browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Region Garafía

Na przedostatni dzień zwiedzania wyspy, Erynia przewidziała jej północny zachód. Nawigacja wyznaczyła trasę „przez góry” więc przejechaliśmy drogą z dnia pierwszego, opuszczając jedynie wjazd na szczyt kaldery de Taburiente, ale i tak zahaczyliśmy o 2300m n.p.m. Pierwszym punktem trasy była Informacja Turystyczna w Las Tricias.
do albumu zdjęć

Las Tricias

I to znowu był wyśmienity wybór. Zostaliśmy w nim „zaopiekowani” i „dopieszczeni” zarówno ciepłem obsługi jak i ilością informacji przekazanych nam, gdy spytaliśmy, jak zwykle, „Co możemy zobaczyć w okolicy?”. Panie „okolicę” potraktowały bardzo szeroko – jako region Garafía. Ze względów czasowych nie wszystko zdołaliśmy obejrzeć, ale najważniejsze punkty „zaliczyliśmy”. Pierwszym było samo Las Tricias, mała osada, ale z bardzo urokliwym, małym, prostym kościółkiem. Kolejnym były Cuevas de Buracas – wbrew nazwie, jaskinie nie mające nic wspólnego z popularnym w Polsce warzywem – , ale zanim do nich dotarliśmy, za radą Pań z IT obejrzeliśmy muzeum Gofio (MIGO – Museo de Interpretacion del Gofio) urządzone w starym młynie. A gofio to rzecz na tej biednej wyspie ważna. Jest to mąka z ziarn zbóż (później z kukurydzy i nasion strączkowych) prażonych przed zmieleniem, a następnie mieszana z wodą. W zależności od sposobu przygotowania gofio może być albo zupą albo daniem stałym. Dania tego typu można spotkać jeszcze na wyspie, ale turyści historię poznać mogą w takich muzeach. Od MIGO do jaskiń Buracas jest około 800m ścieżką wyłożoną kamieniem, wśród smoczych drzew.
do albumu zdjęć

Buracas, smoki i jaskinie

Gdy Erynia spojrzała na kąt nachylenia ścieżki zaczęła żartować że „te 800m to chyba w pionie”. Bez przesady – w pionie było jakieś 250m. W każdym razie zejście było dosyć męczące dodatkowo w pełnym słońcu bez wiatru, za to w przepięknych okolicznościach przyrody: smocze drzewa, opuncje, dzikie gardenie i inne bliżej nieznane rośliny rosnące na skałach, a to wszystko z widokiem na ocean. Całe szczęście, że pod koniec drogi była Cafe Finca Aloe gdzie mogliśmy podreperować siły. Kafejka serwuje głównie produkty z własnego ogródka, a pomysł na jej założenie wpadł do głowy miłej niewieście, która pewnego razu zakochała się w La Palmie, zamieszkała na wyspie, a w 2004r. otworzyła kawiarnię dosłownie tam, gdzie Diabeł mówi dobranoc i żyje (ona, nie czart) w zgodzie z naturą. Trochę tylko szkoda (W.), że ta zgoda obejmowała również kuchnię li i jedynie wegańską i wegetariańską. Chłop musiał się zadowolić tylko sokiem z owoców sezonowych (sezon jest jedynie na banany, kiwi i papaje oraz aloes – w końcu nazwa zobowiązuje). Erynia była mniej wybredna i załapała się również na kanapkę z domowego chleba. OK, dało się to przeżyć (W.), w końcu hippisowskie klimaty też nie są nam obce, a niekiedy bywają nawet mile widziane. Pożywieni na ciele poszliśmy jeszcze parę metrów dalej pożywić się duchowo w jaskiniach Buracas. I była to w sumie mało pożywna uczta. Hiszpanie z La Palmy potrafią zrobić bardzo wielką reklamę każdej dziurze – w ziemi też. Jaskinie, jak jaskinie – dziesiątki podobnych widać przy drogach na stokach – ale ponoć w tych znaleziono pozostałości bytowania pierwszych mieszkańców wysp, w tym petroglify. Petroglify były, resztę musimy przyjąć na wiarę bo w starych żyli ludzie jeszcze niedawno, a i w międzyczasie powstało wiele „użytkowych dziur w skałach”.
do albumu zdjęć

Santo Domingo de Garafia

Nawet Cafe Finca Aloe korzysta z takich „jaskiń”, a idąc widzieliśmy i inne „osiedle” w skałach. Powrót do MIGO, przy którym zostawiliśmy samochód, był równie uciążliwy choć łatwiejszy – wchodzi się łatwiej niż schodzi. Odrobinę zmęczeni ruszyliśmy do Santo Domingo de Garafía. Miasteczko spokojne i nastrojowe. W centrum parę uliczek z typową dla La Palmy zabudową, a w pobliżu równie nastrojowy kościółek przy placu z palmami. Całość do obejrzenia w parę minut, choć każda z tych minut warta jest tego by ją poświęcić miasteczku. , a czekały na nas jeszcze petroglify Zarzy i Zarcity w Parque Cultural La Zarza.
do albumu zdjęć

Zarza i Zarcita

Dojeżdżając do Zarzy mieliśmy kwaśne miny bo jechaliśmy na granicy chmur, dolnej granicy.Tak się zastanawialiśmy, czy czeka nas powtórka z Sumeli. Na szczęście, na czas zwiedzania parku trochę się podniosły i nie musieliśmy przesiąkać wilgocią, a i widoczność zrobiła się lepsza, ale i tak zrobiło się chłodniej. Przy wejściu do parku jest centrum informacyjne z niewielkim, źle oświetlonym muzeum więc jedynie przez nie przeszliśmy idąc do głównych atrakcji tego miejsca. Atrakcje i owszem są, ale po ich obejrzeniu W. skwitował:
Na początku XXw. przyjechali archeolodzy na wyspę, nic tu nie znaleźli, a wykazać się trzeba było. Dali więc asystentom/studentom przykazanie, żeby w kamieniach wytłukli koncentryczne koła. Ponieważ jednak na wyspie łatwiej było o wino i rum, niż o wodę, to kółka wyszły asystentom trochę spiralne lub »mało okrągłe« (to te po rumie). I archeolodzy mieli o czym pisać, a teraz miejscowi mają na czym zarabiać.
A swoją drogą: jak w wilgotnym klimacie wyspy tak płytkie ryty mogły przetrwać dwa tysiące lat i być widoczne? W granicie może by i przetrwały, ale ta skała, patrząc po rysunkach współczesnych na pobliskich skałach (nie na petroglifach), jest raczej miękka. (W. nie próbował rysować!), a w ogóle najbardziej nastrojowy był sam park z drzewami pokrytymi brodami porostów. Tylko, nie wiadomo czy z winy chmur, samego parku, czy krążących po nim duchów, W. czuł duszną atmosferę. Po wyjściu z parku oddychać było łatwiej, a było to ważne bo na powrót Pracownice IT w Tricias zafundowały nam przepiękną lecz bardzo wymagającą drogę LP-109.
do albumu zdjęć

droga LP-109

Jej początek przejechaliśmy w chmurach więc Mirador Barranco de Los Poleos był raczej mało widokowy, ale dalej już było niżej więc i widoczność się polepszyła. Niestety (na szczęście?!) szerokość drogi nie, nadal była „dwa samochody na lusterka”, a zazwyczaj mniej. Trzy „naturalne” tunele były totalnie na jeden samochód (lub dwa muły). Na szczęście droga nie jest zbyt uczęszczana i udało nam się ją przejechać, chociaż W. robiło się miejscami ciepło. Mimo tych trudności warto było zrezygnować z szerokiej drogi LP-1, która nie dała by nam (a zwłaszcza W., jako kierowcy!) tylu doznań. Niestety musieliśmy zrezygnować z większości innych atrakcji zaoferowanych nam przez Panie z IT Las Tricias, ale i za te, które „przeżyliśmy” bardzo dziękujemy.
poprzedni
następny

2 odpowiedzi na Region Garafía

  1. Erynia

    Dear Mariu and Paula!
    Thank you so much for your lovely comment. We already miss la Palma.

  2. Anonim

    Lovely visitors!!! we send you a big huge from Las Tricias, Garafía, Isla de La Palma.

    Mariu and Paula
    Tourist Information Office from Las Tricias
    http://www.lapalmacit.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.