browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Val D’Orcia i Pienza

do albumu zdjęć

Toskańskie widoczki

Castelluccio

Castelluccio

Ostatni dzień w okolicy Sieny przeznaczyliśmy na „widoczki”. Erynia, używając jako „wzorca do widoczków”, otrzymanej w Montepulciano mapki, uzupełniła planowane wcześniej Pienzę i San Quirco D’Orcia o parę (kilkanaście) przystanków na podziwianie widoczków doliny rzeki D’Orcia (wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO) oraz o Castelluccio. To ostatnie w rzeczywistości było pierwsze i zupełnie nietrafione. Zameczek, z którego można by ewentualnie popatrzeć na okolicę był w remoncie a niższe partie drogi i murów pokazywały mniej lub bardziej drzewa. Nie zrażeni pierwszym podejściem, i przewalającymi się po niebie czarnymi chmurami, ruszyliśmy dalej do Pienzy (oczywiście z wieloma postojami widokowymi).
do albumu zdjęć

Pienza

Pienza to miało być, według założeń Piusa II, miasto idealne. W. ma chyba trochę inne ideały bo marudził, że nie widzi specjalnie powodu by to akurat miasteczko aż tak zachwalać. Oczywiście: ładne pudełka, z oczywiście ładnymi zaułkami, oczywiście ładnie ukwieconymi, ale i w innych odwiedzanych starych miasteczkach było podobnie (Erynia: W. ma zblazowane spojrzenie na świat). Na dodatek trzeba płacić za parking pod murami. Zrobiliśmy sobie drobny spacerek po mieście przerywany wątrobowymi dolegliwościami Erynii wymagającymi zabicia ich pokarmem drobnym acz treściwym (pasta pomidorowa – pappa al pomodoro, W. przy tym też skorzystał – kiełbasa z dziczyzny z grzybami). Trzeba jednak przyznać, że pomysł z promenadą wzdłuż murów przy jednej stronie miasteczka z widokami na okolice, wyszedł Piusowi II wyśmienicie. Po przejściu miasteczka wzdłuż i trochę wszerz ruszyliśmy dalej by odwiedzić
do albumu zdjęć

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni. Tam obejrzeliśmy zabytkowy basen z wodami termalnymi, i mimo paru prób nie znaleźliśmy darmowych źródeł (a były tutaj!) – może kiedyś! I jest tam jeszcze parę ciekawych miejsc do obejrzenia, nawet nieopisanych(?).
Po termach przyszedł czas na drugie ze starych miast – San Quirco D’Orcia. Może dlatego że miasteczko było mniejsze, a może nie tak utytułowane, dało się pod murami zaparkować za darmo i ruszyć na spacer po jego uliczkach.
do albumu zdjęć

San Quirco D'Orcia

Ciekawostką był zakaz robienia zdjęć we wszystkich odwiedzonych w tym mieście kościołach. Erynia stwierdziła, że pewnie dlatego że nic w nich nie ma, i jak ktoś to zobaczy na zdjęciach o nie przyjedzie tego zobaczyć na miejscu. W. skwitował to dosadniej „takie małe, sympatyczne i urocze NIC”. I nie mówił tego z niechęcią, ot stwierdzenie faktu. Tam też trafiliśmy na „drugie NIC” – darmowe Muzeum Barbarossy. Przed budynkiem miejskim (rady miasta?) stał potykacz z informacją o darmowym muzeum. OK wchodzimy. W budynku jedyną żywą istotą był sprzątaczka, która skierowała nas na drugie piętro. A tam szereg sal – totalnie pustych – z odnawianymi (tworzonymi od nowa?) freskami. Chodziliśmy po tych salach szukając czegoś co można by nazwać muzeum, aż w końcu, w jednej małej salce wyglądającej jak wygrodzony kawał korytarza znaleźliśmy parę gablot z jakimiś ubraniami na manekinach (ubrania wyglądały jak prosto od krawca) i paroma papierami maści wszelakiej i raczej mało historycznej. Opuściliśmy „muzeum” ze śmiechem na ustach zasłoniętych buffami.
Przyszła pora na powrót więc ruszyliśmy w kierunku Sieny rozglądając się za równie dobrym jak wczoraj miejscem do przekąszenia czegoś przed snem. Pod samą Sieną znalazła się całkiem miła Ristorante Pizzeria La Capannina serwująca nie tylko pizzę ale i inne dania kuchni regionalnej (i ogólnie włoskiej). W. zamówił tam wyśmienitą pizzą z pieca opalanego drewnem a Erynia rzuciła się na gnocchi zucchine, gamberetti e zafferano. Wszystko to zostało podlane czerwonym winem – domowym, prostym ale smacznym – i uzupełnione likierem cytrynowym (gratis za dobrą zabawę słowną z kelnerką). A wszystko za 26€. Erynia (lekko wstawiona) aż wyznała kelnerce miłość! W. był mniej wylewny określił to słowem i czynem – NIRWANA. Aż dziwne, że był w stanie zaparkować w Sienie bez demolki (i to nie z powodu alkoholu – tego jak zwykle cyborg nie zauważył, lecz błogostanu).
 
PS. Stan wątroby Erynii wynikał z nadmiaru kofeiny a nie promili. Zostało to udowodnione brutalnym acz skutecznym odstawieniem espresso doppio – wina nie odstawiła, a problemy znikły.
Nałóg to ciężka sprawa…
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.