browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Porto Timoni

do albumu zdjęć

Porto Timoni

Spało nam się tej nocy mile, ociężale i długo, ledwo zwlekliśmy się na śniadanie i, co ważniejsze, by zdać kluczyki od wynajętego samochodu. Po tych dwóch ciężkich pracach musieliśmy troszkę odpocząć przed planowaną na ostatnie dni naszego tu pobytu trasą do Porto Timoni. Słońce już było wysoko, wysokie welony chmur wysoko na niebie, piękna pogoda na… no dobra raczej nie na ponad trzy kilometry spaceru w pełnym słońcu z czego, na początek, kilometr pod górę asfaltowymi serpentynami i, na końcu, kilometr w dół „oślą ścieżką” – chociaż nie wiemy czy czteronogie osły dałyby się na nią namówić – dwunogich widzieliśmy sporo. W drodze powrotnej kolejność była odwrotna. Poza tym nic tej drodze zarzucić nie można było. Cały czas z pięknymi widokami, przewiewem i aromatoterapią kwitnących wszędzie kwiatów wszelakich i ziół. Idąc w kierunku plaż wstąpiliśmy do polecanej restauracji Porto Timoni – trochę za ekskluzywnej jak na nasze chamskie tyłki, więc wypiliśmy tylko coś na drogę jedzenie zostawiając na drogę powrotną. Z restauracji widoki były znakomite na zatokę Agios Giorgios i na dalszą drogę, która po paru chwilach stała się naszą drogą w dół. W odróżnieniu od drogi na Angelokastro, którą przeszliśmy pierwszego dnia, ta była krótsza i bardziej zatłoczona, podobnie jak plaże gdy już do nich dotarliśmy. Nie ujmowało to jednaj zbytnio ich urokowi, który mogliśmy podziwiać po drodze z punktu widokowego, z którego robione są chyba wszystkie pocztówkowe zdjęcia tych dwóch plaż. Na pocztówkach nie znalazły się jednak rzeźby z prywatnego parku
park rzeźb

park rzeźb

mijanego po drodze. Niewiele wiemy na jego temat, chociaż patrząc na budynek w pobliżu, może tam mieszka rzeźbiarz. Co do rzeźb nie będziemy się wypowiadać – nie jesteśmy specjalistami – ale pomysł był przedni i ktoś się nieźle napracował. Warto to zobaczyć.
Zważywszy na temperaturę wody i drogę (do i z powrotem) dobrą decyzją było nie zabieranie handicapu w postaci ręczników i masek do nurkowania. A jako że ich nie mieliśmy bez wielkiego żalu ruszyliśmy w drogę powrotną, trochę rzężąc na zakrętach. W. nie lubi wracać po własnych śladach i nawet zobaczył oślą ścieżkę wiodącą do Agios Giorgios, ale Erynia znacząco się uśmiechnęła. Uśmiech był typu „głód i zmęczenie”. To był sygnał jednoznaczny by zatrzymać się w Grill Barze na tzatziki z chlebkiem pita i pitę. Po takim jedzonku mogliśmy już a w spokoju zejść do hotelu.
W ostatni dzień (cały, „wyjazdowego nie liczymy”) dopadł nas Leń, a my specjalnie mu się nie opieraliśmy – trzeba w końcu chociaż trochę odpocząć. Jedyne co zrobiliśmy wbrew Leniowi to pakowanie walizek – z ważeniem – i drobny spacer do Trattorii Katoi. Byliśmy praktycznie jedynymi klientami mogliśmy więc sobie porozmawiać z właścicielką. Miała nadzieję, że w końcu sezon się zacznie. Życzymy jej tego.
Dzień wyjazdowy nie należał do najszczęśliwszych. W. zwrócił uwagę znajomym, że nie można niczego być pewnym, bo „ten na górze” jest złośliwy – i wykrakał. Nie dość, że wylot opóźnił się o ponad dwie godziny to jeszcze Erynia została sprawdzona na obecność materiałów wybuchowych, bo spakowane w jej bagażu podręcznym mydła wyglądały na C4. Wynik był negatywny.
Już w Polsce W. musiał wypisywać bzdurne papierki, żeby w końcu wylądować na kwarantannie. Ponieważ miał wcześniej wykupione badanie więc nie musiał stać w kolejce do badań w punkcie przy lotnisku, popracował jeden dzień z domu i po sprawie. Wynik testu na obecność (ś)wirusa był negatywny.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.