browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Amasra i Safranbolu

do galerii Picasa

Amasra

W końcu dotarliśmy do Amasry – dawnej kolonii greckiej. Miasto jest przepięknie położone, widoki z murów miejskich na wodę urocze, muzeum archeologiczne pełne pamiątek z okresu greckiego i bizantyjskiego, ale… to jest już kurort pełną gębą – i to w złym znaczeniu tego słowa. Na przykład: gdziekolwiek pytaliśmy o toaletę, byliśmy odsyłani do płatnych, w samym centrum, „bo u nas nie ma” – dla nas to nie problem, ale jak by trafiło na rodzinę z małymi dziećmi „w potrzebie”? Później, gdy przyszliśmy i złożyliśmy zamówienie – toaleta w restauracji nagle się pojawiała. Ryby wściekle drogie chociaż to w końcu miasteczko ‚portowe’ i wszędzie dookoła są kutry rybackie. Ze starego miasta, poza murami nie zostało wiele: kilka kościołów, przerobionych na meczety. Wiele z nich zamkniętych. Jakieś ruiny z okresu rzymskiego, remontowany most (nawet niczego sobie) i chyba tyle. Trudno też trafić na stare tureckie domy. Informacja Turystyczna (IT) ponoć gdzieś tam jest (pani z muzeum pokazała kierunek machając ręką) ale w natłoku hoteli i knajp zupełnie nam umknęło. Nie szkodzi, zwialiśmy z miasta po kilku godzinach – zniesmaczeni. Nawet rzeźby naskalne przy wyjeździe z miasteczka były „mniejsze” od ich własnej reklamy.
Tam nas raczej już nie zobaczą.
do galerii Picasa

Safranbolu

Po piątej dotarliśmy do Safranbolumiasta szafranu i lokum. I to była miła odmiana. Nie bez powodu, w 1994 roku, miasto znalazło się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Wyglądem, miasto przypomina Ochrydę (choć nie ma jeziora) ale atmosferą jest bliższe albańskiemu Gjirokaster. Stare, zabytkowe łaźnie tureckie (Tahiri Cinci Hamami) wciąż działają (35 TL na osobę, z pełną obsługą: sauna, kąpiel, piling, mycie głowy, masaż). Do kąpieli nie doszło gdyż tureckie hammamy nie są koedukacyjne a poza tym W. stwierdził, że nie pozwoli by jakiś facet go mył. Co innego, gdyby to była ponętna hurysa… się chłop rozmarzył… W IT zostaliśmy bardzo ładnie poinstruowani o rzeczach wartych zobaczenia w mieście – jest ich zbyt dużo jak na kilka godzin. W Erynii dojrzewała myśl znalezienia noclegu, W. jakby trochę mniej o tym myślał. Zmienił zdanie, gdy jeden nadmiernie gorliwy sprzedawca, po wepchnięciu nam w usta dużej ilości pysznego lokum i chałwy, popryskał Erynię dużą ilością perfum. W. u(prze)wrażliwiony na zapachy, dusząc się lekko, natychmiast zaczął rozglądać się za jakimś noclegiem z prysznicem. Trafił fuksa: pensjonat
Gökgözoglu Pansiyonu

Gökgözoglu Pansiyonu

Gökgözoglu Pansiyonu Yusuf Gül, na bocznej i stromej uliczce, ale w samym centrum, a co więcej dwa zakręty od parkingu (płatnego) na którym stał nasz samochód. I to wszystko w cenie 30 TL od osoby ze śniadaniem – tanio jak barszcz. Czyżby po sezonie? Pensjonat jest w starym, zabytkowym domu, pokoiki małe ale bardzo przytulne i, akurat nasz, z pięknym widokiem na meczet. W pobliżu były również restauracyjki, niestety z cenami kurortowymi, ale to jedyna „negatywna” rzecz w tym mieście. Warto tu rozejrzeć się za mydłami i lokum – ponoć te, z Safranbolu są najlepsze w całej Turcji. Faktycznie, jest pyszne (oczywiście lokum, nie mydło).
Toprak Gümüş silver

Jubiler z tradycjami

Po spacerku dziennym, przyszedł czas na spacer nocny, równie udany. Ledwo wyszliśy z pensjonatu a już jubiler (Toprak Gümüş silver; Köprülü Mehmet Paşa Camii; Karsisi No:2 Safranbolu) podarował Erynii i W. po jednym koraliku (wyglądającym na turkus) z których na miejscu zrobił kolczyki. Z rozmowy zrozumieliśmy, ze jest jubilerem co najmniej w trzecim pokoleniu. Trudno było nie kupić czegoś u niego – Edynia wybrała breloczek do kluczy, mimo ze tak naprawdę go nie potrzebowała. W tym mieście można wydać fortunę! (i mieć z tego frajdę).
{wtrącenie: W Amasrze panuje podejście do turystów jak do petentów: Zostaw mi swoje pieniądze i nie zabieraj mi czasu.
Nam znacznie bardziej podobały się zasady sprzedawców w Safranbolu: Daję Ci swój czas, a Ty, jeżeli zechcesz, podzielisz się ze mną swoimi pieniędzmi.}

O 5:40 obudził nas imam swym porannym wezwaniem do modlitwy. Nie posłuchaliśmy go. Śniadanie dopiero o 8:00.
Śniadanko obfitością przypominało to z Mestii, z tym że nie było chinkali. Na stole znalazły się: jajka, 2 rodzaje serów, 2 rodzaje oliwek – w tym jedne nadziewane papryką, miód, masło, chleb biały, obwarzanki chrupące i ciepłe, surówka pomidorowo-ogórkowa i herbata, którą gospodarz dolewał z ochotą. A wszystkiego na 4 osoby! Na koniec gospodarz zaproponował umycie rąk czymś co wygładziło skórę na dłoniach Erynii a W. zmusiło do natychmiastowego umycia rąk – zapach był ładny (dla Erynii) lecz o 1000 razy za mocny (dla W.). Po śniadaniu chcieliśmy odwiedzić wnętrza meczetów (wieczorem widzieliśmy, że są ładne ale było za ciemno na robienie zdjęć). Niestety oba meczety były zamknięte na klucz. Czyżby odsypiali poranne modlitwy? Następnie skierowaliśmy się do IT, dowiedzieć się co by tu jeszcze można zwiedzić. Przy okazji pogadaliśmy sobie z pracującym tam, zaprzyjaźnionym już, panem Yakubem Bastem na tematy różne, między innymi o herbacie. Otóż Turcy mają własne plantacje w okolicy miasta Rize (wschodnia Turcja przy granicy z gruzińską Adżarią). {tu drobna dygresja: jak znam W., następnym razem będzie chciał się zatrzymać w tamtym mieście i kupić sadzonki…}. Sama herbata jest pyszna, aromatyczna, liściasta (nie trafiliśmy na torebki) i sprzedawana na kilogramy. Czajniki też są speczyficzne: składają się z dwóch zbiorników, jednego na wodę, drugiego z sitkiem na esencję. Wieki temu można było trafić na takie w Polsce. Złamaliśmy się, i kupiliśmy kilka kilogramów herbaty oraz taki podwójny czajnik elektryczny firmy Arcelik, polecany nam jako jeden z lepszych.
Z innych ciekawostek, w okolicy Safranbolu znajduje się jaskinia (około 6km długości) Bulak Mencilis Magarasi dość ciekawie prezentujące się na zdjęciach. Te jaskinie mogą ucieszyć zarówno speleologa jak i zwykłego „cepra” – są odcinki dla jednych (podziemne rzeki i jeziorka do zwiedzania ze sprzętem oraz umiejętnościami) i drugich (wytyczone ścieżki). Biuro IT organizuje tam wycieczki. Może skorzystamy następnym razem.
Po pogaduchach wyskoczyliśmy jeszcze na miasto, dooglądać brakujące miejsca i powoli acz stanowczo ruszyliśmy w kierunku Istambułu. Jazda autostradą wydawała się W. nudna, do momentu aż nie zagęściło się na drodze już jakieś 150 km przed miastem i na ‚prawie’ korek w samym mieście (wylądowaliśmy tam o godzinie 17:00, a ‚prawie’ bo powoli bo powoli ale cały czas jechaliśmy). Najlepiej było na automatycznych bramkach poboru opłat. Trzy pasy autostrady rozszerzały się chyba do 10, za bramkami był równie szeroki plac bez wytyczonych szlaków aż do zwężenia, gdzie znowu były 3 pasy. W tym wszystkim tureccy kierowcy szybko, sprawnie i bez problemów dopasowywali się jedni do drugich wskakując na właściwą dla siebie drogę. W. stwierdził, że jeżdżą prawie „po krakowsku” (na centymetry), prawie – bo wiele takich przypadków w Polsce kończyłoby się stłuczkami o ile nie mordobiciem. Tu, wszyscy się jakoś przepuszczali. W Turcji przejechaliśmy ok. 2500 km i nie trafiliśmy na wypadek. To o czymś świadczy.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.