browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Armenia, do Erywania

do galerii Picasa

Monaster Teger i twierdza Amberd

W końcu dotarliśmy do granicy. Erynia miała okazję przeżyć przekraczanie granicy w „starym, dobrym, komusim” stylu. Prawie jak podczas wypadu na Krym, ale ‚prawie’ czyni różnicę. Na początek typowa kontrola paszportowa i papierów samochodu, potem kazano nam zatrzymać się przed szlabanem i przejść do budynku gdzie urzędowali celnicy. Tu zaczął się mały cyrk. Celnik chciał wprowadzić dane osobowe Erynii do swojej bazy, tyle że z alfabecie ormiańskim. Biedak łamał swój język na nazwisku, ulicy i mieście zamieszkania Erynii. Przypomniała nam się pewna scena z „jak rozpętałem drugą wojnę światową”…
urywek z 'Jak rozpętałem drugą wojnę światową'

urywek „Jak rozpętałem…”


Potem pokierowano nas do biura obok, gdzie trzech panów przez 10 minut robiło dokładnie to samo co celnik przed chwilą, oprócz tego wydrukowali nam stertę papierów i kazali sobie zapłacić 4000 dram (AMD). Następnie kazali wziąć papiery i udać się do banku, gdzie pozbyliśmy się 21000AMD i na części papierków zarobiliśmy po pieczątce, a to jeszcze nie był koniec. Obok „pokoju od opłat” znajdowało się „biuro od pieczątek”, gdzie inny pan celnik, sprawdziwszy dokładnie stan papierów, przybił resztę pieczątek upoważniające nas do wyjazdu i wziął bez potwierdzenia 2000AMD. Miał być to podatek drogowy, i ekologiczny, i za coś tam jeszcze. Wszystko to po to by po wyjściu z budynku i przejechaniu samochodem 20m oddać te papierki panu stojącemu pomiędzy szlabanem a domkiem celników. Żeby nie było za słodko, kilkadziesiąt metrów za granicą, musieliśmy zaopatrzyć się w ichniejsze ubezpieczenie OC (zielona karta nie jest honorowana w Armenii) za kolejne 15000AMD. Przy tym wszystkim panowie byli bardzo mili, uśmiechnięci i cierpliwie tłumaczyli nam kolejne etapy trudnego procesu przekraczania granicy. To jednak nie ukoiło serca W., który już zaczął warczeć: „nigdy więcej do Armenii”… Cała ta zabawa zajęła nam tak ze dwie godziny chociaż byliśmy praktycznie jedynym odprawianym pojazdem na granicy…
Droga tuż przy granicy przypominała nam drogę z Medyki do Lwowa w 2011r. – pełno dużych dziur w asfalcie i przymusowy slalom. Toalety przy drodze typu zrujnowanych sławojek, tyle że z pustaków i bez drzwi. Bardziej nolens niż volens, korzystaliśmy. W ubogich wioskach zmieniła się także architektura (niskie, jasne parterowe domki z błękitnymi okiennicami), pierwszy raz spotkaliśmy się też z pryzmami suszonych krowich placków. Czyżby na opał?
Zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnym barku. Na stół wjechały: szaszłyki (tu pierwszy raz W. pochwalił Armenię), chleb czyli lawasz (płaskie placki) i „chlieb kofe” (nazwa od kształtu ziarnka kawy), świeża sałatka z pomidorów, ogórka i papryki, hojnie okraszona pietruszką i kolendrą, ser (niestety zgliwiały) oraz zielenina (cebulka dymka, kolendra, rzodkiewki). Za całość zapłaciliśmy 5000 AMD, a co było dla nas dziwne, mięso było tańsze od dodatków (2400 vs 2600 AMD). Pani kucharka proponowała jeszcze chasz, ale wygląd tej zupy nie wzbudził w nas entuzjazmu…
monaster Teger

monaster Teger

Całkiem dobrze pojedzeni acz zdegustowani cenowo kontynuowaliśmy jazdę, poszukując twierdzy Amberd. Tymczasem GPS wywiózł nas w nieco inne okolice – do monasteru Teger. W sumie nic złego się nie stało, monaster jest dobrze zachowany, bardziej surowy w wyglądzie i ornamentyce od monasterów gruzińskich. Wrażenie to potęgował kolor budulca – czarny. O ile zdjęcia z zewnątrz kościoła były bajką, o tyle mieliśmy spory problem z doświetleniem przy fotografowaniu wnętrza, czarne ściany nie ułatwiały zadania. Tu W., zdegustowany szybkim odpływem gotówki przy granicy wymyślił, że teraz jedziemy pod twierdzę Amberd, tam się prześpimy w samochodzie i dzikim świtkiem pofotografujemy sobie obiekt. W sumie czemu nie? Po drodze parę razy zagotowaliśmy płyn w chłodnicy i przejechawszy wysokość 2350m (co nam tam Transalpina!) udało nam się dotrzeć tam, gdzie zamierzaliśmy, na wysokość około 2200m n.p.m. W. jeszcze zdążył popróbować robić nocne zdjęcia murów oraz Erywania – pięknie wygląda z góry.
twierdza Amberd

twierdza Amberd


Rankiem po wschodzie słońca zaczęliśmy spacery. Twierdza na pierwszy rzut oka wygląda na gołą wieżę strażniczą ale to tylko pozory – ‚za nią’ są pozostałości pełnego podgrodzia. Twierdza leży między dwoma strumieniami w wąwozach, a u zbiegu strumieni jest jeszcze całkiem nieźle zachowany kościół. Po dokładniejszym jej obejrzeniu okazała się nie tylko warownią ale i sporym terenem zabudowanym. W. musiał zrewidować swoją jej ocenę. Po ‚oglądzie’ twierdzy i okolicy, ruszyliśmy do Asztaraku, gdzie czekały na nas armeńskie kościółki w różnym stadium rozkładu: Ciranawor, Spitakawor i Karmravor a także kościół św. Marii.
do galerii Picasa

Asztarak

Z pierwszymi trzema związana jest legenda: trzy siostry zakochały się w tym samym mężczyźnie. Dwie starsze, chcąc przyczynić się do szczęścia najmłodszej, popełniły samobójstwo. Ostatnia, widząc do czego doprowadziła miłość również się zabiła. A mężczyzna wybudował trzy kościoły na ich cześć, każdy w innym kolorze mającym odpowiadać kolorom sukni dziewcząt: biały, morelowy, czerwony. (komentarz W.: „do czego prowadzi durna etyka – miały by go wszystkie trzy !one jego a nie on je! i nie byłoby problemu, a tak to tylko kościół na tym zarobił – w końcu po to stworzył tę etykę!”) Dwa kościółki były już prawie ruinami, ostał się w dobrym stanie jedynie Karmravor – msze są w nim nadal odprawiane. Z kolei kościół św. Marii widać, że się sypie mimo, że wciąż odbywają się w nim msze. Ciekawie wygląda on od środka. Msza odbywa się w prezbiterium a nawa główna, oddzielona drzwiami jest dużym, pustym magazynem wszystkiego. Dach nad nią jest, ale wygląda na tymczasową prowizorkę. Stare pylony są ukruszone i niczego już nie podpierają, a na starych kamiennych cokołach stoją, podpierające dach, kolumny drewniane.
do galerii Picasa

Eczmiadzyn

Kolejnym punktem na trasie był Eczmiadzyn, zwany ormiańską Częstochową. Dla nas to mieszanka Częstochowy z Licheniem (W. zareagował dosyć brutalnie w skrócie K-L). Oprócz naprawdę starej katedry (aktualnie w remoncie), jest cały kompleks nowoczesnych acz surowych w formie (minus dla Lichenia) kościołów, sklepów z pamiątkami i innych budowli nieznanego nam przeznaczenia. Nie załapaliśmy się też na zwiedzanie skarbca – jest czynny po mszy a ta potrafi trwać i trzy godziny. „Church day” wciąż trwał: w Eczmiadzynie zobaczyliśmy jeszcze kościół św.Gajane (tu uśmiech do Gaji), i kościół św.Rypsyny – oba stare i kameralne. Warto przy tym zwrócić uwagę na liturgię ormiańską. Msza (patarak) jest w znacznej mierze śpiewana. Oprócz kachana (‚popa’), a właściwie kilku, jest jeszcze chór żeński (jergczachmud) ubrany w specjalne stroje, nasuwające na myśl gospel. Wszystko to w oprawie kilku ministrantów ubranych w kolorowe komże – z ciekawymi dzwoneczkami na okrągłych tarczach na laskach obracanych dla uzyskania dźwięków. Oczywiście nie można zapomnieć o kadzidłach i… tych trzech godzinach! Interesująca jest również architektura małych, starych kościóków. Są małe, niektóre tak małe, że praktycznie mieści się w nich parę osób. Wygląda jak by były przeznaczone wyłącznie dla ‚wyświęconych’, a miejsce dla plebsu było za bramą. Po tej wizycie uświęcającej mogliśmy się już udać w kierunku Erywania.
od granicy do Erywania, Zwartnoc

Zwartnoc

Po drodze rzuciliśmy okiem na pozostałości katedry i wykopaliska archeologiczne Zwartnoc, które są na liście UNESCO. Było to miejsce kultu boga Tira ukradzione, jak większość przez chrześcijan. Ciekawy jest dojazd do ‚zabytku’ – przy bramie kupuje się bilety i można tam wybrać czy idzie się (pół kilometra) piechotą czy płaci się za wjazd. Wybraliśmy, jak większość, wjazd bo ukrop się lał z nieba. Zabytek był ciekawy w swej konstrukcji. Żadne z oglądanych dotąd kościołów nie miały takich kolumnad z takimi kapitelami. Przy okazji posłuchaliśmy ormiańskiego śpiewu na trzy głosy – nie wiemy czy ‚dla wycieczki’ czy ‚dla zarobku’ ale i tak brzmiały pięknie. Przy wyjeździe z parkingu spotkaliśmy polską wycieczkę – przylecieli samolotem – i trochę nas podziwiali za dojazd samochodem. W ogóle spotkaliśmy tego dnia wiele wycieczek z różnych stron świata – Niemców, Włochów, Francuzów a W. wypatrzył nawet Japończyków. I może i moglibyśmy powiedzieć, że „Armenia to cywilizowany kraj” gdyby nie totalny brak toalet. Ani na stacjach benzynowych ani w miastach toalety nie uświadczysz. Chlubnymi wyjątkami są jedynie hotele/restauracje i twierdza Amberd, gdzie przez całą noc otwarta była czysta, wykafelkowana toaleta z dostępem do elektryczności – W. spędził w niej ponad godzinę doładowując baterie do aparatów! Nawet w kompleksie Eczmiadzyn na cały wielki kompleks (kilka kilometrów kwadratowych) i tysiące ludzi była jedna toaleta (damska – dwa oczka – i męska – dwa oczka i dwa pisuary). Tragedia!
 

trasa do Erywania


 

Poprzedni
Następny

3 odpowiedzi na Armenia, do Erywania

  1. Erynia

    Bejotko – ci sami 😉

    Jaruto – jeżeli św. Biurokracy, to do kwadratu…

  2. bajarka

    A myśmy nie mieli na granicy żadnych przygód, góra 10 minut tak i z powrotem. Może dlatego, że samochód i kierowca z Tbilisi. Krowi nawóz do palenia się suszył i do ocieplania ścian, widziałam to np. okolicy Sewanu. Z toaletami podobnie, ze śpiewem tez – czy ci sami, co u mnie na zdjęciach?

  3. Jaruta

    W nazwie jest „kraj kamieni” – o toaletach ani słowa (mordka), a każde przejście graniczne pod opieką św. Biurokracego. Turystów tłum, to i bezrobocie mniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.