browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Kaszubskie grzyby

do galerii Google+

Kaszubskie grzyby

Praca W., w trybie niezupełnie regularnym, ma swoje zalety. Jak się do tego dołożyło 2 dni urlopu oraz fakt że dawno nas na północy nie widzieli, to kierunek zrobił się sam. Właściciel nie miał nic przeciwko, wręczył nam klucze oraz długą listę rzeczy do zrobienia na zamknięcie sezonu.
Jak zwykle przed wyjazdem na Kaszuby Erynię zaczęło boleć gardło – to taka jej świecka tradycja – W. udało się ją jednak zwlec z łoża boleści, i dzięki temu dotrzeć do Parszczenicy godzinę po północy. Jako że trzeba to było odespać, dzień pierwszy przeznaczyliśmy na popałętanie się po okolicy, w tym na wypad do sklepu w Brusach po chleb. Piekarnia tamtejsza ma ładną stronę w internecie. Niestety, chleb na zdjęciach był znacznie lepiej wypieczony. To jest obsesja W. pamiętającego jak wygląda i smakuje dobrze wypieczony chleb z prawdziwej piekarni. Dzisiaj prawie wszyscy sprzedają ciasto niedopieczone ale ten który kupiliśmy w smaku był nawet smaczny i nawet pachniał. W. wywalczył (czytaj: podrywał skutecznie ekspedientkę) by nie zabito go (znaczy chleba) włożeniem do plastikowej torby, bo i to się zdarza! Wracając ze sklepu zatrzymywaliśmy się często w laskach by sprawdzić czy może nie znalazłby się jakiś grzyb jadalny – znalazło się parędziesiąt (podgrzybki, kozaki, maślaki, opieńki) więc popołudnie wypełniło się czyszczeniem i obróbką tychże, przerywane epitetami Erynii, co zrobi W., jak ten przyniesie więcej maślaków. Czyściło się je parszywie. Wieczorem podeszliśmy jeszcze do sąsiadów gdzie W. postanowił kupić mleko od krowy (nie „ze sklepu”), bo praktycznie tylko takie pija – bez gotowania! – (więc robi to bardzo rzadko) i jaja od kur. Przy okazji, postanowił „kupić” nowego psa sąsiadów i zabrał ze sobą kiełbasę – pies, mimo oporów, dał się trochę obłaskawić. Obłaskawiać za to nie trzeba było kota sąsiadów, który, jak tylko zobaczył świecące się w oknach światła, przyszedł do nas, gromkim miaukiem domagając się papu. Papu się znalazło, a kicia o wdzięcznym imieniu Krzykacz (nadanym przez właścicieli) domagała się kolejnej porcji karmy. Co jak co, ale kot zna pojemność puszki.
PS. Grzyby zbierał W., Erynia szalała z aparatem. Jedliśmy tylko jadalne (a przynajmniej tak wygląda).
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.