Przy wyjściu z Tenty bileterka bardzo zachwalała nam „Choirokoitię” – drugie neolityczne stanowisko na wyspie – dużo większe, chociaż młodsze o 1000 lat, częściowo zrekonstruowane, a co więcej – na liście UNESCO. Może zajrzymy.
Z naszej okolicy całkiem niedaleko było do Kolossi – średniowiecznego zamku z XIII w., a do obecnej postaci przebudowanego w wieku XV. Obok zamku są ruiny młyna cukrowego, co nas zdziwiło – gdyż dopiero teraz do nas dotarło, że w średniowieczu na Cyprze uprawiano trzcinę cukrową i uzyskiwano z niej cukier – tę białą śmierć. W naszej świadomości funkcjonowały wyłącznie plantacje niewolnicze na Karaibach i w Brazylii (tak, jesteśmy z pokolenia „Niewolnicy Isaury”), a tymczasem pochodzi z Nowej Gwinei (przypuszczalnie).
Zamek był w rękach Joannitów i Templariuszy, czerpali oni zyski z handlu cukrem, karobem oraz winem o nazwie nomen omen – Commandaria. Temu ostatniemu produktowi, należałoby poświęcić odrębny akapit, gdyż wedle Cypryjczyków jest to najstarsze wino na świecie produkowane pod tą samą nazwą i wedle tej samej receptury. Co więcej jest słodkie, więc stanowiło argument decydujący w przekonaniu W. do przylotu na wyspę. (Erynia.: „nikt nie jest doskonały”; W.: „słodkie krzepi i duszę, i ciało”).
Dalej droga zawiodła nas do Kourion, i to wbrew usiłowaniom GPS-a, który najwyraźniej wszystkie drogi w obszarze brytyjskiego terytorium uważał za zamknięte. Tu W. po raz pierwszy przestał marudzić, że pomijając mozaiki, pozostałości starożytne na Cyprze są na poziomie gruntu, przez co szału nie ma. A tu i owszem – szał był.
Miejsce to było zamieszkane od neolitycznych czasów, z pozostałościami hellenistycznymi, rzymskimi i wczesnochrześcijańskimi, kolejne mozaiki, amfiteatr z czasów helleńskich (tak, słychać było szept ze sceny w ostatnim rzędzie), agora, kolejne domy z mozaikami.
Do kompleksu Kourion należy również, oddalone od niego o 2 kilometry, sanktuarium Apollina Hylatesa – pozostałości świątyni z wczesnych czasów rzymskich. Początkowo świątynia była poświęcona bóstwu (a jakże!) płodności, nazwanemu później Hylates (opiekun lasów), a następnie, w czasach hellenistycznych, utożsamionemu z Apollinem. W okolicy świątyni, przy drodze, można się jeszcze natknąć na pozostałości stadionu.
Przystankiem zupełnie nieplanowanym okazało się muzeum wina, dokąd doprowadziły nas tablice przy drodze. Można kupić bilety w wersji bezwinnej za 5€, jak również z pakietami degustacyjnymi za 10 i 15 €. Wziąwszy pod uwagę wściekły upał jak i fakt, że ostatnim spożytym przez nas posiłkiem było śniadanie, odpuściliśmy degustację. Wszystkie eksponaty umieszczone były w małej salce, w której można było również obejrzeć film – de facto prezentację zdjęć artefaktów związanych z produkcją i spożywaniem wina od czasów starożytnych po współczesne. Oczy same nam się zamykały. Pani bileterka, przewodniczka i prowadząca degustację w jednej osobie, nie potrafiła nam nic powiedzieć na temat cypryjskiego szlaku winnego, bo to nie oni organizują wycieczki, tylko cypryjskie centrum turystyczne. Ręce nam opadły… W sumie najdroższy bilet ze wszystkich dotychczasowych i najgorzej wydane pieniądze. Więcej dowiedzieliśmy się ze strony internetowej, i to za darmo.
Złe wrażenie zatarł obiad w znajomej Tawernie Tochni, gdzie tym razem na stół wjechała rozpadająca się w ustach jagnięcina, a na dodatek właściciel przywitał nas jak starych znajomych. Takie klimaty to my lubimy.
Podkład muzyczny:
„Στεσ ακρεσ τησ γυσιησ μου - ΤΟ ΟΡΟΜΑΝ (marzenie)”
udostępniony przez Michalisa Mozorasa – artystę, osobiście