zbytki i zabytki
Muzea w Urfie i Harran
Dzień wczorajszy zaowocował w Erynii nostalgią związaną z urokiem tego miasta. Chciałaby tutaj pobyć dłużej i/lub wrócić tu jeszcze kiedyś. Na osłodę (która tylko pogłębiła nostalgię) zwiedziliśmy jeszcze parę miejsc w Urfie. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Meczetu Ulu Camii z 1150 r. – niestety wnętrza były zamknięte i mogliśmy obejrzeć, w świetle dziennym, jedynie dziedziniec i cmentarz (kotów już na nim nie … Kontynuuj czytanie
Şanlıurfa – miasto
Rankiem pyszne, proste, domowe śniadanie w ogrodzie: gorący, świeżo upieczony przez żonę właściciela chleb przypominający ormiański lawasz, domowe sery, masło, jajecznica na swojskich jajach, pomidory i ogórki z własnego ogródka, miód z własnej pasieki i tylko oliwki ze słoika ze sklepu, uff… Wegetarianie, i ci co jedzą tylko naturalne, mieli by radochę. Weganie pluli by na zabite „życie poczęte” – nam … Kontynuuj czytanie
Nemrut Dağı
W ten dzień dzień szykowało nam się prawie 600 km jazdy do Nemrut Dağı. Wbrew GPS-owi i Google map droga w kierunku Kayseri, a później Malatyi w większości była bardzo zacna – przyzwoicie utrzymana dwupasmówka. W jednym miejscu nawigacja wybrała przeskok między dwupasmówkami o standardzie wiejskim-asfaltowym. Przy przecinaniu pasma górskiego przed Adıyamanem GPS stracił sygnał na kilkadziesiąt kilometrów i zastanawialiśmy się czy go … Kontynuuj czytanie
Karawanseraje i Avanos
Kolejny dzień zaczął się od niedyspozycji sprzętu elektronicznego: mianowicie padły nam obie nawigacje GPS, a i telefony nie chciały się ładować. Po dłuższej zabawie, udało się „namówić” większość zabawek do współpracy, a czas sobie płynął. Gdy w końcu wyjechaliśmy, słoneczko zdążyło już trochę popracować. Erynia, mimo wielkiej niechęci W. do wielkich miast wybrała za cel Kayseri, miasto duże (1,1mln … Kontynuuj czytanie
Kapadocja – balony i nie tylko
W. poczuł się jak w normalny dzień roboczy, no może niezupełnie, bo w dzień roboczy po pobudce przed piątą jest śniadanie – a tutaj, o prawie gołym pysku trzeba było Erynię wywieźć na punkt widokowy z którego miało być widać startujące przed świtem balony (wschód słońca 6:04, opóźniony trochę przez góry). Z lotu balonem zrezygnowaliśmy nie tylko z powodów finansowych, ale widoku … Kontynuuj czytanie
Yazılıkaya i targ bydła
Po śniadaniu wyskoczyliśmy do centrum wsi, do Boğazköy Müzesi dooglądać artefakty wykopane w Hattuszy. Choć placówka była niewielka, miała przemyślaną ekspozycję, wzbogaconą o oryginalne sfinksy z Hattuszy, a także gliniane pieczęcie i tabliczki z pismem klinowym. Tu nas lekko zatkało: byliśmy święcie przekonani, że wgłębienia na tabliczce będą spore, tak na pół centymetra. Tymczasem maksymalnie miały ze dwa milimetry. Jak ci … Kontynuuj czytanie
Hattusza (Hattuşa)
Po przejechaniu 900 km dotarliśmy do do Hattuszy – starożytnej stolicy Hetytów – tak, tych z którymi wojował faraon Ramzes II. To był (przed)ostatni z pomysłów Erynii, które W. „upchnął” w trasę. A miejsca trochę było bo pierwszy zarezerwowany nocleg mieliśmy dopiero z 26 na 27 sierpnia. Coś trzeba było zrobić z tym „dodatkowym” urlopem. Na miejsce dotarliśmy około 14. i od razu … Kontynuuj czytanie
Kolejny „Biały Gród”
Przejazdów przez kolejne kraje nie ma co opisywać, było szybko i sprawnie aż do granicy rumuńsko-bułgarskiej, gdzie mieliśmy pecha trafić na koniec zmiany celników: stara zmiana już nie odprawiała, bo kończyła pracę, z kolei nowa też niespecjalnie garnęła się do roboty. W efekcie funkcjonariusze stali w grupkach, popalali papieroski, wymieniali poglądy, niewątpliwie się integrowali, a w międzyczasie kolejka aut się wydłużała… … Kontynuuj czytanie
Regéci Vár
No i przyszedł czas powrotu do Polski. By to nie było za proste W. musiał coś wykombinować. Najpierw skręcił na Boldogkőváralja bo ponoć tam można było znaleźć „coś ciekawego” zrobione z moreli. Niestety nic nie znaleźliśmy a ponieważ twierdzę już kiedyś zwiedziliśmy to ruszyliśmy dalej. Niewiele dalej, bo W. zoczył drogowskaz na Regéci Vár [En]. Zamek widać już … Kontynuuj czytanie
Mezőkövesd
Żeby nie było, że na Węgrzech to my tylko pijemy wino i łapiemy promile, ruszyliśmy w trasę. Tym razem skusił nas Mezőkövesd, miasto zamieszkałe niegdyś przez jedną z mniejszości narodowych – lud Matyó, słynący z pięknie haftowanych strojów (i damskich, i męskich). Charakterystycznym motywem haftów jest tak zwana róża Matyó. A z haftami związana jest legenda.Zanim jednak dotarliśmy do Mezőkövesd, nasz wzrok … Kontynuuj czytanie
Trzy winnice i wioska
Ach ta nowa praca Erynii – ma swoje zalety, ma i wady. Niskie prawdopodobieństwo otrzymania urlopu dłuższego niż dwa tygodnie jest „wadą blogową”. W jej efekcie podejmujemy specjalnie działania wykonywane normalnie „przy okazji”. Tak było i z wizytą na Węgrzech. Wygląda na to, że rok bez odwiedzenia Węgier jest rokiem straconym, więc postanowiliśmy tym razem Węgry (a właściwie rejon … Kontynuuj czytanie
Czaszki, papier i bursztynowa komnata
W ostatni dzień weekendu postanowiliśmy pozwiedzać polską stronę Ziemi Kłodzkiej. Zaczęliśmy od Kaplicy Czaszek w Czermnej. W. uparł się by pokazać ją Erynii, więc tym razem Ona ustąpiła. Już z daleka widać było parking wypełniony samochodami i autokarami. Przeczucie nas nie myliło: przed kaplicą był tłum turystów, czekających na swoją kolej zwiedzania, rzecz jasna z bilecikiem w ręku. W końcu kaplica ma … Kontynuuj czytanie
Kuks
Dnia następnego Erynia zażyczyła sobie obejrzeć barokowy szpital – Hospital Kuks – w miejscowości Kuks. Początkowo W. się opierał, gdyż tym samym uciekło nam zwiedzanie browaru i degustacja piwa w Nachodzie, ale gdy kobieta się uprze… Historia Kuksu zaczyna się gdy hrabia František Antonín Špork (Franz Anton Sporck), przy okazji wizytowania dóbr odziedziczonych po ojcu, dotarł do źródeł … Kontynuuj czytanie
od Adršpachu do Kudowy
Trudno zbyt długo usiedzieć na… miejscu. Spojrzawszy na listę odwiedzonych krajów zauważyliśmy pewne braki – Czechy odwiedziliśmy dotychczas tylko raz. Coś z tym trzeba było zrobić. Ponieważ nie dooglądaliśmy jeszcze Ziemi Kłodzkiej, Erynia wybrała Kudowę-Zdrój jako punkt bazowy trasy. Udało się jej odebrać wolne za nadgodziny – według jej szefa po raz ostatni (trzeba będzie … Kontynuuj czytanie
Mała Panew
W rozmowach rodzinnych padło słowo „kajak” w połączeniu ze słowem „spływ”. Och te rozkoszne iskierki w Erynich oczach… Jako że Erynia nie ma zbyt dużo urlopu, poszukaliśmy trasy bliżej domu, zgarnęliśmy syna W. z dziewczyną i trafiliśmy na Małą Panew. Przy rzece funkcjonuje kilka wypożyczalni kajaków, oferujących spływy dzielone na odcinki w różnych konfiguracjach, od Krupskiego Młyna do Jeziora Turawskiego. … Kontynuuj czytanie
Bolesławiec, fajans i ruiny
No to przyszedł czas na powrót. Nawet pogoda płakała. Zanim jednak ruszyliśmy w kierunku domu trzeba było zobaczyć to po co do Bolesławca przyjechaliśmy – bolesławiecką ceramikę, a właściwie fajans. W bardzo miłej rozmowie z właścicielką Pensjonatu Zielony Dom (który – i którą – wszyscy chwalą, a i my możemy pójść za tymi opiniami) oprócz kwestii wakacyjnych (właśnie wróciła z wakacji w Izraelu) … Kontynuuj czytanie
Okolice Bolesławca
To był pierwszy dzień maja. Wszystkie atrakcje Bolesławca były więc zamknięte. Obsługa hotelu zasugerowała nam dwa ciekawe miejsca pod Bolesławcem. Niestety leżały one po dwóch różnych jego stronach. Jedno to był Zamek Kliczków – na północny zachód, a drugi Zamek Grodziec na południowym wschodzie. Postanowiliśmy zacząć od Zamku Kliczków i wczesnym rankiem, zaraz po śniadaniu – obfitym, … Kontynuuj czytanie
Akwizgran
Do Akwizgranu daleko nie było, w trochę ponad godzinę zjawiliśmy się w hotelu i… udało się załatwić nocleg. Jako że restauracji przy Ibis Budget nie ma (śniadania są całkiem smaczne), ruszyliśmy w kierunku miasta i pierwszym miejscem godnym zainteresowania (na burgery i inne świństwa nie patrzymy) była restauracja (przyhotelowa) Soers. Żeby było śmieszniej okazała się restauracją niemiecko-perską. Na szczęście jedzenie … Kontynuuj czytanie
Bruksela i nasz przyjaciel Murphy
Wszystko co dobre kończy się za wcześnie, więc i pobyt u francuskiej rodziny także skończył się za wcześnie. W planach mieliśmy jeszcze Brukselę, Antwerpię i Akwizgran (Achen), a czasu było coraz mniej. Z Sedanu wyjechaliśmy dosyć wcześnie, by było więcej czasu na zwiedzanie. Około 11. stanęliśmy na parkingu podziemnym przy Grand-Place (W. wybrał taki z największą ilością miejsc – ponad 900). Początkowo … Kontynuuj czytanie

