browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Na południe Apulii

do galerii Google+

Salina dei Monaci

Wieczorem dnia poprzedniego W. podjął decyzję – jedziemy na południe wzdłuż wybrzeża. Punkty wstukał w GPS i około 10. (po zakupach) ruszyliśmy w trasę. Na początek rzuciliśmy okiem na jeziorko w pobliżu – Nature reserve Salina dei Monaci – ponoć bywają tam flamingi… ponoć, my nie zauważyliśmy, ale też i nie obeszliśmy całego jeziorka dookoła. Szybko rzuciliśmy też okiem na plażę po przeciwnej stronie zarośniętych krzakami wydm – grupki ludzi co kilkanaście metrów więc niezbyt tłoczno. Każda grupka z parasolem a niektórzy i z leżakami. Parawanów brak!
Przez Porto Cesareo, i parę innych nadmorskich miejscowości przejechaliśmy oglądając co najwyżej wieże strażnicze (kolejne torre coś) i konstatując, że całe to wybrzeże to jedno wielkie kurortowisko. No i niby tak powinno być, ale to jednak „nie nasze klimaty”. Pierwszą mieściną, która nas zaciekawiła, była Santa Catarina i to pierwsze wrażanie pogłębiło się, gdy wracając oglądaliśmy stamtąd zachód słońca. Zastanawiamy się czy nie podjechać, by tam jeszcze co nieco dooglądać. Kolejnym miejscem, w którym zatrzymaliśmy się na dłużej było Gallipoli.
do galerii Google+

Gallipoli

Zaparkowaliśmy w porcie (totalna patelnia) i po osłonięciu okien folią (jako jedyni na parkingu) ruszyliśmy w stare miasto przez port a właściwie porty. Bo była i część jachtowa, motorówkowa, a także rybacka, gdzie o tej porze rybacy czyścili sieci. Trafiliśmy tam nawet na wypożyczalnię kajaków. Zaintrygowało nas jak u licha te „obiekty pływające” dostawały się na pełne morze, bo jedna z części portu była otoczona murami ze wszystkich stron. Otóż przepływali pod przęsłami mostów (murków?), ale i tak W. się dziwił, bo część z jachtów miała elementy wystające wyżej nad pokłady niż pozwalałyby na to przęsła mostów. Nie do końca zaspokoiwszy ciekawość, przeszliśmy się plażą miejską (piaszczysta) i wdrapaliśmy schodami na stare miasto. Główną ulicą (właściwie deptakiem) jest Corso Roma, na końcu którego jest znowu twierdza, tym razem z XI-XIIIw. Sama budowla z zewnątrz prezentuje się całkiem przyzwoicie, wnętrza są cokolwiek odrapane, a i wyposażenie jest raczej z serii multimedialnych. Nie ma się co dziwić bo wygląda na to, że zaczęto ją odnawiać dopiero kilkadziesiąt lat temu a wcześniej to był „obiekt do niczego nie potrzebny”. W twierdzy trafiliśmy, między innymi, na wystawę poświęconą selfie (czyli autoportretom) od zarania dziejów. Z murów z kolei rozciąga się niezły widok na miasto.
wystawa obrazów tworzonych techniką intarsji

intarsja

Po drodze W. jeszcze skręcił do muzeum diecezjalnego, gdzie oprócz rzeczy typowych, (wyposażenia kościelnego pod postacią rzeźb, obrazów, kielichów, strojów liturgicznych), trafiliśmy na wystawę obrazów tworzonych techniką intarsji. Nawet ciekawe to było. Z kościołów zaintrygowała nas bazylika św.Agaty, z nietypowymi obrazami zajmującymi prawie całe ściany. Spacery zaułkami wyrobiły w nas pewnego rodzaju obojętność na urok: w co drugim można było spodziewać się stoliczka z krzesłami, pod kwiatami, zaparkowanego skutera (w ostateczności roweru) i suszącego się prania – typu: siedemsetny chaczkar, trzysetna cerkiewka – ale i tak, warto było. Większy entuzjazm wykrzesała w nas przekąska: tagliere di salumi e formaggi przepita kieliszkiem wina – i życie od razu stało się piękniejsze (nie zamieszczamy naszego zdjęcia – aparat nie zdążył). Po powrocie do samochodu ruszyliśmy dalej w trasę na południe (na półwysep Salento), do miejscowości Leuca.
do galerii Google+

Leuca

Można powiedzieć że obejrzeliśmy zelówkę szpilki włoskiego buta, może i powierzchownie ale i tak zobaczyliśmy parę ciekawych miejsc od kościoła Parrocchia Cristo Re Leuca, w pobliżu wypiliśmy „coś w typie spremuty” – z gruszek, jabłek i brzoskwiń – takie sobie za to drogie, aż po Santuario di Leuca w pobliżu latarni morskiej – był tam akurat ślub biało-czarny, przypuszczalnie przynajmniej jedna ze stron była z USA, bo w ceremonii głos zabrał i ciemnoskóry kapłan i w odpowiednim języku (z odpowiednim akcentem). W. nie byłby sobą gdyby nie wyłączył GPSa i nie powłóczył się po dróżkach pomiędzy polami na północ od latarni morskiej. Tam udało nam się pooglądać sporo trulli salentini, wyglądające jak stożki lub ostrosłupy ze ściętym dachem. Co ciekawe były one umiejscowione po jednym na ogrodzonych działkach, jakby służyły do doglądania pola lub do sjesty przy pracy na tym polu.

poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *