2024
Ardahan, Kars i Katerina
Do Ardahan dojechaliśmy przed 18:00 i, ku naszemu zdumieniu, brama do zamku była otwarta, a facet w budce poinformował, że wejście jest gratis. Po bliższym rozeznaniu stwierdzamy, że zamek składa się wyłącznie z murów, na które nawet nie można wejść (wszystkie schody na górę zastawione są tablicami z zakazami wstępu). Środek twierdzy zarośnięty jest trawą i chwastami do tego stopnia, że … Kontynuuj czytanie
Przez Goderdzi do Turcji
Nadszedł dzień pożegnań, więc nie mogłoby się obyć bez chaczapuri adżaruli na śniadanie oraz imeruli na drogę. A propos tej ostatniej, W. przez moment rozważał powrót przez Sarpi, bo wedle prognozy nad Goderdzi miały być burze, ale nasi Gruzini sprawdzili prognozę pogody na swoich smartfonach i zaczęli nas przekonywać, że to bujdy, co najwyżej będą chmury. Uwierzyliśmy. … Kontynuuj czytanie
Dom rodzinny i winiarnia
Po tych przyjemnościach w końcu dojechaliśmy do centrum wsi Keda, gdzie zrobiliśmy krótki postój. Daro musiała przywitać znajome. W końcu długo tam żyła, chodziła do szkoły i pracowała zanim wyszła za mąż. W. skorzystał z bankomatu (tak, cywilizacja dotarła również na wieś). Za Kedą za GPS miała robić Daro, tam bowiem mieliśmy odbić z głównej drogi. Cóż, nie do końcu … Kontynuuj czytanie
Most i wodospad Machunceti
Gruziński wielkanocny poniedziałek nazywany jest Dniem Pamięci, w którym rodziny udają się na cmentarz i jedzą przy grobach, mile wspominając zmarłych. Ze względu na kiepską pagodę, Daro w tym roku odpuściła tradycję, za to umówiła się na spotkanie z rodzeństwem i szwagierką w domu rodzinnym w siole Akutsa przy wsi Keda w Dzień Zwycięstwa (w sowieckim wydaniu czyli 9 maja). Potem mieliśmy jechać … Kontynuuj czytanie
Bazar, plaża i ogród botaniczny
No to jak już się coś zaczęło to trzeba i dokończyć. Postanowiliśmy więc spróbować raz jeszcze zwiedzić Petras Ciche. Po drodze W. postanowił jeszcze wstąpić na batumskie targowisko, by kupić drobne co nieco. Trochę było problemu z dotarciem we właściwe miejsce, bo i targowisko jest wielkie (powierzchniowo) i drogi w pobliżu są jednokierunkowe (drugi kierunek oddzielony płotkiem), bądź nawet i nieprzejezdne … Kontynuuj czytanie
Park dendrologiczny
Od wtorku miała być ładna pogoda i Daro miała w planach pokazanie nam paru miejsc w okolicy. Cóż, prognozy jak zwykle się mylą – do południa intensywnie lało, a na domiar złego jakiś faraon postanowił zemścić się na W. Jak nie urok, to… wiadomo (przemarsz wojsk). W okolicach 13:00 ciut się przejaśniło, W. też był już w stanie stabilnym, zebraliśmy się … Kontynuuj czytanie
Sameba
Według prognozy pogody dnia tego lać miało trochę mniej. Daro zaproponowała nam więc podjechanie do „górnej” cerkwi w Batumi. Jest to Katedra Świętej Trójcy (ბათუმის სამების ტაძარი) na mapach Samebą zwana. No i fajnie, W. ustawił na nawigacji punkt docelowy, popatrzył na mapę – fajnie, będzie będzie trochę zakrętów – i pojechaliśmy. Już w okolicy centrum Batumi było widać … Kontynuuj czytanie
W Batumi… deszcz
Pogoda bez zmian, cały dzień lało bez przerwy z większą i jeszcze większą intensywnością. Ponadto wszystko było zamknięte – jak to w święta. W końcu była to Niedziela Wielkanocna. Daro, po skończonym poście, rozszalała się kulinarnie. Pizza w stylu gruzińskim(*) na śniadanie? Czemu nie. Potem Daro zaczęła przygotowywać kurczaka szkmeruli, chaczapuri imeruli, mczadi, smażone ziemniaki, surówkę, kolejną pizzę na … Kontynuuj czytanie
Batumi po latach
Jak u Babci W. – ledwo człowiek oko otworzył, już na niego jedzenie czekało. Tym razem było to chaczapuri adżaruli. No dobrze nie tak od razu – zdążyliśmy jeszcze wziąć prysznic i chwilę porozmawiać zanim chaczapuri się upiekło, a że rozmowa była wciągająca to W. był bardzo szczęśliwy – chaczapuri było mocno wypieczone i chrupiące! Wreszcie przyszedł czas na … Kontynuuj czytanie
Poranek u Daro
Pospaliśmy sobie całkiem miło w wygodnym, choć trochę skrzypiącym łóżku, by obudzić się w sam raz na postne chaczapuri – w końcu był wielki piątek w kalendarzu gruzińskim. Przy okazji porozmawialiśmy i o nasionkach, i o sadzonkach przywiezionych z ostatniego pobytu na Maderze. Ciekawe ile z nich przeżyło i wyrośnie. Przy okazji W. zrobiło się cokolwiek głupio, bo przywiózł Daro nasiona nespery, a tych drzew ma … Kontynuuj czytanie
„Przejście/a” graniczne
W końcu dojechaliśmy do granicy turecko-gruzińskiej w Sarpi. I tutaj, na samym wstępie, turecki pogranicznik kazał Erynii (pasażerce) wysiąść z auta i iść do budynku stanowiącego przejście, i tam przekroczyć granicę. W samochodzie mógł zostać jedynie kierowca. Erynia była mało szczęśliwa bo lało jak z cebra, a przejście zaprojektowane jest tak, by nie rozpieszczać przechodzących, po co komu jakieś daszki. Po wejściu … Kontynuuj czytanie
Do Sarpi, po latach
Po paru latach samolotowego lenistwa, wróciliśmy do starych, dobrych obyczajów: zapakowaliśmy w Drakula nasze rzeczy i trochę prezentów (między nimi i kilkanaście krzewów i kwiatków), i we wtorek po pracy (wyjątkowo o 14:30) ruszyliśmy w naszym ulubionym kierunku południowo-wschodnim. W Słowacji w wielu wioskach rzuciły nam się w oczy słupy majowe – w końcu jechaliśmy 30 kwietnia. W przeciwieństwie wszakże do Austrii, tam nic się oprócz … Kontynuuj czytanie
Marina i dwa muzea
W ostatni dzień postanowiliśmy obejrzeć miejsca niedooglądane. Niebo co prawda trochę siąpiło, ale za to po wyjściu z hotelu przywitała nas tęcza. Bulwarem nadmorskim przeszliśmy do mariny, gdzie oprócz standardowych jachtów czy katamaranów trafiliśmy na zacumowaną replikę Kolumbowej Santa Marii, oraz na dużo bardziej interesujący trójmasztowiec, niestety ze zwiniętymi żaglami – jak to w porcie. Nie … Kontynuuj czytanie
Fort i muzeum fotografii
Po zaspokojeniu Monte-fobii można już było z Erynią rozmawiać o innych spacerkach po Funchal. Nie było więc większego problemu ze skierowaniem jej uwagi na Fort św. Jana Chrzciciela (Fortaleza de São João Baptista do Pico), szczególnie że pamiętała z przed paru dni, że po drodze było też co oglądać. Na początek zobaczyliśmy, totalnie zdziwieni, że praktycznie nie było oczekujących … Kontynuuj czytanie
Monte i dwa ogrody
Ranek rozpoczął się świecącym słońcem, śpiewającymi ptakami i… dwoma wycieczkowcami w porcie. Jako że, według prognozy, miał być to ostatni słoneczny dzień naszego tu pobytu, Erynia zaparła się na Monte. Rzecz jasna, kolejka do kas była nie gorsza niż wczoraj, ale nic to, przeboleliśmy. Bardziej cierpieliśmy, gdy po odejściu od kas zobaczyliśmy dużo dłuższą kolejkę do … Kontynuuj czytanie
Klasztor i ciastka
Klasztor św. Klary (Convento de Santa Clara) zbudowany był pod koniec piętnastego wieku typowo na bazie prostokąta z patio w środku. Z założenia miał być „ukryciem” cór szlacheckich, których nie udało się wydać odpowiednio za mąż. Zresztą, jednym z pomieszczeń do których można było zajrzeć, była cela takiej zamożnej z domu zakonnicy. Ciekawostką była ilość kościołów w tej budowli. Niezależnych kaplic też … Kontynuuj czytanie
Muzeum i kościół São Pedro
Po winie i rozmowie przyszedł czas na drobny spacerek – szczególnie, że parę kroków za winiarnią jest Ogród Miejski (Jardim Municipal do Funchal). W. dostał jobla na punkcie kwiatków (jak zwykle), aż ciężko go było z tego ogrodu wyciągnąć. Znalazł tam nawet drzewo kapokowe siejące woków skorupami i puchem. Wyjście z parku zaowocowało niewielką zmianą – W. znalazł … Kontynuuj czytanie
Blandy’s Wine Lodge
Poranek był o tyle lepszy od poprzedniego, że Erynia zapanowała nad swoją głową – przynajmniej w zakresie bólowym. Ciągle jej się jednak po głowie wierciło Monte, Monte, Monte i Teleferico. Niestety, i tym razem, nie udało nam się zrealizować tej fobii. W porcie stał jeszcze drugi z wycieczkowców i widać to było po długości kolejki do kolejki linowej. W. nawet nie musiał … Kontynuuj czytanie
Spacer… i owocki
W. rano wyszedł na balkon i prawie zaklął: w porcie stały dwa wycieczkowce. No to będą tłumy w mieście. Wrócił do pokoju i zobaczył Erynię zapatrzoną w siebie – w swój własny, osobisty i porażający ból głowy, na który nie ma lekarstwa (Erynia z zasady unika środków przeciwbólowych). Nawet śniadanie nie zmniejszyło bólu. No to po jakimś czasie, W. zaproponował drobny spacer. Pomysł … Kontynuuj czytanie
Spacer po Funchal
Jak to w sanatorium, poranki są najgorsze, bo trzeba się zwlec z łóżka. Ponieważ jest to jednak Madera, to i poranki są również milsze. Nie dało się wprost nie zauważyć dwóch rzeczy, od których odwykliśmy w codziennym życiu: ciszy i czarnych nocy. Obawialiśmy się trochę odgłosów hotelowych, bo nasz pokój położony był naprzeciw windy, przy przejściu do restauracji, ale cisza … Kontynuuj czytanie

