browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Budapeszt

do galerii Picasa

Budapeszt

Wyjechaliśmy z domu ok 1:50 bo W. nie lubi jeździć w dzień. Na Słowacji lało – i to chyba od dawna, bo wiele pól stało pod wodą – i dlatego nie wstąpiliśmy do Vac, tylko pojechaliśmy od razu do Budapesztu. Budapest Hostel przywitał nas wymeldowującą się polską wycieczką. Miła Pani recepcjonistka mówiąca głównie po niemiecku, oprócz węgierskiego oczywiście, poprosiła o pomoc „młodszą siłę”, która potrafiła porozumiewać się po angielsku. Ta „siła” przekazała nam wiele ciekawych informacji. Zakwaterowano nas dwoje w pokoju 4 osobowym – dwa łóżka pojedyncze plus jedno piętrowe. Jako ciekawostkę można dodać, że pokój ten, wraz z łazienką, przygotowany był na przyjęcie osób niepełnosprawnych i chwała właścicielom za to. Nawet niby mankament – okno wychodzące na ścianę — w klimacie węgierskim było plusem. W pokoju panował przyjemny chłodek mimo braku klimatyzacji. WiFi bywało w pokojach czasem, w jadalni zawsze.
Po zakwaterowaniu i bardzo miłych pogaduszkach w recepcji wybraliśmy się na drobny rekonesans do centrum. Najpierw dostrzegliśmy pięknie odrestaurowany narożnik zapyziałego i rozpadającego się budynku przy Könyves Kálmán körút 40, na którym, na jednej z tabliczek, wśród słów podobnych do edukacja czy pedagogika było znajome słowo „Múzeum”. Nie trzeba nam było więcej. Co prawda recepcjonista (chłop na schwał) nie specjalnie kojarzył co to to tam jest na drugim piętrze. Ale pozwolił nam to sprawdzić. Było to muzeum edukacji, ale ponieważ nie ma statusu „narodowego” to wszyscy je omijają. A szkoda, zawiera ono bowiem wiele ciekawych eksponatów, od zeszytów do kaligrafii przez pomoce laboratoryjne z matematyki, fizyki, chemii, biologii, astronomii po projektory kinowe, adaptery i wczesnego IBMa. I to wszystko za 400HUF od głowy (fotografowanie 1000HUF). Kustoszka znała angielski na poziomie nieco wyższym niż W. ale niedostatki nadrabiała, z naddatkiem, uprzejmością.
Przelotne opady nie najlepiej wpływały na nasz spacer niemniej jednak, omijając krople deszczu, zagłębiliśmy się w dzielnicę żydowską. Wielką synagogę „okupował” Światowy Kongres Żydów. Nam to nie przeszkadzało, postanowiliśmy wrócić tam w niedzielę tymczasem poruszaliśmy się pieszo, chłonąc miasto. Trzeba przyznać, że połączenie secesji z kubistycznymi koszmarkami typu stal i szkło może dawać ciekawe efekty, ale nam to specjalnie do gustu nie przypadło. Dzielnica jest znacznie czystsza od zaułków krakowskiego Kazimierza ale jakoś w niej nie czuć starego hebrajskiego ducha. Pozostałe dwie z trzech synagog nie zachęcały do zwiedzania – jedna zabita dechami, druga zamknięta na głucho. W. sprawdził biblijne „pukajcie a będzie wam otworzone” i doszedł do wniosku, że… chyba za słabo pukał.
Bazylika św. Stefana

Bazylika św. Stefana

Ponieważ w przyrodzie powinna panować równowaga odwiedziliśmy również Bazylikę świętego Stefana. Trzeba przyznać, że obiekt jest dobrze utrzymany i dobrze zarządzany, przynosząc obrót 200HUF od każdego wchodzącego do katedry, nie licząc odwiedzających taras widokowy na wieży i kupujących dewocjonalia (tych było najmniej).
W międzyczasie zajrzeliśmy na Klauzál tér 11 do ciekawego sklepu. Wejście jak do hali targowej (Vásárcsarnok), a w środku wielkopowierzchniowy sklep ogólnospożywczy. Ważniejsze jednak co było w przedsionku – stragan z wędzonkami, węgierską kiełbasą paprykową i sadłem! W. oczywiście musiał co nieco kupić. W sklepie mięsnym niedaleko ‘hali’ W. wypatrzył papryczki suszone. Co prawda Pan obsługujący nie mówił w języku innym niż węgierski, niemniej jednak widząc ogień płonący w oczach W. postanowił dać mu souvenir. Głupio było w tym momencie nic nie kupić to i Erynia niespecjalnie protestowała, choć w pokoju hostelowym lodówki brak!
Idąc dalej Dob utca natknęliśmy się na Polaków poszukujących specyficznego lokalu, który znaleźli w internecie. Była to restauracja hawańska La Bodeguita Del Medio, co prawda ‘sieciowa’ ale stylowa. Pomogliśmy ją znaleźć, nie było trudno, i „przy okazji”, „jak już tu jesteśmy”… postanowiliśmy z niej skorzystać. Zostawiliśmy tam co prawda ok.200zł ale było warto. W. jak nie lubi ani alkoholu ani mięty tak nie dał się oderwać od mojito. O innych drinkach nie wspominając… „Rozpili mi chłopa”… przetestowaliśmy także: Daiquiri, strawberry daiquiri, pina coladę, caipirinhę, margaritę. Po opuszczeniu restauracji płynnym acz niezataczającym się krokiem zbliżyliśmy się do Corinthia Grand Hotel Budapest, któremu zrobiliśmy fotkę — niestety tylko z zewnątrz — i przemieściliśmy się w kierunku metra.
Opera

Opera

Erynia doszła do wniosku, że jak już mamy tygodniowy bilet bezlimitowy to możemy wysiąść po jednym przystanku, obejrzeć gmach opery i powrócić do metra by kontynuować powrót do hostelu. Tak też uczyniliśmy, żałując trochę, że nie trafiliśmy w porę zwiedzania opery (pomiędzy 15 a 16).
Dzień drugi zaczęliśmy od śniadania, na które, oprócz świeżych bułek, szynki z bloku i kiełbasy węgierskiej (salami) podano nam margarynę (fuj!), serek topiony, dżem oraz pomidory i paprykę (świeżą). Herbaty i kawy było ile kto chciał. Poproszono nas by po jedzeniu umyć po sobie naczynia – jak tani hostel, to tani hostel. Po śniadaniu nieco utknęliśmy – w jadalni trafiliśmy na miłego, starszego pana z Nottingham, z którym ucięliśmy sobie długą acz interesującą pogawędkę w jego ojczystym języku. Pan był bardzo zainteresowany naszą opinią na temat Rumunii, Bułgarii i pozostałych krajów bloku wschodniego – w Anglii dziennikarze sieją panikę strasząc Brytyjczyków tanią siłą roboczą oraz wielodzietnymi Cyganami z tamtych regionów Europy, przyjeżdżającymi wyłudzać zasiłki. To ostatnie istotnie może stanowić problem, co nie zmienia faktu, że Rumunia piękna jest i basta!
Wzgórze Zamkowe

Wzgórze Zamkowe

Po pogawędce ruszyliśmy na Wzgórze Zamkowe. Na stacji metra Deák Ferenc tér obejrzeliśmy Muzeum Metra – warte rzucenia okiem. Od stacji postanowiliśmy przemieszczać się pieszo by zobaczyć więcej i pofotografować w spokoju. O to drugie było co nieco trudniej bo wszędzie tłumy. Mostem Łańcuchowym, w kolejce pieszych, przeszliśmy przez Dunaj szybciej niż stojące w korku samochody. Zrezygnowaliśmy ze stania w kolejce do kolejki na Wzgórze Zamkowe i weszliśmy nań po schodkach, kolejkę oglądając z mostków. Góra Zamkowa także pełna była turystów, może dlatego zrezygnowaliśmy z Galerii Narodowej, nie rezygnując jednocześnie z drobnego drugiego śniadanka w postaci torciku Sachera popitego kawą po budapesztańsku – wzmocnioną palinką morelową w przymuzealnej kawiarni. Jak hulać, to hulać! Po śniadanku skierowaliśmy swe kroki w kierunku kościoła świętego Macieja. Po drodze W. wypatrzył w wąskiej bramie galerię artysty malarza i witrażysty
galeria autorska

galeria autorska

— z wizytówki:
René-Casimir v.Milhoffer
Maître de la pointe de diamant et du vitrail et spécialiste de la graveure sur crystal
Ateliers: Château de Buda 1014 Rue Tárnok 6

Ponieważ znał on i angielski i francuski rozmowa potoczyła się wartko. Na naszą uwagę o braku informacji o nim w internecie stwierdził, że nie jest zainteresowany tłumem turystów, którzy nie doceniając jego pracy będą przebiegać przez jego galerię. Woli mniejszą grupę koneserów. Nie wszytko zrozumieliśmy z jego opowieści o pisanej przez niego książce ale z tych urywków, które nam przedstawił zapowiada się ona interesująco. Żartem przeprosiliśmy na Władysława Warneńczyka, który ginąc pod Warną nie uchronił Węgrów przed osmańską niewolą i kupiliśmy, po preferencyjnej cenie, jeden z Jego obrazów. Pewnie moglibyśmy jeszcze długo snuć opowieści, ale wzywała nas droga. Na odchodnym Erynia dostała zgrabny kawałek opala drzewnego i ruszyliśmy dalej, do św. Macieja. Tutaj Erynia dostała kociokwiku. Mimo, że świątynia miejscami była remontowana to Erynia urzeczona jej wnętrzem nie chciała z niej wychodzić. Zmuszona przez W. opuściła kościół i obfotografowała Basztę Rybacką i Parlament zza rzeki. Nie był to koniec naszego zwiedzania, bo co prawda nie obejrzeliśmy Galerii Narodowej, to jednak nie odmówiliśmy sobie zwiedzenia Muzeum Marcepanu w przyziemiu Hiltona – tam byliśmy sami, jak zresztą w poprzednich muzeach. Po Muzeum Marcepanów obeszliśmy Hiltona i naprzeciw wpadliśmy w objęcia Dionizosa wstąpiwszy do Domu Wina serwującego wina z prawie wszystkich winnych regionów Węgier. Degustacja win z serii Dolce Vita dała nam wiele przyjemności i niezapomnianych przeżyć. {Opis win z degustacji}.
Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu

pod Parlamentem

Następny dzień rozpoczęliśmy od śniadanka, na którym, po naszej reakcji na margarynę, pojawiło się masło, znikły bułki i nie pojawił się Pan Anglik (to nie z powodu margaryny). Za to wielu turystów pojawiło się pod Wielką Synagogą. Tak wielu, że kolejka do kasy dochodziła do ulicy. Do wejścia, z bramkami i rewizją, kolejki już tak dużej nie było. W. stwierdził, że chyba jednak spróbujemy kiedy indziej. Erynia nawet nie protestowała. Drugim punktem planu był Parlament. Niestety plan nie przewidywał remontu. Od strony Dunaju remont już był się skończył, ale od strony drugiej trwał jeszcze w najlepsze i wstęp był wzbroniony. Zamiast wnętrza parlamentu obejrzeliśmy „Buty na brzegu Dunaju”, przejmujący Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu, upamiętniający ofiary Strzałokrzyżowców (węg. Nyilaskeresztesek) — węgierskiego ugrupowania nazistowskiego. Minimum środków dało tu maksimum efektu. Szkoda, że nasi polscy notable i decydenci tego nie wiedzą, i z upodobaniem oraz uporem maniaka „uszczęśliwiają” nas gigantycznymi pomnikami. Spod Parlamentu, tramwajem nr 2, dojechaliśmy w pobliże mostu Elżbiety, by po przejściu nim na stronę Budy wspiąć się na Wzgórze Gellérta. Erynia „lubi” schody. (dobra, dobra… — dopisek Erynii) Przed ich zaliczeniem rzuciliśmy jeszcze okiem na termalne Łaźnie Rudas. Mają tam bardzo ciekawe podejście do moralności – zazwyczaj, dni były otwarte na przemian dla kobiet lub mężczyzn (osobno). W parę jednak dni i w jedną noc (w godzinach 22-4) dostęp był płciowo nielimitowany.
Wzgórze Gellérta

Wzgórze Gellérta

Na Wzgórzu Gellérta oprócz słynnego pomnika, tłumu turystów i straganów była jeszcze cytadela – prawie zupełnie pusta. Który turysta chciałby wydać po 1200Huf/os.? My. Widoki z cytadeli są jeszcze „wyższe i szersze” niż z samego wzgórza, ale oprócz nich można tam było obejrzeć wystawę historii wzgórza, od neolitu do czasów współczesnych, bunkier z historią lat 40. i hotel (**/45€ za pokój 2os.) z wystawą zdjęć „świętości węgierskich”. Co prawda ostatnie trzy obrazy odrobinę się kłóciły z pozostałymi zdjęciami, ale w końcu kobieta jest naczyniem świętości. W sumie wystawa była bardzo ciekawa, na przykład z opisu pod jednym ze zdjęć dowiedzieliśmy się kto zacz była ta Święta Elżbieta. Pobudziła także w nas chęć do zwiedzenia paru miejsc na Węgrzech – jak by to było konieczne.
Głód zmusił nas jednak do działania i zejściem obok kąpieliska Gellérta (rzuciliśmy szybko okiem na wnętrza) przez Most Wolności udaliśmy się na plac Kalwina. Tam oddaliśmy się gastronomicznej rozpuście (wybacz, pastorze) w barze tapas Pata Negra. Tapas to i owszem były, ale w wersji węgierskiej – porcje jak na tapas duże i gorące: kacza pierś z jabłkiem i octem balsamicznym, wołowina z grilla (chrupiąca po wierzchu, krwista w środku jak należy) – oba mięsiwa potraktowane po wierzchu kwiatem soli, boczniaki z czosnkiem oraz salsa verde i grillowany kozi ser z sosem śliwkowym i orzechami. Wszystko podlaliśmy winem Corral de Campanias – wytrawne, czerwone i mocne. Tę knajpę długo będziemy wspominać.
W poniedziałek po śniadaniu i porozmawianiu z Panem Anglikiem o podglądaniu ptaków przez internet (birdwatching),
Wielka Synagoga

Wielka Synagoga

dotarliśmy wreszcie, do Wielkiej Synagogi. Nie zachwyciła nas ona specjalnie, szczególnie po odwiedzonych już przez nas innych synagogach. Trzeba przyznać, że jest wielka, bogato zdobiona i ładnie odnowiona, ale wrażenia nie robi może dlatego, że wygląd ma kościelny – miejsce święte w nawie głównej a po bokach, przy pierwszych podporach, dwie ambony. Po obejrzeniu wnętrza synagogi przeszliśmy przez kirkut i plac pamięci z wierzbą pamięci by dotrzeć do pomieszczenia z interaktywną przeglądarką zdjęć. Na ścianach parę gablot, na środku dwa duże ekrany dotykowe i… kupa ludzi przy nich. Do internetu nie podłączyli, tak że ogląda się bardzo pobieżnie a nigdzie indziej nie można zobaczyć. Erynia była zdegustowana ubogim wyposażeniem muzeum. Bilet, który otrzymaliśmy, składał się z czterech odcinków. Jeden na synagogę, jeden na multimedia a na co pozostałe? Nie było się kogo dopytać, więc chyba tylko dzięki Eryniemu szczęściu trafiliśmy do głównej części muzeum z bogatą kolekcją judaików. Erynia wreszcie była usatysfakcjonowana, szczególnie, że nawet otrzymaliśmy po odtwarzaczu, który po wybraniu numeru przy eksponacie w sposób szeroki, i po polsku, opisywał eksponat wraz z jego tłem historyczno-religijnym. Generalnie ilościowo i jakościowo oceniamy ten przybytek pozytywnie, ale widać, że komercja jest tam ponad wszystko. No prawie – nie kazano W. płacić za jarmułkę (papierową), ale za to musiał ją oddać przy wyjściu z synagogi. Po raz pierwszy trafiliśmy na jednorazowe jarmułki wielokrotnego użytku.
Po Synagodze W. uparł się by pokazać Erynii dwa dworce kolejowe: Keleti Pályaudvar i Nyugati Pályaudvar, i dopiął swego. W dworcach widać ich dawną świetność, choć sypią się one niemiłosiernie. Lazar utca, którą W. chciał odwiedzić po 35 latach, nie pobudziła wspomnień. Wyglądała zupełnie inaczej, ale w końcu od ostatnich jego tu odwiedzin świat się całkiem zmienił. By zwiedzić Operę pojawiliśmy się za wcześnie o 40 minut, na dodatek Erynia wykazywała objawy głodu (czytaj: zaczęła warczeć). Ruszyliśmy więc w stronę jakichś, dostrzeżonych po drodze, jadłodajni. W trakcie posiłku w Cafe Vian Bistro (W. befsztyk tatarski po węgiersku z sosem worcestershire; Erynia paprikas csirke) rozpadało się tak mocno, że aż W. przypomniał sobie o uchylonych oknach w samochodzie.
Andrássy út

Andrássy út

W efekcie jedzenia i ulewy, Opery nie zwiedziliśmy. Ulewa szybko minęła więc przeszliśmy całą ulicę Andrassy aż do Placu Bohaterów i Vajdahunyadvár. Po drodze Erynia zachwycała się architekturą a w Parku Városliget wprost piała z zachwytu. Ponieważ droga troszkę nas zmęczyła z powrotem skorzystaliśmy z metra – było znacznie szybciej choć mniej widowiskowo.
Dzień zakończyliśmy rozmową uświadamiającą Pana Anglika w kwestii holokaustu i obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu — po przeczytaniu jakiegoś artykułu i wysłuchaniu paru wywiadów, uważał, że komory gazowe i Cyklon B to żydowska propaganda. O ptaszkach i Europie wschodniej też porozmawialiśmy.
Wtorek rozpoczął się od śniadania i jak zwykle rozmowy z Panem Anglikiem. Tym razem, poruszył temat przesadnej opieki państwa nad obywatelami oraz śmierci – dyskusja była bardzo interesująca.
Széchenyi Fürdő

Széchenyi Fürdő

Po porannych rozmowach skierowaliśmy się metrem niebieskim i żółtym do łaźni termalnych Széchenyi. Przechodzenie z jednego basenu do drugiego, z przerwami na sauny, zajęło nam kilka godzin – basenów było duuuużo, saun też do wyboru od ‚mokrych’ (40-50°C) aż po ‚suche’ (90-100°C).
Po moczeniu i poceniu się zdrowotnym, przemieściliśmy się do hostelu a po prysznicu i drobnym odpoczynku do hali targowej na Vámház körút 1-3. Niestety nie było to targowisko, lecz ugłaskane, zafoliowane „coś pod turystów” — piękne, czyste, estetyczne i aż do bólu sztuczne. Kupiliśmy parę win obiadowych, trochę mięsiwa wędzonego i węgierskich kiełbas, jakiś pseudo ajwar i zobaczyliśmy „coś” jakby sos pomidorowy z papryką pod nakrętką z nazwą „Rolnik”. Mimo usilnych starań nie udało nam się znaleźć win z Sopronu i znad Balatonu – były jedynie Tokaje i Palinki. Wreszcie W. był ukontentowany – wokół wisiały pęki suszonych papryk, ale większość z nich już miał lub kupił gdzie indziej tak że kupić sobie pozwolił jedynie jedną ostrą paprykę mieloną. Po zakupach wstąpiliśmy ponownie do Pata Negro na hiszpańsko-węgierskie tapas. Dzień zakończyliśmy skromnym ochlejem – jedną butelką wina na dwoje w hostelowym pokoju.

6 odpowiedzi na Budapeszt

  1. yyc

    Budapeszt to dla mnie tez wspomnienia z lat dawnych ale przypmniane przez Was 🙂 Oczywiscie Buda z zamkiem krolewaskim i parlament i baszta rybacka i w ogole ulice z knajpki. W okresie licealnym bylismy z kolega autosopem wlasnie na Wegrzech. Pamietam wielki kamping chyba w poblizu rzymskiego Aquincum. A tam w malym kiosku prawdziwe wegierskie salami. Ile radosci bylo zabrac wtedy do Polski ulubiona kielbase mamie ktora ja uwielbiala a ktorej w Kraju nie bylo szans kupic 🙂
    Budapeszt wspomniam z wielkim sentymentem a bylem pare mrazy od dziecka po studia. Ostatni raz z bratem jego wtedy narzeczona i mama. Wielkanoc i wszystko pozamykane wiec cale fundusze przepadly w restauracjach i na uciechach. Kolacje w hotelu Gelert czy Apostolok z piekielnie ostrym gulaszem czy zupa rybna. To byly czasy 🙂

  2. Małgośka

    E. i W. w piękną podróż mnie zabraliście. Przyznam się, że najpierw napawałam się opisem, dopiero potem „zwiedzałam”. Cieszę się bardzo, że mieliście taką przyjemną wyprawę – bagażnik wytrzymał ? 😉

    • Erynia

      Małgosiu,
      Dziękujemy za komplementy.
      Bagażnik wytrzymał choć trzeszczał w szwach… 😉

  3. Asia

    Długie relacje nie są złe 🙂 A Wasze czyta się z przyjemnością 🙂
    Pan Lulek lubił chyba wszystkie rodzaje naleśników, ale pamiętam, że szczególnie chwalił te węgierskie 🙂

  4. Erynia

    Ze wstydem wyznaję, że nie pamiętam którymi naleśnikami zajadał się pan Lulek. My tym razem zaliczyliśmy hortobágyi palacsinta – z mięsnym nadzieniem i polane sosem.
    Długi pobyt w jednym miejscu ma jedną wadę – wychodzą z tego dłuuugie relacje 😉 .

  5. Asia

    Dziękuję za piękną opowieść. W Budapeszcie byłam wprawdzie dwa razy, ale to były stanowczo za krótkie pobyty. Czy udało się Wam zjeść te słynne węgierskie naleśniki, które tak uwielbiał Pan Lulek? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.