browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Monteriggioni i San Gimignano

do albumu zdjęć

Monteriggioni

Przyszedł czas na pożegnanie ze Sieną. Zanim wszakże dotarliśmy do Florencji, Erynia nie byłaby sobą, gdyby nie wymyśliła czegoś po drodze. Na pierwszy rzut poszło malutkie, ale w całości obwarowane Monteriggioni. Miejscowość, została ufortyfikowana w całości na początku XIIIw. i miała pełnić głównie funkcję obronną: Sieny przed Florencją. Czyniła to skutecznie przez kolejnych 300 lat, a została zdobyta przez Florencję dopiero w XVw., na skutek zdrady komendanta. Przy wjeździe do starego miasta znajdują się dwa parkingi, co prawda są na nich również darmowe miejsca, ale rzecz jasna te były już zajęte. Tak więc pozostało płacić i płakać. Samo centrum intra muros jest malutkie, dosłownie kilka uliczek na krzyż, które można obejść w 20 minut. Warto jednak pospacerować dłużej, chłonąc nastrój miasteczka i odżałować 4€ by móc wejść na mury – w kilku miejscach (po całym obwodzie przejść się nie da). Na tym samym bilecie można również odwiedzić malutkie (a jakże) muzeum, gdzie przybliżona jest historia konfliktów zbrojnych sieneńsko-florenckich, a było tego sporo. W. wypytał panią z muzeum, ilu ludzi mieszka pomiędzy murami, i otrzymał dumną odpowiedź: „37, w tym troje dzieci, jedno 12-letnie a pozostałe w wieku niemowlęcym. Całkiem niedawno się urodziły.”. Niezła populacja, ale to zawsze było miasto-forteca, dla wojskowych, co najwyżej ze służbą.
do albumu zdjęć

San Gimignano


Następnie przyszła kolej na San Gimignano, miasto dużo większe, również ufortyfikowane i nazywane często średniowiecznym Manhattanem. W Nowym Jorku nas jeszcze nie widzieli, za to w Gruzji – i owszem, pozwalamy sobie więc nazwać San Gimignano włoską Mestią. W średniowieczu w mieście były ponoć 72 wieże, współcześnie zachowało się 14, w tym najwyższa Torre Grossa o wysokości 54m, na którą podobno można wejść. Rzecz jasna, wieże budowano w celach obronnych, ale raczej nie z powodu walk rodzinnych jak w Gruzji. Poza tym Mestia wydawała nam się bardziej „dla ludzi”.
Jak w wielu miasteczkach Toskanii zabytkowe centrum wewnątrz murów objęte jest strefą ograniczonego ruchu (ZTL). Samochód przyszło więc nam zostawić na parkingu zlokalizowanych za murami. Był nawet wybór bo takich wokół miasta jest wiele, są świetnie oznaczone i słono płatne. Zanim tam dotarliśmy, po raz pierwszy w Toskani trafiliśmy na korek. Poważnie się zastanawialiśmy, czy przypadkiem nie trafiliśmy na wypadek. Otóż nie, to byli tylko zmotoryzowani turyści (w tym my) i rondo zwalniające – zwolniło skutecznie. Po wejściu na starówkę, W. nareszcie zaczął się zachwycać, już nie pudełkową architekturą (według niego), z dużo większą liczbą „ozdobników” niż gdzie indziej. Erynia specjalnej różnicy nie zauważyła, no może poza wieżami. Praktycznie większość uliczek to hotele, restauracje czy sklepy dla turystów, z cenami powyżej średniej zauważonej w dotychczas odwiedzanych toskańskich miastach. Po dojściu do Piazza del Duomo, W. zechciał zobaczyć wnętrze powyższego. Wejście biletowane. W bigletteria połączonej z IT, wiekowy babsztyl (bo łagodniej tej niewiasty określić się nie da), wyskoczył na nas, że buffy to nie maseczki, a jak nie mamy maseczek, to ona nas nie obsłuży, zamykając nam tym samym możliwość zobaczenia jakiegokolwiek muzeum czy nawet wzięcia darmowej mapki miasta (zupełnie jak w Mestii). Nie to nie, pogoda była za ładna by tracić czas na muzea, a tłumy zbyt duże (jak na czasy pandemiczne oraz nasze preferencje). W dodał „Pieprzyć kota!” i poszliśmy do parku w górnej części miasta. Można było stamtąd podziwiać widok niżej położonych budynków oraz okoliczne winnice. Bez żalu opuściliśmy to miasto, które atmosferą przypominało nam Kraków czy Zakopane, z jak najgorszej strony („tak, wiemy że jesteśmy tacy świetni, płaćcie, płaczcie a potem spadajcie”). Może kiedyś damy temu miejscu drugą szansę (W.: „Wątpię!”), chociaż w Toskanii jest za wiele pięknych miejsc by wracać w te już widziane. Jedyną rzeczą godną wzmiankowania były czarne trufle, z możliwością ich spróbowania i zakupu wyrobów (przeciery, trufle w oliwie, pewnie całe też by się dało kupić). Erynia doszła do wniosku, że warto kupić trufle w oliwie (20%), mimo że nie czuła żadnego specjalnego ich zapachu. W. spróbował i nie oponował – poczuł.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.