browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Auray i Le Bono

do albumu zdjęć

Auray

Wreszcie udało nam się dotrzeć do Auray, najbliższego kwaterze większego i również średniowiecznego miasteczka. Po drodze stanęliśmy na chwilę przy Bar Mont Salut. Ktoś miał świetny pomysł na rzeźby z korzeni starych drzew. Wyśmienita wyobraźnia i dużo pracy, ale efekty wspaniałe.
W samym Auray wylądowaliśmy na darmowym parkingu le Loch, jakieś pięć minut na piechotę od placu przy l’Hôtel de Ville (ratusza). Szczerze, trudno nam było uwierzyć w takie szczęście, bo trafiliśmy we Wniebowstąpienie (Ascension) – dzień wolny we Francji, a że jutro miał być piątek, większość ludzi zrobiła sobie długi weekend i na drogach naprawdę było pełno aut. Po tradycyjnym zaliczeniu postoju w Office de Tourisme, znajdującego się w starej kaplicy, poszliśmy w miasto. Początkowo nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia, zresztą po Vannes – raczej nie mogło. Ale im dalej zapuszczaliśmy się w placyki i inne zaułki, tym bardziej nas wciągało.
l'hermine (gronostaj)

l’hermine (gronostaj)

Przed każdym z zabytków, w trotuar wpuszczona była metalowa (z mosiądzu lub brązu) okrągła płytka z rysunkiem l’hermine (gronostaja), który jest zarówno w herbie miasta, jak i symbolem Bretanii. W końcu przyszedł też czas na Saint-Goustan, portową dzielnicę miasta, która również gościła jachty z okazji Semaine du Golfe. Rzecz jasna, nie obyło się bez spaceru po zaułkach, zanim dotarliśmy na otwierające się dopiero stoiska przy porcie. Mieliśmy szczęście trafić na włoskie stoisko z Wenecji, prowadzone przez stowarzyszenie zajmujące się renowacją starych gondol i innych łodzi. Jakąś godzinę później, pooglądaliśmy jak nietypowo (na stojąco) acz synchronicznie wiosłują w starych łodziach o wdzięcznej nazwie mascareta. Po posiłku tradycyjnie składającym się z muli z frytkami i cydru (tym razem chwalonego nawet przez W.), doczekaliśmy się wreszcie przybycia jednej z flotylli jachtów. Tu nastąpiło malutkie rozczarowanie, gdyż jachty wpływały do portu w wąskiej zatoce przeważnie na silniku, a czasem pchane siłą wioseł. Przeszliśmy kawałek dalej za most, i tam z daleka widzieliśmy jednostki zrzucające żagle.

jachty i łodzie w porcie Staint-Goustan


do albumu zdjęć

port Le Bono

Kolejnym punktem programu był pięknie, amfiteatralnie położony port Le Bono, goszczący (a jakże) żeglarzy. Choć jednostki już były zacumowane, i tak było miło popatrzeć na klasyczne drewniane łodzie, odbijacze zrobione ze sznurka, mosiężne wykończenia.
No, miodzio. Do tego zespół przygrywał bretońskie melodie. W. początkowo zapierał się, że nie będziemy tu nic jeść, bo na pewno będzie 3 razy drożej. Na to Erynia pokazała tablicę z ceną 6 ostryg z winem na poziomie dwa razy mniejszym niż w restauracji (5€). To nic, że wino z kartonu w kubeczku plastikowym – ostrygi były i tak wyśmienite. Po tej drobnej przekąsce poszliśmy obejrzeć zacumowane przy moście „pieszym” dwie duże jednostki. Na most nie dało się wejść bo przygotowywano na nim fajerwerki. W. to nie przeszkadzało – zasugerował, że może je „wybuchnąć” na to zaczepił nas miły poliglota posługujący się również (trochę) językiem rosyjskim (do tej pory nie wiemy, jakiej był narodowości), który opowiedział nam, między innymi, o swoim przyjacielu – malarzu Polaku, o bretońsko brzmiącym imieniu Marek, który mówi o sobie, że nie jest tak do końca Polakiem, bo nie dość że jest Kaszubem, to jeszcze Żydem. Uśmialiśmy się setnie, biorąc pod uwagę jak W. odbierany jest za granicą (na Malcie – Azjata, w Turcji – jak Turek, na Krymie – jak Tatar). Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Marek malując zarobił na, i sam zbudował jacht. Po obejrzeniu części wybrzeża pod mostem „pieszym” poszliśmy w kierunku mostu „samochodowego”. I to dopiero była frajda, bo wzdłuż całego wybrzeża (na bojkach na środku kanału) stały łódki wszelakie, niektóre nawet pod żaglami (była flauta, więc raczej dla fasonu – i piękna). Oczywiście weszliśmy na most „samochodowy” i uzupełniliśmy przyjemność oglądania jachtów o panoramę całego postu i pięknego miasteczka.
Już wracając, W. wyczaił jeszcze Tumulus du Rocher Kernours le Bono
Tumulus Kernours

Tumulus Kernours

sprzed 5000 lat. W. oczywiście musiał do niego wejść, na szczęście miał latarkę bo korytarz był długi i niezbyt wysoki, a na dodatek zakręcał. Erynia też weszła mrucząc: „Znowu te kamulce!”, a W. na to: „Tak, ale z długim korytarzem w kształcie litery L”).
 
Wieczór spędziliśmy na porównywaniu wrażeń przy 19-letnim 6-putoniowym Aszu Oremusa. Wino miało swoją moc!
poprzedni
następny

2 odpowiedzi na Auray i Le Bono

  1. Danuśka

    U Was Erynia mruczy”znowu te kamulce! “, a u nas Alain jęczy “O Boże, znowu jakiś kościół!”. I w ten sposób radośnie i miło zwiedza się we dwoje 🙂

    • w.

      Też to znamy, przy czym brzmi to różnie w zależności od regionu.
      Pierwsze „Chodź zobacz jaki piękny chaczkar.” przechodzi w „Co? 752-gi chaczkar?”, „Piękna drewniana cerkiewka.” w „Mamy się tu zatrzymywać? przecież to tylko drewniana cerkiewka”.
      Ale staramy się zwalczać te negatywne nastawienia ( 😉 ) bo co prawda mamy świadomość, że wszystkiego i tak nie zobaczymy, ale i z doświadczenia (Krym) wiemy, że możemy tego już (nigdy?!) nie zobaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.