browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Mezőkövesd

do galerii Google+

Mezőkövesd

Żeby nie było, że na Węgrzech to my tylko pijemy wino i łapiemy promile, ruszyliśmy w trasę. Tym razem skusił nas Mezőkövesd, miasto zamieszkałe niegdyś przez jedną z mniejszości narodowych – lud Matyó, słynący z pięknie haftowanych strojów (i damskich, i męskich). Charakterystycznym motywem haftów jest tak zwana róża Matyó.
A z haftami związana jest legenda.
Diabeł porwał matkę i ukochanego dziewczyny z ludu Matyó.
Ta tak go błagała o ich uwolnienie, że ten się zgodził pod warunkiem, że dziewczyna w samym środku zimy dostarczy mu na fartuchu wszystkie piękne letnie kwiaty. Dziewczyna zainspirowana przez Boga wyhaftowała na fartuchu najpiękniejsze letnie kwiaty – w tym róże – i zaniosła go Diabłu, który porwanych uwolnił.

legenda ludu Matyó (wersja skrócona)

Zanim jednak dotarliśmy do Mezőkövesd, nasz wzrok przykuł kościół i rondo z bramą do miasta Szerencs.

Makovecz w Szerencs

Okazało się, że wyczucie nas nie myliło, jedno i drugie było projektu Imre Makovecza. Nie mogliśmy się oprzeć i zajrzeliśmy do środka kościoła. Udało nam się połowicznie, gdyż sam kościół (na pięterku) był zamknięty, natomiast dolny poziom był kaplicą, której ściany wyłożone były wnękami z urnami (rzecz jasna każda zasłonięta tabliczką), przed większością z nich stały świeże kwiaty. Dookoła sali, w uliczce „pod murami” także było już trochę urn i dużo miejsca na kolejne. Przypomniała nam się la Palma.
Wizytę w Mezőkövesd zaczęliśmy tradycyjnie od IT, gdzie przemiła pani, w języku angielskim, udzieliła nam wszelkich informacji i obdarowała mapką i ulotkami również w języku polskim. Najbliżej IT znajduje się muzeum-galeria urodzonego tutaj artysty Istvána Takácsa. Tenże miły człowiek, zwany mistrzem węgierskiego późnego baroku, znany jest przede wszystkim jako malarz fresków w kościołach w całych Węgrzech (również w miejscowym kościele Szent László a po naszemu św. Władysława) ale to tylko jedna strona jego twórczości. Oprócz tego, na swoich obrazach rejestrował świat i życie ludu Matyó – życie które przeminęło. Szczególnie pięknie wychodziły mu portrety kobiece. Z kolei nam bardzo przypadła do gustu seria szkiców projektów strojów damskich z lat 40′, inspirowana zresztą ludowym folklorem. (niestety wewnątrz robić zdjęć nie było wolno)
Siłą rzeczy kolejnym punktem programu było Muzeum Matyó, gdzie zgromadzono wiele archiwalnych zdjęć ludzi w kolorowych strojach,

Muzeum Matyó

przykłady haftów i strojów (również sprzed stu lat) – również bogatych haftów na skórzanych półkożuszkach, a co najważniejsze, odtworzono wnętrze zagrody, z kolorowymi meblami, malowanymi w kwiaty. Nota bene, te właśnie kwiatowe motywy zrobiły furorę na Węgierskiej Wystawie Millenijnej w 1896r., gdy Madziarzy przedstawili tam wesele ludowe. Już w naszych czasach, w 2012r., spuścizna Matyó została doceniona wpisem do Rejestru Spuścizny Duchowo-Kulturalnej Ludzkości UNESCO.
Konsekwentnie udaliśmy się do dzielnicy Hadas, która jest zamieszkałym skansenem. Choć już sporo domków było nowych, mieszkańcy konsekwentnie trzymają się konwencji, białe lub jasne ściany domów, ciemne drewniane okna z okiennicami, dwuspadowy dach kryty słomą lub czerwoną dachówką, góra ściany szczytowej pokryta drewnem, elementy snycerki z motywami róży Matyó w bramie. Niektóre ze starych domków były udostępnione do zwiedzania. Były w nich prywatne muzea albo pracownie garncarska, stolarska (z meblami malowanymi w motywy ludowe – rodzinna tradycja od 269 lat), hafciarska, sklepik z kaktusami i ludowymi wyrobami no i sklepik z piernikami, precyzyjnie zdobionymi w (a jakże!) ludowe motywy. Jest się gdzie obkupić.

Muzeum Gép

Ostatnim punktem programu w Hadas stało się Muzeum Maszyn Rolniczych
(Hajdu Ráfis János Mezőgazdasági Gépmúzeum),
gdzie, po obejrzeniu jego części, W. zorientował się, że po raz drugi tego dnia(!) zgubił dokumenty samochodu. Biedak w deszczu przeszedł całą trasę skansenu, odwiedził wszystkie miejsca w których byliśmy, by po pewnym czasie odnaleźć zgubę kilkanaście metrów od miejsca, w którym rozpoczął poszukiwania.
Komentarz Erynii litościwie pominiemy.
Wiosenna płyta Turul dla dwóch osób
Kotlet w panierce (1szt.)
Ser w panierce (2szt.)
Zawijas smakosza nadziewany jajecznym móżdżkiem (1szt.)
Medaliony Lyońskie z jądrami koguta.
 
w wersji angielskiej menu ‚kogucich jąder’ nie znaleźliśmy

wyciąg z menu


 Choć było tu jeszcze kilka miejsc wartych zobaczenia, straciliśmy ochotę na dalsze zwiedzanie, tym bardziej że i deszcz się rozhulał. W końcu wylądowaliśmy w restauracji Turul, polecanej przez panią z IT. Tu mieliśmy okazję natknąć się na kelnera ze starej szkoły. Pan miał dobrze po 60-ce a ruszał się jak fryga, błyskawicznie reagował na sygnały od klientów i prawie że dokonywał akrobacji talerzami.
Polska wersja menu również sprawiła nam wiele radości…
 
 
W restauracji natknęliśmy się na dwie polskie rodziny z dziećmi w wieku przedszkolnym, których rodzice bez problemu potrafili zjeść obiad w przyjemnej atmosferze, panując przy tym nad potomstwem bez podnoszenia głosu czy użycia epitetów. Znaczy, da się.

Poprzedni
Następny

2 odpowiedzi na Mezőkövesd

  1. Pudelek

    W Mezőkövesd byłem raz, jak przegapiliśmy stację kolejową i zajechaliśmy za daleko 😉 Szybkie zakupy w deszczu i powrót w drugą stronę 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.