browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Wiedeń

do albumu zdjęć

Wiedeń

Po przekroczeniu granicy Erynia natychmiast zaczęła porównania z Danią: płasko, dużo wiatraków, czysto, ale trawa przed domami niewykoszona i zachwaszczone ogródki. Do tego remont drogi na trasie wymusił na nas objazd trzeciorzędnymi drogami – zupełnie porównywalne z trzeciorzędnymi „polskimi drogami”. Albo im ten „ordnung” nawala, albo u nas nie jest aż tak źle…
W końcu wylądowaliśmy na Park&Ride Erdburg, gdzie za 3€ można było zostawić samochód na cały dzień i przesiąść się na metro. Tak też uczyniliśmy, zaopatrzywszy się wpierw w bilety w automacie. Na pierwszy ogień poszedł plac i katedra św.Stefana. To był horror – takich dzikich tłumów nie widzieliśmy ani w sierpniu w Pradze ani w maju w Budapeszcie. Przemogliśmy w sobie odruch ucieczki i wstąpiliśmy do katedry. Piękna, ale niemiłosiernie zatłoczona. W. zaczął mruczeć pod nosem: „jak ja nie cierpię (n/m)e(k/t)ropolii”. Erynia cierpliwie wytrzymywała to marudzenie… Modnymi deptakami (Graben, Kohlmarkt) dostaliśmy się na plac św. Michała. Na Kohlmarkcie uwiódł nas słodki zapach czekolady. Trafiliśmy na Demel – jedną z najstarszych wiedeńskich kawiarni. Urzekł nas wystrój, mieliśmy ochotę na coś słodkiego ale… zniechęciły nas dzikie tłumy turystów mających ochotę na to samo co my. Erynia znów wysłuchała mantry W. …
Dalej przeszliśmy w okolice Hofburga. Tłumy wciąż dzikie, ale tu W. się zaparł –
Skarbiec Cesarski

Skarbiec

olewa wszystkie muzea, ale MUSI zwiedzić skarbiec. Tak też się stało, ale wpierw zatrzymaliśmy się, przy wejściu do ujeżdżalni, na kawę i ciacho w jednej z zamkowych kawiarni – zachwyciła nas cena (5€ za wszystko) i fakt, że nikt nie wisiał nam za plecami. Po duńskich realiach (4-5€ w przeliczeniu za samą kawę i to na prowincji) cena wydała nam się rozkosznie niska. W końcu dotarliśmy do skarbca. Amok W. przybrał na sile – nie odrywał wprost oka od obiektywu, za to Erynia mogła pozachwycać się w spokoju. (W. też się zachwycał, ale tak bardziej przez wizjer.) Po muzealnych zachwytach przyszedł czas na Heldenplatz, plac Marii Teresy skąd przeszliśmy sobie pod Parlament, Ratusz (piękny acz w wysokim stopniu zastawiony rusztowaniami), kościół Wotywny i Uniwersytet, gdzie chwilę posiedzieliśmy na dziedzińcu, przypominając sobie mniej (Erynia) lub bardziej (W.) odległe studenckie czasy… Stamtąd wróciliśmy w okolice Starówki, rzucając po drodze okiem na Teatr Zamkowy. Atmosfera robiła się coraz bardziej kameralna, tak że placem Am Hof napawaliśmy się już w spokoju. Z kolei na Freyungu W. rozejrzał się i z rozkoszą wielką wskazał Erynii ładną bramę, a za nią pasaż Ferstel. Tam oprócz wielu ciekawostek kulinarno-słodysiowatych W., zapewne wiedziony psim swędem, wyczaił francuskie bistro Beaulieu połączone ze sklepikiem i z Francuzami za ladą. O ile ceny artykułów mieściły się raczej w duńskich rejestrach, o tyle można było całkiem tanio zjeść. I tak w austriackiej stolicy wcinaliśmy quiche lorraine. Co prawda, za pierwszym razem temperatura potraw daleka była od ideału, ale Erynia podziałała urokiem osobistym (czyt.: obnażyła kły) i mową Moliera – poskutkowało. Nowe tarty były bez zarzutu. Pojedzeni i szczęśliwi, udaliśmy się na plac Żydowski (Judenplatz), gdzie znajduje się pomnik upamiętniający 65 tys. austriackich Żydów zamordowanych w obozach koncentracyjnych. Wyglądał trochę jak komora gazowa zaprojektowana przez człowieka który nigdy jej nie widział – ale cóż w końcu to pomnik, więc nie musi być realistyczny. Następnie, zahaczając o kościółek Maria am Gestade, przeszliśmy na Hoher Markt gdzie oprócz pomnika rzucił nam się do oczu secesyjny zegar Anker.
Za przewodnikiem (który zniknął z Internetu w 2022 r.):
secesyjny zegar

Zegar firmy Anker

zegar, znajdujący się między budynkami należącymi niegdyś do towarzystwa ubezpieczeniowego, miał symbolizować przemijanie i w ten sposób subtelnie namawiać do zakupu polisy życiowej rzecz jasna firmy Anker.
Tak nawiasem mówiąc – przewodnik ten mogliśmy byli polecić: zwarty, mały i dobrze opracowany.
Żeby tak polskie agencje reklamowe wpadały na tak oryginalne i estetyczne pomysły zamiast tych… bilbordów. Dalej były Ruprechtplatz, uliczka Fleischmarkt z kościołem grekokatolickim o oryginalnej (jak na Wiedeń) architekturze – niestety zamknięty. W. znowu mruczał: „pukajcie, a otworzą wam, jest przereklamowane”. Zwiedzanie zakończyliśmy na barokowym kościele Jezuitów – stąd najbliższym metrem wróciliśmy na parking mając w głowach mocne postanowienie powrotu – to miasto wciąga. (no dobra, wciągnęło Erynię. W. pozostał przy swojej alergii na metropolie).
do albumu zdjęć

Pałac cesarski w Schönbrunn


Alergia miała okazję uzewnętrznić się dnia następnego. Zresztą nie tylko W. odczuwał dolegliwości alergiczne. Do pałacu Schönbrunn dotarliśmy w podobnym tłumie jak poprzedniego dnia na Plac św.Stefana. Niechęć do kolejek zaowocowała rezygnacją ze zwiedzania płatnych części muzealnych – Erynia miała już wybitnie dość imperialnego przepychu, a W. się z nią zgodził. Za to ogrody i park pozwoliły na długi spacer. Po obfotografowaniu, z zewnątrz, pałacu cesarskiego wróciliśmy U-banem w okolicę stacji Kettenbrückengasse gdzie Erynia postawiła sobie za punkt honoru zobaczyć secesyjne kamienice Ottona Wagnera i Teatr nad Wiedenką. Kamienice i owszem były, Teatr i owszem też, ale to w co się wpuściła w okolicy… W. aż zacierał łapki! Cały pas pomiędzy Linke Wienzeile, a Wiener Straße był jednym wielkim targowiskiem gdzie kupić można było wszystko (W. upolował nawet owoc duriana – chyba nie do końca dojrzały bo niespecjalnie śmierdział i smakiem też szczególnie nie zachwycał). Przy tym między straganami jest tam wiele wszelakiego typu restauracyjek i kafejek. Na dodatek w wielu miejscach można się było dogadać po słowiańsku – jednego sprzedającego zlokalizowaliśmy jako Bułgara, inni niezlokalizowani też dobrze mówili po rosyjsku, a niektórzy i po polsku. Z podsłuchanej rozmowy wchodzących na targowisko Polaków: „to jest tania jatka dla całego Wiednia, tu dostaniecie wszystko”. Może nie do końca „jatka”, może nie do końca „tania” i może nie „wszystko”, ale W. dostał amoku, a Erynia zaczęła warczeć. Udało się połączyć jedno z drugim i nie wydaliśmy zbyt dużo…
Ze smutkiem w oczach opuszczaliśmy targowisko by zanurzyć się w secesyjnym Wiedniu. Zaraz na początku tej trasy rzuciła się nam do oczu złota kula na dachu.
Secesja Wiedeńska i Targowisko

Secesja i Targ

Erynia aż zapiała z radości, a smutek znikł jej z oczu. Drzwi uchylił przed nami Gmach Secesji. Nie otwarł się na oścież bo część wystawy była w trakcie wymiany. Może i mało było tam do oglądania, ale sztuka obroni się sama nawet gdy jest jej ilościowo niewiele! Pod gmachem umieszczono pomnik Marco Antonio (Marka Artoniusza) przygotowany na paryską wystawę światową w 1900 r. Lwy były ładne, satrapa tłusty!
Trochę zajęło nam znalezienie na Karlsplatzu Pawilonów Ottona Wagnera, ale poszukiwania okazały się owocne, a efekt sprawił przyjemność naszym oczom. Zresztą już droga była rozkoszą dla oczu i nosów. Wiele jej odcinków wysadzanych było kwitnącą lawendą. Spod Pawilonów widać wśród drzew Kościół św.Karola Boromeusza z charakterystycznymi kolumnami wzorowanymi na kolumnie Trajana. Zwiedzanie wnętrza było płatne – w cenie: kościół, muzeum i wieża widokowa, bez możliwości rezygnacji z części. Erynii po już drugim dniu chodzenia zaczęły dokuczać nogi więc odpuściliśmy sobie wydatki i zaczęliśmy się zbierać do powrotu. Z punktów „do obejrzenia” została już Erynii tylko Opera Wiedeńska. I tu spotkał ją zawód. Opera i owszem – stała, ale spóźniliśmy się o pół godziny na zwiedzanie. Są tylko o 14. i o 15. Poinformował nas o tym pracujący jako maître de l’opéra Kosowianin wskazując na tablicę na której wyszczególnione były godziny z podaniem języków, w których są oprowadzane wycieczki. Nic to – przynajmniej mogliśmy pogadać, wspominając niedoszłe do skutku odwiedziny Kosowa. Rzut beretem od Opery jest plac Albertina z muzeami, a obok Hotel Sachera – tak, tak, tego od tortu zrobionego ze zwykłego ciasta czekoladowego przełożonego prostą „marmeladą”, z dodatkiem dobrego marketingu. My, nie czując się wystarczająco dobrze ubrani (szczególnie w diamentowe karty Diners Club) odwiedziliśmy leżący obok park Burggarten i wypiliśmy tam kawę i czekoladę przy Palmiarni. Erynia dodatkowo wcięła naleśniki (palacsintę) z truskawkami i lodami pistacjowo-marcepanowymi. Czekolada to była porażka – ponoć świeże mleko z pyłem czekoladowym –
Skarbiec Svarowskiego

kryształy Svarowskiego

pyłu było mało, a mleko raczej krowę wspominało z rozrzewnieniem. Za to palacsinta to była poezja smaku. Erynia poczuła się w pełni ukontentowana. Z bólem serca postanowiliśmy zakończyć pobyt w Wiedniu i skierowaliśmy się do Placu Św.Stefana. Po drodze wpadły nam do oka błyskotki. Tym razem był to sklep z kryształami Svarowskiego. Śliczne szkiełka, i dobrze zrobione, ale diamenty to to nie są…
Wracając do Bratysławy trochę żałowaliśmy, że i późno, i nogi bolą bo po drodze mijaliśmy już drugi raz ruiny grodu na górze przy Hainburg an der Donau. Kiedyś to było (chyba) podgrodzie z własnymi murami – jeszcze dzisiaj droga wiedzie przez wąską bramę, a mury wyglądają na dobrze utrzymane. No nic, może kiedyś… szczególnie, że wstąpiwszy po drodze na wienerschnitzel do Gasthofu „Gerhard und Cornelia” w Maria Ellend poznaliśmy cenę noclegu (28€/os. B&B), która nie wydaje się zbyt wygórowana jak na austriackie warunki, a wiedeńskie muzea wciąż kuszą. Chociaż z drugiej strony zważywszy na nasze alergie…
Uwagi W., może niezbyt dogłębne (jedynie na podstawie dwudniowego pobytu);, ale za to własne na temat Wiednia i okolic:
  1. już dawno nie widział tylu par (płci wszelakich) trzymających się za ręce i całujących się w miejscach publicznych. (nie żeby mu to przeszkadzało!)
  2. w Wiedniu, nawet bardziej niż w Pradze, widać wielonarodowość. Wszelakie typy dalekowschodnie (Japonia, Korea, Chiny) mieszają się z muzułmanami (rodzimymi i napływowymi – patrząc po kolorach) i Słowianami, a to wszystko okraszone narodowościami Europy Zachodniej i, nawet, Hindusami.
  3. Przy tej całej mieszance narodowościowej aż dziwne, że na ulicach nie widać ładnych dziewcząt. Lat temu ponad dwadzieścia, gdy W. przenosił się z Wrocławia do Gliwic, usłyszał od dziewczyny: „we Wrocławiu nawet jak brzydka to przynajmniej zgrabna, na Śląsku nawet jak zgrabna to brzydka”. Przepraszamy Wiedeńczyków, ale ta teza jest jeszcze bardziej niepochlebna dla mieszkańców Wiednia
  4. Przepraszamy, tym razem Austriaków, ale patrząc po takich drobnych detalach życia codziennego to Austriacy to tacy „gorsi” Niemcy (z perspektywy niemieckiej). Może to wina zbyt długich kontaktów ze Słowianami i Węgrami, ale „ordnung” im się trochę stępił. Z perspektywy polskiej jest to raczej duża zaleta. Na przykład Austriacy mają w sobie więcej luzu.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.