browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Kutaisi (Imeretia)

do galerii Picasa

Kutaisi

Pojedzeni, ruszyliśmy do Kutaisi. GPS ‚ogłupł’ i chciał nas wyprowadzić drogą dla 4×4 via Uszguli. Nie daliśmy się namówić – pojechaliśmy do Kutaisi drogą którą przyjechaliśmy, przez Zugdidi. Droga przebiegła w dużo gorszych warunkach: osuwiska kamieni i błota, które powstały w międzyczasie po deszczach, zmuszały do zwracania większej uwagi na drogę i tak już śliską a miejscami stromą.
Hotel „Gora” w Kutaisi, który zamówił nam Giorgi, zrobił na nas dobre pierwsze wrażenie. Dopiero póżniej wyszły na jaw jego wady. Ponieważ nie chciało się nam nocą szukać restauracji, zafundowaliśmy sobie hotelową kolację – była smaczna. Nie obyło się bez wspólnych polsko-gruzińskich toastów, wzniesionych „domasznym” winem. Jeszcze trochę, a przy każdym toaście będziemy robić za tamadę. W. to nawet nieźle wychodzi.
Następny dzień zaczęliśmy od hotelowego śniadania. Było syte, i owszem, ale jakościowo kudy temu do pysznego śniadania od Mariam z Lenjeri Guest House. Obsługa zrehabilitowała się nieco świeżo smażonymi alati (czymś przypominającym kształtem racuchy a smakiem pączki). Ale i tak Mariam górą!
Po śniadaniu ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu informacji turystycznej. Znajdowała się w ratuszu, dokąd przeniesiona została z letniego punktu na Zakharia Paliaszwili. Ludzie pracujący w IT zatarli niemiłe wrażenie z Mestii. Zostaliśmy obdarowani mapkami i dostaliśmy odpowiedź na każde zadane pytanie. A było ich niemało. Nareszcie udało nam się kupić gruzińskie karty do telefonów, przy okazji obejrzeliśmy sobie centrum miasta. Wygląda bardziej nobliwie i europejsko niż to w Batumi. No ale Batumi jest niepowtarzalne. Później, schodkami wdrapaliśmy się do katedry Bagrati — nareszcie zdjęli rusztowania. Zresztą rekonstrukcja jest dość odważna: łączy kamień z metalem, przy czym metalem wypełnione są ubytki w oryginalnych murach. A z góry jest piękny widok na miasto.
do galerii Picasa

Monaster Gelati

Potem przyszła kolej na monaster Gelati znajdujący się jakieś 10 km od miasta. Monaster został ufundowany w 1106 r. przez króla Dawida IV Budowniczego. Kompleks klasztorny, który według jego założyciela miał być odpowiednikiem Aten i Jerozolimy, od XII wieku stał się centrum nauki i kultury. Król zadbał o to by w tamtejszej Akademii zgromadzić największych gruzińskich naukowców, teologów i filozofów. Nawet dzisiaj jest to miejsce zdecydowanie z serii „must see”. Zabudowania są sukcesywnie odrestaurowywane, w jednym z kościołów trafiliśmy na ścienne malowidła przywodzące nam na myśl klasztory Bukowiny. Widoki z góry — cudo. I wszystko za darmo!
Po wyjściu W. przyuważył jeszcze jedną cerkiew, do której można było dojść w godzinkę i pod górkę. Erynia dała sobie spokój, tym bardziej, że po łażeniu po murach przy Bagrati, chrupnęło jej w kolanie. Grunt, że się rusza ale trzeba oszczędzać. Opuszczona przez W. Erynia pozostała w samochodzie, wysyłając co jakiś czas SMSy z prośbą by wrócił cały, bo zapomniał jej oddać dokumenty samochodu. W. tymczasem znalazł najpierw szybko dwie cerkiewki — ta pod wezwaniem Saby — była otwarta a przy niej mieszkał mnich, oraz Elii — była zamknięta ale przez okienko dało się zrobić zdjęcie. Bardzo to wnętrze było interesujące. Z kolejną już nie było tak łatwo. Niewiasty przy wejściu do Gelati zasugerowały ostrożność, bo przy drodze do cerkiewki mieszkali mnisi z gryzącymi psami. W. dotarł co prawda w okolicę zamieszkałą przez mnichów ale poszedł drogą dalej nie chcąc kontaktować się z psami, których odciski łap były wielkości jego dłoni (owczarki kaukaskie? — lepiej nie zaczepiać). Idąc dalej, coraz głębiej w las zoczył co prawda stado pasących się kóz ale cerkiewki ni widu ni słychu. Wkurzony postanowił wrócić lasem, wzdłuż grani, nad przepaścią, bo gdzieś w końcu musiała być ta cerkiewka, a niewątpliwie zaszedł za daleko. Chaszcze składały się z azalii, mirtu i ostrokrzewu w efekcie troszkę sobie stopy poranił („od maja do października chodzi się w sandałach”). W końcu jednak znalazł najpierw dwa punkty widokowe z pięknymi panoramami a w końcu i cerkiewkę — zamkniętą i w trakcie rozbudowy. Psy słyszał z daleka więc dał znać Erynii, że wraca diretissimą i… szybko znalazł miejsce w którym należało skręcić z drogi, którą się był wspinał by dojść do cerkiewki bez zbędnego szukania jej po lesie. Droga w dół zajęła mu 15 minut przy wejściu ponad godzinnym. Na dole już czekała „Erynia” w pełnym tego słowa znaczeniu i tylko nie wiedział dlaczego się bała, że coś mu się stanie, przecież… (no dobra — rozwalił sandały, jemu oczywiście, oprócz zadrapań, nic się nie stało). Erynia widziała to nieco inaczej: W. wybrał się na spacerek po lesie w górkach po 17:00, po godzinie wysłał SMS, że wraca, po kolejnych 20 minutach, że dotarł do cerkwi i wraca direttissimą. W międzyczasie krowy zdążyły wrócić z pastwisk, parking opustoszał a Gruzinki zwijały stragany. Zapadała ciemność, a W. jak zwykle nie wziął latarki. Erynia zaczęła się zastanawiać czy W. aby zdąży przed zmrokiem. Zdążył, a latarka nie była potrzebna: „przecież jest jasno”.
do galerii Picasa

Monaster Mocameta

Między Kutaisi a Gelati odbija droga do monasteru Mocameta (მოწამეთა). Poniżej cerkwi jest piękny widok na rzekę wijącą się w wąwozie. Z kościołem i rzeką związana jest natomiast historia o dwóch braciach. Kiedy odmówili Arabom przejścia na islam, ci zabili ich i wrzucili ciała do rzeki, która zabarwiła się na czerwono od ich krwi. Od tej pory rzeka nosi nazwę Czerwonej Wody a bracia Dawid i Konstatnyn są świętymi. Wszysko to opowiedziano nam w cerkwi przy pozłacanej trumnie zawierającej ich szkielety, po tym jak spytaliśmy się dlaczego paru mężczyzn przeczołguje się pod tą trumną. Otóż trzykrotne przejście pod relikwiami, ze szczerą prośbą w myślach, ma doprowadzić do jej spełnienia. W cerkwi trafiliśmy na Gruzina znającego filmy Wajdy, Kieślowskiego a nawet Pasikowskiego. Zachwycał się Jerzym Stuhrem i („…tym na Z? …R?, no tym wysokim co grał w Bodyguard?” ???) – Bogusławem Lindą („Sara”). Miła pogawędka potrwała do zachodu słońca, tak że do parlamentu trafiliśmy o zmroku. Niestety już nie załapaliśmy się na wizytę środku. Może innym razem.
Po powrocie do miasta odstawiliśmy samochód do hotelu i zeszliśmy do miasta na kolację do restauracji przy browarze Mirzaani. I to był dobry wybór. W restauracji mieli, oprócz dwóch rodzajów własnego piwa (szczególnie ciekawy smak miało piwo ‚smoked’ — nigdy takiego nie piliśmy), kwas chlebowy, a jako danie główne zjedliśmy kurczaka szkmeruli oraz szaszłyk cielęcy z sosem tkemali. Najedzeni po uszy, wyszliśmy dodatkowo z dwiema butelkami kwasu. Mjut! I to wszystko za 35.53 Lari (napiwek 10% wliczony w rachunek). Po powrocie do hotelu nie było już tak pięknie. Otóż na hotelowym parkingu stał autokar, przy stołach siedziała wycieczka z Niemiec (w niczym nie ujmując sąsiadom), a na stołach było byle co (jak na gruzińskie możliwości).
Hotelowy poranek zaczął się od chłodnej wody w kranie — razem z nami Niemcy brali prysznic, a do tego hotel ma akustykę godną sali koncertowej, co co nieco przeszkadza przy zasypianiu, za to wyśmienicie budzi dzikim świtem. Śniadanie było kolejnym rozczarowaniem. Chyba chcieli zrobić śniadanie europejskie ale nie do końca im wyszło. Mniejsza o czerstwe pieczywo („upieczonym” trudno je było nazwać), czy mortadelowatą kiełbasę (chyba gruziński standard) ale nie podano już surówki, na stole wylądowało jajko z którego wcześniej wypłynęła zawartość. Placuszki alati podano prosto z lodówki — ciekawe czy trafiły tam po wczorajszym śniadaniu. Chaczapuri też nie było ale może to i lepiej. I to wszystko za 20 Lari (40zł). Trochę żałowaliśmy, że nie zamówiliśmy pokoju bez śniadania, ale kto mógł przewidzieć…
A Niemcom współczujemy, bo jeżeli w ciągu całej swojej wycieczki będą trafiać na hotele z takim wyżywieniem, to nie zdziwimy się, jeśli będą mieć fatalną, choć niesprawiedliwą, opinię o wspaniałej gruzińskiej kuchni.
do galerii Picasa

Sataplia

No i w końcu w planach pojawiły się jaskinie: Prometeusza oraz druga w  rezerwacie Sataplia. Rozpoczęliśmy od Sataplii, gdzie znaleziono odcinięte w wapieniu tropy dinozaurów. Zorganizowano więc w parku grupę obiektów wartych odwiedzenia. I tak oprócz „śladziarni” – budynku wzniesionego nad odkrytymi śladami – jest kilkusetmetrowa jaskinia (wkurzały szybko zmieniające kolor podświetlenia), muzeum, ścieżki spacerowe po kolchidzkim lesie i parę punktów widokowych – wśród nich przeszklona podkowa wysunięta nad przepaść. Trzeba po niej chodzić w muzealnych papciach, a i tak szkło jest nieźle porysowane.
do galerii Picasa

jaskinia Prometeusza

Kolejną jaskinią była jaskinia Prometeusza, znajdująca się za miejscowością Ckaltubo. I tu pomysł był wyśmienity za to organizacja szwankuje. Jaskinia była bardzo ładna, ścieżki prowadzone z rozmysłem, podświetlenie także kolorowe ale przynajmniej się nie zmieniało w czasie. Za to organizacja to tragedia. Na początek, przy kupowaniu biletów, miły Pan poinformował nas, że będziemy przy grupie angielskojęzycznej. Gdy grupy się zbierały, pomieszały się od razu dwie: grupa angielskojęzyczna była angielsko-gruzińską a przewodnik nie był w stanie nad nią zapanować. Jako atrakcja (dodatkowo płatna) była przejażdżka łodzią po jaskini. I niby wszystko pięknie, tylko na łódkę czekaliśmy, bez przewodnika, dobre 15 minut a po wypłynięciu na zewnątrz jaskini zostaliśmy puszczeni samopas „a parking jest w tamtym kierunku”. Oczywiście stały wokół taksówki. Zupełnie inaczej niż w Aggteleku, gdzie pomiędzy wyjściem a wejściem do jaskini krążył autobus odwożąc turystów bezpłatnie na parking.
obiad przy jaskini Prometeusza

obiad przy jaskini


Nieopodal parkingu przy jaskini jest restauracja Cveli Buchari. Ugoszczono nas z gruzińską gościnnością (jęz.rosyjski) i wreszcie szaszłyki podane zostały na długich szpikulcach. Były smaczne ale W. woli polskie z boczkiem (słoniną) i cebulą. Erynia dostała pieczarki zapiekane z miejscowym serem sulguni. Też dobre.
Po powrocie do hotelu powiedzieli nam, że niemieccy turyści wrócą na noc. Strach się bać śniadania.
Mieliśmy jeszcze w planach popołudniowe wyjście do dzielnicy żydowskiej, ale W. uwalił się jak śnięta sznyta i spał jak zabity. Widać gruziński styl jazdy dał mu się we znaki. Ale niech tam, przecież jesteśmy na wakacjach. Kiedyś trzeba wypocząć.
Wypoczynek się przydał. Erynia w międzyczasie wybrała parę zdjąć na Facebooka i jak W. się obudził poszli wrzucić je do internetu (WiFi w pokoju nie działa, za to na patio i owszem, całkiem nieźle). Ponieważ zaczął już zapadać zmierzch panorama Kutaisi z patio była piękna. Dwa piętra wyżej była jeszcze piękniejsza. Erynia wracając z oglądania panoramy spotkała Jurika — kanadyjskiego trenera pływackiego, który pochodząc z Ukrainy władał i angielskim, i rosyjskim. Posiadał również umiejętność polewania armeńskiego koniaku. Zaprosili na pogawędkę również W. Ponieważ W. nie lubi alkoholu, wypił mniej i po paru godzinach miłej pogawędki był w stanie sprowadzić do pokoju, po schodach, rozbawioną Erynię — a nawet przygotować ją do snu. 😉
Rano nie pomogło nawet śniadanie, szczególnie, że było najgorsze z tych, które jedliśmy w Gruzji.
Po zniesieniu bagaży do samochodu (rzecz jasna przez W.), wstąpiliśmy na chwilę do wcześniej upatrzonego sklepu, skąd wynieśliśmy kartonik win i koniaków. Właściciel nas w zamian serdecznie wyściskał i równie serdecznie zapraszał w przyszłym roku.
 

Podkład muzyczny „Tsisferi Trio Kutaiso”
udostępniony przez Georgian folk music instruments

Poprzedni
Następny

3 odpowiedzi na Kutaisi (Imeretia)

  1. Erynia

    Zdrowie akurat szwankuje, ale chęci są silniejsze. I tego będziemy się trzymać 😉

  2. Jaruta

    Macie zdrowie Kochani; a po rozmaitych doświadczeniach -nigdzie na świecie w międzynarodowych hotelach dobrze nie karmią. Oczywiście mowa o hotlach turystycznych, nie tych z najwyższej półki. A gruzja urzekająca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.