszy do wniosku, że pewne rejony Węgier traktowaliśmy dotąd po macoszemu, wybrał Pusztę. Jak by tego było mało, wybrał jeszcze, ot tak patrząc po satelitarnej mapie Google, trzy punkty – wcale nie rzucające się w oczy, no może jeden. W efekcie dnia pierwszego, rankiem (nie tak dzikim), ruszyliśmy w Pusztę, zaczynając od jej centrum wycieczkowego – miasta Hortobágy. Nietypowo dla nas, zaczęliśmy od jedzenia (śniadanie mieliśmy skromne). W. wyczaił restaurację, w której jedli lokalni – akurat przy bufecie było paru policjantów płci obojga. Tam nie mogli karmić źle! Faktycznie, babgulyas (zupa gulaszowa na wędzonym boczku z czerwoną fasolą, galuszkami i papryką) była jak najbardziej przyzwoita. Dopiero posileni, zaatakowaliśmy lokalny IT (Tourinform). Szybko zorientowaliśmy się, że w jeden dzień, to my wszystkiego w parku nie obskoczymy. W samym budynku IT, było małe acz darmowe muzeum przedstawiające florę i faunę Puszty.
muzea

muzea

Odnieśliśmy wrażenie powtórki muzeum w Tulczy przedstawiającego florę i faunę Delty Dunaju. Kolejne równie małe ale bogato wyposażone muzea przedstawiały dawne życie csikósów czyli dawnych pasterzy i jeźdźców, jak i życia na wsi w dawnych wiekach. Było co oglądać. Ciekawostką był płatny wstęp do kliniki leczącej ranne ptaki. Najczęściej “lądują” tam z powodu porażenia prądem. Początkowo są leczone w osobnych pomieszczeniach a potem na jakiś czas lądują w wolierach. Przeważnie były to poczciwe boćki, ale trafiały się również żurawie, sowy czy orły. Jako że głód mieliśmy zaspokojony, z obojętnością przeszliśmy obok sztandarowej csárdy (gospody), w której ląduje większość turystów. My mieliśmy już inne plany. W. (duże dziecko) zapalił się do zoo z lokalną zwierzyną około 2km od Hortobágy. Choć to atrakcja głównie dla dzieci (oprócz zwierzyny było tam wiele urządzeń znanych z placów zabaw), to i my bawiliśmy się przednio.
ZOO

ZOO

Mieliśmy okazję podziwiać konie (w tym hucuły), owce, kilka gatunków mangalicy (węgierska świnka z futerkiem), króliki. Najbardziej zadziwiły nas oryginalne kształty kurników dla ptactwa. Najwyraźniej tak kiedyś budowano. Miłe były również kontakty z kozami w specjalnej strefie wygłaskiwania, które uwielbiały się czochrać o nogi i przepychać turystów (W.) głowami, na szczęście bezrogimi.
W IT pokazano nam miejsca (na mapie) poza Hortobágy, gdzie można było poobserwować życie Puszty. Przy okazji sprzedano nam bilet uprawniający do poruszania się po Puszcie (poza głównymi drogami) za 1000Huf/osoby/dzień (tygodniowe kosztują 3000Huf). Okazało się że jednym z polecanych punktów było Hortobágyi Halastó czyli dawne stawy, jakieś 7 km od miasta, które na swej trasie wcześniej umieścił W. Nie wiemy co oferują inne miejsca ale my tym byliśmy zachwyceni. Po dotarciu do parkingu dalsza trasa, już piesza, wiodła 5km w jedną stronę pomiędzy stawami. Wzdłuż trasy przebiegają tory kolejowe,
na Puszcie

na Puszcie

którymi w weekendy kursuje ciuchcia. Żeby nie było za nudno, od trasy odbiegają odnogi: a to kładki wiodące wśród bagien, a to drewniane wieże widokowe, a to ścieżki przez tory na drugą stronę, do stawów. Są też rzeczy, których nie da się opisać:
– zapach, który powinni butelkować i sprzedawać za ciężkie pieniądze;
– odgłosy przyrody: przepływająca woda, ropuchy, ptactwo, bydło w oddali;
– widoki, wbrew pozorom zróżnicowane.
Raj dla ornitologów. Nie wiemy jakie jest “obłożenie” tego miejsca w weekendy, ale w dzień roboczy po południu szliśmy tą trasą sami, nie licząc strażników patrolujących teren i przygotowujących kolejne atrakcje dla turystów. Dla nas bajka. Można tę trasę pokonywać również rowerowo – jeśli kto ma rower i ochotę ale pieszo idzie się wolniej i można zobaczyć na przykład bawoły wylegujące się w błocie a po wyjściu z błota świecące srebrem. Aby turystów nie narażać na kontakty z bawołami, droga wygrodzona jest elektrycznymi pastuchami – ciekawe doświadczenie gdy, przy robieniu zdjęcia, dotknie się drutów gołą ręką. Można także zobaczyć ryby w stawach – jest ich dużo – lecz niekiedy, może z braku tlenu w ciepłej wodzie, pływają również do góry brzuchami (tego zapachu nie polecamy). Niestety ptactwo było bardzo czujne i odpływało (odfruwało) na sam widok ludzi. Na szczęście nie wszystkie i nie zawsze tak że było co oglądać i czemu się przysłuchiwać. Po powrocie do auta W. zadecydował, że jest jeszcze jeden ciekawy – według niego – punkt i że tam pojedziemy bo chce on zobaczyć stare madziarskie bydło rogate. No i pojechaliśmy do Árkus. Po drodze widzieliśmy stado na pastwiskach ale W. jechał dalej i… przejechał przez druty rozrzucone na drodze. W pewnym momencie droga przeszła obok paru domów i skończyła się szlabanem. Przy cofaniu coś zacharczało pod samochodem. Okazało się że parę metrów drutu stalowego, w trzech kawałkach, owinęło się wokół wału napędowego. Całe szczęście, że Drakul jest wystarczająco wysoki by W. mógł wczołgać się pod niego i kombinerkami, i rękoma wydłubywać te splątane metry drutu. Zajęło mu to ponad pół godziny. Erynia nie mogąc w niczym pomóc rozejrzała się wokół i znalazła żółwia, oraz drogę do wody – przydała się w końcu gdy W. skończył dłubaninę. Przy wodzie W. natknął się na węża, który wyglądał na jadowitego, ale widocznie nie przypadli sobie do gustu bo wąż ominął W. i powił się popływać sam.
rogacizna

rogacizna

Wracając W. upolował jeszcze drzewo czarnej morwy i oczywiście musiał się jej owocami obeżreć zmuszając do tego i Erynię. Do obfotografowywania bardzo rogatych i fukających krów już Erynii namawiać nawet nie próbował. Sam także nie próbował się w nie wgłaskiwać pozostając od krów (z cielętami) w bezpiecznej dla wszystkich odległości.
Do Tarcalu dobiliśmy o 21:00, zastanawiając się, gdzie o takiej porze załapiemy się na kolację. Otóż załapaliśmy się, po sąsiedzku, w hotelu Residenzia Andrassy. Nie było najtaniej (ach te gwiazdki…) ale cena była jak najbardziej adekwatna do jakości potraw. Znowu utwierdziliśmy się w miłości do węgierskiej krainy i kuchni.

Poprzedni
Następny

7 odpowiedzi na Hortobágy i Puszta

  1. Pudelek

    W Puszcie jeszcze nie byłem, choć wybieram się od dawna. Będzie ciekawie, jak widzę 🙂

    • Erynia

      Tym razem mieliśmy tylko jeden dzień na pusztę, ale zamierzamy tam wrócić i dooglądać. Dla łazików wymarzone miejsce.

  2. Littlebigfoot

    Bardzo interesujące wrażenia z puszty!
    Wąż był prawdopodobnie zaskrońcem rybołowem. Niejadowitym.

  3. Jolly Rogers

    Wegry caly czas na liscie miejsc do odwiedzenia.
    A kto sie zaczal bawic filtrami?

    • W.

      Erynia testowała nowego Lumixa FZ1000; w efekcie “efektów” nie wszystkie zdjęcia można pokazać a dla odmiany inne są na tyle “artystyczne” ( 😉 ) że aż żal ich nie pokazać.

    • Erynia

      Jolly,
      Z każdą kolejną wizytą na Węgrzech i kolejnym wypitym winem, coraz bardziej polecam ten kraj. To się nazywa tokajoholizm 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.